reklama

GPS dla każdego: terroryści zaatakowali bazę lotniczą rojem dronów-bombowców

Strona główna Aktualności

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Trwająca wciąż w Syrii wojna domowa dobrze pokazuje, że we współczesnych konfliktach zbrojnych obok siebie występować może sprzęt i uzbrojenie, które dzielą całe dekady. Z jednej strony walczący używają pamiętających jeszcze I Wojnę Światową karabinów maszynowych Maxim. Z drugiej nie zdziwmy się, jeśli partyzanci użyją roju załadowanych materiałami wybuchowymi dronów, sterowanych za pomocą „zaawansowanej elektroniki”, z nowoczesnymi odbiornikami GPS. Taki właśnie atak, po raz pierwszy na świecie, przeprowadzony miał zostać przez jedną z antyrządowych grup przeciwko rosyjskim bazom w Syrii.

Rosyjskie ministerstwo obrony poinformowało, że nocą z 5 na 6 stycznia br. systemy radarowe wychwyciły 13 niewielkich obiektów latających nieznanego pochodzenia. 10 z nich zbliżało się po trajektorii prowadzącej do bazy lotniczej Humajmim, trzy odłączyły w stronę bazy zaopatrzenia w mieście Tartus.

Obrona bazy podobno zdała egzamin. Sześć dronów zostało przechwyconych przez systemy walki radioelektronicznej (prawdopodobnie te słynne Krasuchy-4), z czego trzy zostały zmuszone do lądowania na kontrolowanym terytorium poza bazą, a trzy zniszczone wskutek zderzenia z ziemią. Pozostałą siódemką zajął się system obrony przeciwlotniczej Pancyr-S1, zestrzeliwując je wszystkie.

Najwyraźniej więc Rosjanom wpadły w ręce trzy wykorzystane w ataku drony – i już teraz przedstawiają pierwsze wnioski na temat tego pierwszego realnego użycia takiej broni. Najciekawszy jest zasięg użytych dronów: po odczytaniu ich zapisów nawigacyjnych okazuje się, że wszystkie obiekty miały wystartować z lokalizacji oddalonej co najmniej 50 km od ich celu, a według Rosjan, ich maksymalny zasięg wynosił 100 kilometrów.

Wszystkie drony napędzane były śmigłowo, miały też mieć nowoczesne, dostarczone spoza Syrii systemy sterowania i nawigacji, czujniki wysokości i serwomechanizmy. Co warte podkreślenia, najwyraźniej nie były to drony „kamikadze”, lecz raczej lekkie bombowce, załadowane przeznaczonymi do zrzutu we wskazanym miejscu bombami samodzielnej konstrukcji. Ponownie jednak Rosjanie zwracają uwagę na zagraniczne pochodzenie zapalników bomb.

Rosyjskie ministerstwo obrony ogłosiło też, że prowadzi śledztwo mające ustalić, w jaki sposób terroryści uzyskali dostęp do takich technologii i urządzeń. Odpowiedź na to pytanie jest jednak wtórna. Jeśli w rękach grup uczestniczących w wojnie domowej w Syrii znalazła się tego typu broń, to można śmiało założyć, że wkrótce podobne systemy pojawią się w rękach komórek terrorystycznych operujących np. w Europie. Nie trzeba drogich kwadro- czy oktokopterów, taką konstrukcję z silnikiem spalinowym można zrobić ze sklejki.

Łatwo sobie wyobrazić, jak katastrofalne byłyby konsekwencje ataku takiego zmilitaryzowanego drona na cywilny, najpewniej przecież nie chroniony systemami walki radioelektronicznej, a tym bardziej obrony przeciwlotniczej. Możemy mieć tylko nadzieję, że nigdy nie usłyszymy modulowanego przez trzy minuty dźwięku syreny, zapowiadającego alarm powietrzny – w większości państw Europy nie tylko nie ma co liczyć na sprawną obronę przeciwlotniczą, ale też nie bardzo wiadomo, gdzie jest najbliższy schron, i kto ma do niego klucze.

© dobreprogramy
reklama

Komentarze

reklama