HiFiMAN SuperMini – test pięknego przenośnego odtwarzacza Hi-Fi dla audiofilów

Strona główna Lab Odtwarzacze multimedialne

O autorze

Zamiłowanie do audiofilii to dość ryzykowna gra. Pozwala zbudować sobie prawdziwą świątynie dźwięku, uczynić z odsłuchiwania ulubionych płyt mistyczną ceremonię, wydobyć z nagrań instrumentów artykulacyjne niuanse, na które głuche pozostaje para zwyczajnych uszu. Szybko jednak codzienna msza przerodzić się może w chorą fascynację – zamiast słuchać muzyki, audiofil będzie słuchał sprzętu. A od tego krótka już droga do zamykania się w pustym pomieszczeniu wśród optymalnie rozmieszczonych głośników i uświadomienia sobie, że od dwudziestu lat słucha się jednej płyty.

Takie założenia kierowały nami podczas testów odtwarzacza HiFiMAN SuperMini – urządzenia na wskroś niezwykłego, z całą pewnością wyjątkowego, którego samo opisywanie można ugryźć z co najmniej kilku stron. Z pozoru w ogóle nie przystaje ono do standardów słuchania muzyki w 2016 roku, z czego szybko się broni. Chwilę później znów zaskakuje swoją prostotą, którą wielu za pewno określiłoby znacznie mocniejszym słowem. W końcu jednak potrafi olśnić spójnością i zatarciem granicy pomiędzy sprzętem a oprogramowaniem.

Od strony technicznej, HiFiMAN SuperMini to przenośny odtwarzacz cyfrowych plików muzycznych. To z pewnością może zaskoczyć wielu w czasach, kiedy słuchanie muzyki zdominowały smartfony. Problem w tym, że smartfony jako narzędzie codziennego kontaktu z muzyką, szczególnie jeśli wymagana jest mobilność, kompletnie nie zdają egzaminu. Na najpopularniejszych urządzeniach obsługa odtwarzacza jest żenująco skomplikowana, zaś kulminacyjny moment utworu, gdzie gromadzi się całe napięcie kompozycji, może zostać splugawiony zdjęciem kota, wysłanym właśnie jako wiadomość w Messengerze.

Oczywiście można wysunąć tutaj rozsądną poradę: to se wyłącz powiadomienia. To zaś pokazuje jak przewrotnym dobrodziejstwem jest wielozadaniowość Androida czy iOS-a: niby możliwości w stosunku do poprzednich generacji urządzeń mobilnych są ogromne, a jednak gdyby rozebrać całe doświadczenie na osobne procesy, to zdecydowana większość okaże się bardziej prymitywna. Z tego powodu wciąż zdecydowanie warto przyglądać się przenośnym odtwarzaczom i poszukiwać nowych sposobów odbierania muzyki w ogóle. Korzystanie w tym celu ze smartfonu będzie zawsze przykrym kompromisem.

Urządzenie stanowi wyzwanie już na poziomie próby sklasyfikowania. Myli się bowiem ten, który na podstawie niewielkich wymiarów stwierdzi, że jest to zwyczajny odtwarzacz, powszechnie wykorzystywana jeszcze kilka lat temu empetrójka, dzięki której w wiadomym teledysku Bomfunk MC's można było zatrzymywać czas. Sprzęt audiofilski kojarzymy przecież głównie z dużymi zimnymi i czarnymi bryłami, jednak to właśnie do nich znacznie bardziej podobny jest SuperMini. Stanowi po prostu ich miniaturową wersję. Należy to podkreślić: HiFiMAN SuperMini na pewno nie jest konkurencją dla iPodów czy popularnych niegdyś odtwarzaczy Creative'a. Należy go raczej traktować jako wyjątkowe osiągnięcie miniaturyzacji, nie zaś urządzenie z założenia przenośne.

Jakość i poziom redukcji zniekształceń jest efektem dość interesującego podejścia zarówno do zastosowanych podzespołów, jak i oprogramowania. W kwestii sprzętu mamy do czynienia z trzema filarami: przetwornikiem cyfrowo-analogowym SigmaTel 3770, dekoderami audio i oczywiście z samym procesorem, dzięki któremu możliwa jest praca systemu operacyjnego. I tutaj robi się całkiem ciekawie: HiFiMAN na całe szczęście nie zdecydował się na wykorzystanie jądra Linuksa czy, dziękujmy Opatrzności, całego Androida. Zamiast tego mamy autorski, jednowątkowy Taichi UI. Zamiast marnować zasoby na zbędne wodotryski, cała para idzie w przetwarzanie audio.

Możliwe jest odtwarzanie w 24 bitach i 192 kHz plików WAV, FLAC, AIFF, APE, MP3, OGG, AAC, WMA, ALAC, a ponadto DSD. Najnowsza aktualizacja oprogramowania (z września tego roku) prezentuje ponadto w widoku odtwarzania nie tylko informacje o formacie, ale i jakości. Napięcie wyjściowe urządzenia to 4.2 V, zaś moc wynosi 320mW przy impedancji 32Ω w przypadku zbalansowanego wyjścia minijack. Przy takich parametrach wyjściowych, nie powinno być żadnego problemu nawet z bardziej zaawansowanymi słuchawkami. Listę propozycji, wraz z oznaczeniem możliwości wysterowania, znaleźć można na stronie internetowej dystrybutora. Co więcej, świetne zbalansowane słuchawki dokanałowe RE-400B znajdziemy w pudełku!

Zakres częstotliwości, jakie może wyemitować urządzenie sięga od 20 do 20 000 Hz, zaś współczynnik zawartości harmonicznych (THD) udało się zredukować do 0,04%, co powinno zadowolić każdego audiofila. Odtwarzacz posiada dwa gniazda wyjścia: jedno przystosowane do słuchawek zbalansowanych i jedno standardowe. Znajdują się one obok siebie na dolnej krawędzi. Tuż obok mieści się slot na kartę microSD o maksymalnej pojemności 256 GB. Skrajnie po prawej umiejscowione jest gniazdo microUSB – służyć może ono zarówno do ładowania akumulatora, jak i przesyłania plików. Na jednym ładowaniu urządzenie pracuje około 20 godzin, co nie jest szczególnie imponującym wynikiem. Gabaryty 10,5 × 4,9 × 1,2cm sprawiają, że odtwarzacz idealnie leży w dłoni, choć spotkałem się także z opinią, że jest zbyt duży. Mogę się jedynie zgodzić, że większa mogłaby być jego waga: urządzenie odchudzono do zaledwie 82 gramów, co jakby nie przystoi do bryły czarnego aluminium, które niemal zawsze pozostaje chłodne.

Na prawej krawędzi znalazły się przyciski fizyczne: dwa regulujące głośność, jeden służący w nawigacji do powrotu do poprzedniego widoku, oraz włącznik. Kolejne trzy, elegancko eksponujące się z bryły urządzenia, znalazły się pod wyświetlaczem. Te służą nie tylko do nawigacji po menu, ale także oferują możliwości, o których zapewne już dawno zapomnieli użytkownicy słuchający muzyki na smartfonach. Trzy fizyczne przyciski w jednej linii wystarczyły bowiem, alby zaoferować kompletną i wygodną metodę przełączania utworów, zatrzymywania ich i nawigowania pomiędzy folderami. Brzmi prosto? Chciałoby się, by taką prostotę i wygodę oferowano częściej w dobie wszędobylskich ekranów dotykowych.

Trudno stwierdzić, czy wyświetlacz OLED stanowi kulminację doświadczenia, czy jego dopełnienie. Jego przekątna ma zaledwie dwa cale i rozdzielczość pozwalającą dostrzec piksel z odległości nawet metra. Ba, jest to w skrajnie minimalistycznym interfejsie autorskiego systemu operacyjnego nagminnie wykorzystywane. Co więcej, szkło ochraniające wyświetlacz tylko pod odpowiednim kątem uchyla rąbka tajemnicy o krawędziach ekranu, przez co przy codziennym użytkowaniu widzimy tylko chłodne jasne znaki na czarnym tle i żadnych ramek. W efekcie brutalizm chłodnej czarnej bryły kojarzyć się może nawet z Odyseją kosmiczną Kubricka. Nawet przy krótkim kontakcie z odtwarzaczem, wrażenie może być tylko jedno: ma się do czynienia z urządzeniem zaprojektowanym z najwyższym wyczuciem, smakiem i klasą.

Nie bez znaczenia pozostaje także interfejs samego systemu operacyjnego. Każdy, kto choćby dorywczo zajmował się front-endem czy grafiką użytkową w ogóle, zna okropny dyskomfort, gdy w minimalistycznym projekcie choćby jeden piksel wystaje przed szereg. W przypadku Taichi 2.0, może być spokojny – każdy punkt znajduje się dokładnie na swoim miejscu, dokładnie tam, gdzie powinien być. To właśnie tutaj, na poziomie wrażeń płynących z korzystania z urządzenia, zachodzi wspomniana harmoniczna korespondencja pomiędzy sprzętem i oprogramowaniem. Polega ona na skrajnym dopracowaniu każdego detalu.

Jedną kwestię stanowią zamiłowania audiofilów, inną to, jak HiFiMAN SuperMini odnajduje się w dzisiejszych realiach. A zapewne nie zabrakłoby takich, którzy przedwcześnie w ogóle wyrzucili by go na śmietnik historii. Byłoby to jednak przedwczesne i zwyczajnie głupie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że krok w krok z najwyższą jakością, idzie cena. HiFiMAN SuperMini potrafi skraść serce, jest przepiękny i niezależnie od tego, czy słuchałem Death Grips, późnych płyt Milesa Davisa, czy suit na wiolonczelę Bacha, zachwycał niezmiennie. A jeśli nawet nie rozważasz jego kupna, to HiFiMAN SuperMini może zainspiruje do sformułowania odpowiedzi na ciekawe pytanie: czy naprawdę słuchanie muzyki na smartfonie to wszystko, na co nas dziś stać?

© dobreprogramy