Google pozbawiło prawicowe portale reklam. Powód? Rasizm i promowanie przemocy

Strona główna Aktualności
Black Lives Matter - Google pozbawiło prawicowy portal reklam, fot. Elijah Nouvelage/Getty Images
Black Lives Matter - Google pozbawiło prawicowy portal reklam, fot. Elijah Nouvelage/Getty Images

O autorze

Już raz w Polsce mieliśmy w 2013 r. głośny na całą Europę przypadek ("Remuszko przeciwko Polsce") odmawiania publikacji reklam przez wydawnictwa. Niby jest to wolny rynek, ale publikacje nie mają obowiązku utrzymywania biznesu w ten sposób, gdy mają jakieś obiekcje. Coś podobnego przydarzyło się teraz firmie Google.

Interwencja Google. Prawicowe portale nie zarobią na reklamach

Gigant pozbawił właśnie skrajnie prawicowe strony The Federalist i ZeroHedge możliwości zarabiania pieniędzy z reklam Google Ads.

Co takiego zdaniem Google'a zrobiły te dwa serwisy, aby sobie na taką reprymendę zasłużyć? Według firmy z Mountain View tworzyły zawartość "promującą nienawiść, nietolerancję, brutalne zachowanie i dyskryminację względem osób odmiennej rasy" i używały jej do czerpania zysków z reklam.

W świetle warunków świadczenia usług, jest to czyn niedopuszczalny. Zarówno The Federalist, jak i ZeroHedge tworzyły w ostatnim czasie wiele wpisów obrzucających błotem akcję "Black Lives Matter". Ten drugi z portali nazwał tę inicjatywą "rewolucją stworzoną przez CIA z kieszeni Sorosa".

Prawicowy internet miał wiele pretensji do decyzji Google'a, a gigant ostatecznie zmienił zdanie odnośnie jednego z serwisów. The Federalist przywrócono możliwość zarabiania z reklam Google Ads po tym, jak witryna usunęła nienawistne komentarze. ZeroHedge jest jednak nadal pozbawione monetyzacji.

Google przyznał, że portal ZeroHedge został ostrzeżony w minionym tygodniu i nie uregulował obiekcji, dlatego gigant podjął decyzję o odcięciu serwisu od reklam Google Ads.

Prawicowi komentatorzy są zniesmaczeni faktem, że Google posiada siłę sprawczą do tego, aby "zniszczyć praktycznie każdy serwis, opierając to na arbitralnych i uzależnionych od polityki kryteriów".

Jest to ważny punkt widzenia, który powinien być odnotowany, szczególnie w przypadku tego, że giganci social media również mają problem z regulacją nienawistnych treści i konsekwencją.

Śliska granica

Z drugiej strony są również granice, które nie powinny być nigdy przekraczane, zwłaszcza gdy słowa w mediach (niezależnie jakiego kalibru) podżegają do brutalnych działań, lub nawet do sięgania po broń.

W USA sytuacja dotycząca rasizmu i brutalności policji jest bardzo newralgicznym tematem, a solidarność z osobami rasy niebiałej jest teraz korporacyjną odpowiedzialnością społeczną wielu największych marek.

Tym bardziej także duzi gracze, jak Google, Facebook i Twitter czują coraz większą presję, także ze strony własnych pracowników by nie umywać sobie ciągle rąk, gdy w grę wchodzą prawa człowieka.

Poprosiliśmy o komentarz dr Barbarę Grabowską-Moroz, koordynatora koordynator "monitoringu procesu legislacyjnego w obszarze wymiaru sprawiedliwości" w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która wydawała opinię w powoływanej tutaj na początku sprawy Remuszki z 2013. Artykuł zostanie odświeżony, gdy uzyskamy jej opinię na ten temat.

Aktualizacja #1

Jak się okazuje, informacja NBC na temat "demonetyzacji" portalu Federalist była nieprawdziwa. Oparto ją wyłącznie o wewnętrzną, również błędną informację od Google. Autorka, należąca do działu weryfikacji informacji NBC pospieszyła się z jej publikacją. Zakładając dobrą wolę Google, cała sprawa jest po prostu wielkim nieporozumieniem i problemem w komunikacji. Łatwo jednak doszukiwać się drugiego dna: czy było to ostrzeżenie? Czy może Google wycofał się, gdy zobaczył reakcję? Takie pytania to czysta spekulacja, prowadząca potencjalnie do niesłusznych oskarżeń. Ale łatwo o takie, gdy weźmie się pod uwagę, że "upomnienie" Google'a dotyczyło sekcji komentarzy, a nie treści, co jest stosowane dość wybiórczo.

Aktualizacja #2

Otrzymaliśmy wypowiedź dr Barbary Grabowskiej-Moroz z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która wyjaśnia sprawę Remuszki z 2013 roku, gdy wydawnictwa odmówiły publikacji reklam, którą można luźno odnieść do sytuacji z Google'em i dwoma wymienionymi tutaj portalami.

Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Remuszko przeciwko Polsce uznał, że sądy krajowe prawidłowo wyważyły dwie wartości – interes skarżącego (S. Remuszko), który chciał opublikowania reklamy jego książki w kilku gazetach oraz interes tychże gazet (swoboda decydowania o tym jakie treści będą publikowane). Tym samym spór, który zawisł przed polskimi sądami, dotyczył dwóch prywatnych podmiotów – oba powoływały się na wolność słowa.

Trybunał oceniając rozstrzygnięcie sądów, uznał, że pluralistyczny rynek prasy i mediów nie powinien obligować wydawców do publikowania reklam zaproponowanych przez podmioty prywatne i taki stan rzeczy jest zgodny z wolnością słowa na gruncie Konwencji. Trybunał podkreślił, że wydawca ma prawo realizowania własnej polityki w zakresie tego jakie treści będzie publikował. Odnosi się to również do treści reklam.

Trybunał nie zdecydował się na zastosowanie w tej sprawie koncepcji „pozytywnych obowiązków”, który mogłyby zostać nałożone na podmioty prywatne (wydawcę) w niniejszej sprawie.

© dobreprogramy
s