r   e   k   l   a   m   a
reklama

Google zdławi rosyjską propagandę, gdyż sami nie odróżnimy jej od prawdy

Strona główna Aktualności

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Od zwycięstwa Donalda Trumpa w wyścigu o prezydenturę Stanów Zjednoczonych fraza „fake news” nie znika z nagłówków mediów głównego nurtu. Dzieje się tak zresztą nie tylko w USA, właściwie nie ma dziś zachodniego państwa, które nie walczyłoby z (delikatnie mówiąc) „postprawdą”, czy też jak niektórzy otwarcie to nazywają, „rosyjską propagandą”. Być może już wkrótce problem zniknie. Na front walki z „fake news” wkracza bowiem samo Google, które właśnie ogłosiło, że pozycja treści pochodzących z rosyjskiej sieci telewizyjnej RT oraz serwisu internetowego SputnikNews zostanie sztucznie obniżona w wynikach wyszukiwania.

Eric Schmidt, przewodniczący Alphabet Inc., firmy-parasola rozciągniętego nad Google ogłosił podczas Halifax Internet Security Forum, że największa na świecie wyszukiwarka internetowa musi sobie jakoś poradzić z rozpowszechnianiem dezinformacji, w szczególności tych, które produkowane są przez państwową rosyjską machinę propagandową. Google opracowuje więc metody wykrywania takich operacji, a następnie obniżania w wynikach wyszukiwania pozycji witryn, które stanowią tuby propagandowe.

To nie cenzura, to ranking

Następnie Schmidt wymienił z nazwy dwa serwisy, które uważa za takie tuby. To RT, czyli rosyjska globalna sieć telewizyjna, należąca do agencji prasowej TV-Novosti, oraz Sputnik, globalna agencja informacyjna należąca do państwowego rosyjskiego operatora medialnego Rossija Siewodnia. Cenzura? Nic z tych rzeczy. Eric Schmidt nie jest zwolennikiem cenzury, nie będzie banował żadnych serwisów. On jest zwolennikiem rankingów – czyli tego, co właśnie Google robi. To bardzo dobre pytanie, jak umieścić względem siebie w rankingu A i B, prawda? A my to właśnie robimy najlepiej jako możemy dla milionów rankingów każdego dnia – stwierdził przewodniczący Alphabet Inc.

To jednak może nie wystarczyć, należy spodziewać się wyścigu zbrojeń, ponieważ wszyscy ci, którzy próbują manipulować informacją, niebawem zdobędą jeszcze lepsze narzędzia. Google będzie więc czujne, nieustannie ulepszając swoje algorytmy wykrywania propagandy.

Rosjanie zareagowali na deklaracje Schmidta dość wstrzemięźliwie, w Mountain View nie odnotowano wciąż żadnych operacji Specnazu. Jedynie redaktor naczelna Sputnika, Margarita Simonian stwierdziła, że dobrze mieć nagranie, na którym Google gwałci wszelką logikę i rozumność: jeśli fakty pochodzą z RT, nie są dopuszczone, „ponieważ Rosja” – i to mimo też, że nagrano wypowiedź przedstawicieli Google zeznających przed Kongresem, że nie znaleźli żadnych oznak manipulacji na swojej platformie, ani naruszeń regulaminu przez RT.

Dla Google nie jest to jednak najwyraźniej problem. Eric Schmidt, który przecież jeszcze w zeszłym roku nazywał panią Hillary Clinton swoją wieloletnią przyjaciółką i był jej doradcą podczas kampanii prezydenckiej, a jak wynika z dokumentów ujawnionych w wycieku opublikowanym przez Wikileaks był też doradcą w kampanii Baracka Obamy, uważa, że „prawdzie” trzeba pomóc. Z doświadczeń ostatniej kampanii prezydenckiej wynika, że opinia publiczna nie jest w stanie samodzielnie odróżnić „fake news” od prawdy, szczególnie gdy ma się do czynienia z silnym przeciwnikiem, próbującym aktywnie rozpowszechniać dezinformację – powiedział zgromadzonej publiczności.

Wolność Słowa* (tam, gdzie ma zastosowanie)

Decyzja Google nie spotkała się z krytyką w USA. CNN w ogóle nie podjęło tematu, Fox opublikował zdawkowego newsa, New York Times opublikował dodatkowe wyjaśnienia ze strony rzeczniczki Google, Andrei Faville. Stwierdziła ona, że Schmidt odniósł się do zainicjowanych w kwietniu tego roku wysiłków, mających na celu obniżenie w wynikach wyszukiwania linków prowadzących do treści niskiej jakości, fałszywych lub celowo wprowadzających w błąd, a zarazem podkreślania tych treści, które należy uznać za wiarygodne. Faville dodała też, że Google nie ustawia ręcznie rankingu poszczególnych witryn, lecz analizuje ich atrybuty, by automatycznie przypisać im pozycję w wynikach.

Nie jest to jedyna otwarcie antyrosyjska akcja w ostatnich dniach w Stanach Zjednoczonych. W październiku Twitter ogłosił, że nie będzie już przyjmował żadnych reklam od RT i Sputnika, a z początkiem listopada RT America zostało zmuszone do zarejestrowania się jako „obcy agent” w amerykańskim Departamencie Sprawiedliwości. W praktyce oznacza to, że sieć musi ujawniać swoje finanse i oznaczać emitowane przez siebie treści specjalnymi etykietkami.

Działania przeciwko Sputnikowi mogą jeszcze być jednak jakoś zrozumiałe. W końcu rok temu brytyjski dziennikarz Edward Lucas z The Economist określił Sputnika jako oręż w wojnie cybernetycznej z Europą i USA (…) dla którego pracowanie jest gorsze niż bycie pijarowcem firmy tytoniowej. Znacznie bardziej zaskakują takie działania, jak usunięcie w zeszłym tygodniu z YouTube kanału Russian Faith. Kanał ten poświęcony był zarówno tematyce ogólnochrześcijańskiej, jak i w szczególności renesansowi prawosławia w Rosji.

Autorzy kanału, który powstał nie z finansowania rosyjskich władz, lecz dzięki datkom wiernych, otrzymali informację, że publikowane przez nich treści naruszają wytyczne dla społeczności. Podejrzewają, że ich kanał został usunięty za zamieszczoną w jednym z klipów krytykę „gejowskiej teologii” – a coś takiego przecież jest niedopuszczalne z perspektywy liberalnej doktryny amerykańskich elit.

Aktualizacja

Jak donosi Reuters, Google otrzymało od rosyjskiego regulatora mediów Roskomnadzoru list z żądaniem wyjaśnień w tej kwestii. Szef Roskomnadzoru, Aleksander Żarow, zapowiedział, że po otrzymaniu odpowiedzi zastanowi się nad dalszymi krokami, ma jednak nadzieję, że uda się uniknąć konieczności zastosowania działań odwetowych.

© dobreprogramy
reklama
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

reklama
Polecamy w WP TechnologieWP TechnologieSnap ma się coraz gorzej. A jego twórca jest najlepiej opłacanym na świecie prezesem