Czekaj

Więc czekałem w niewielkiej poczekalni – niby masło maślane, bo cóż innego można w tym pomieszczeniu robić. Nie mniej, jakoś tak natchnęło mnie to do pewnych refleksji.

Przed mną był Pan Tadeusz – niecodzienne już imię, niczym epopeja narodowa, niczym wiekopomne dzieło, lecz któż o Ojczyźnie Litwińskiej jeszcze pamięta? Nikt. Tadek, gdyż szybko przeszliśmy na Ty mimo sporej różnicy wieku, był wielkim zwolennikiem teorii spiskowych. Nie mówię tu o poziomie Foxa Muldera, ale rzekłbym, że to taki lokalny poszukiwacz nisko latających ciał niezidentyfikowanych (żart celowy). Mimo pewnej podejrzliwości był bardzo otwarty na wiele rzeczy i nie raziły go dantejskie sceny odbywające się kilka krzesełek dalej.

Drewniane, cholernie niewygodne krzesełka w poczekalni to chyba już standard polski, niczym niezorganizowane kolejki w fastfoodach i liczne ”prostytutki” na naszych filmikach YouTubowych. Rozumiem, że oszczędność, rozumiem, że ilość nie jakość, ale żeby tak ten co te krzesełka kupował musiał na nich przesiedzieć więcej niż 15 minut… O tak. Sądzę, że to adekwatna kara.

Kawałki drewna wżynały się w zadek mi, Panu Tadeuszowi, jak i każdemu, kto czekał. Oczywiście potraficie sobie wyobrazić te krzesła, prawda? Te drewniane, składane siedziska. Każdy je zna w którejś formie. W tej konkretnej na szczęście nie były zbite deskami – przy takiej konfiguracji naprawdę lepiej sobie postać. A że nogi bolą? Cóż, nie wszystko złoto co pachnie ogórkami kiszonymi.

Zofia, lat na oko trzydzieści, umalowana, elegancka, tipsy i w ciąży. Kilka słów, a opisują ją perfekcyjne. Z Tadziem zastanawialiśmy się co ona tu robiła, bo o ile jemu taki los zgotował syn i można było to zrozumieć to w jej wypadku, geneza była nie do odgadnięcia. Po krótkiej rozmowie, przerywanej licznymi przemieszczeniami, wyszło na jaw, iż pracuje w urzędzie. „No tak” – pomyślałem. Zresztą ósmy miesiąc ciąży to dobry moment na to, aby wylądować w poczekalni. Zosia co chwilę z trudem wstawała, przechodziła kilka metrów, rozczapierzając swoje zmęczone stopy, po czym wracała na niewygodne krzesełko.

Oj, znowu nie takie niewygodne – tyłek podtrzymywało? Podtrzymywało. Pozwalało odpocząć kolanom, a i owszem.

Gdy człowiek czeka tak bez końca (a gdy do końca dochodzą już różne tematy rozmów) zaczyna rozglądać się po zakamarkach pomieszczenia i dostrzegać różne dziwne ciekawe detale. Mnie i pana Tadeusza zaciekawiła prawa strona. Pod licznymi gablotami z plakatami były resztki czegoś, co wyglądało jak mozaika z kolorowych kafelków. W założeniu miały się chyba układać w sensowną całość – przynajmniej takie odnosiło się wrażenie - lecz różne próby modernizacji zniszczyły pierwotny wygląd. „Zapewne elektrykę kładli” – fachowym okiem ocenił mój towarzysz. A że potem te kafelki, co im zostały, w bezładzie poukładali, to kto na to by zwrócił uwagę. Ot, czerwone było koło czerwonego, zielone koło zielonego a żółte… gdzieś pomiędzy.

I mnie wreszcie przyszło rozprostować kolana. Nie musiałem się na szczęście martwić o miejsce, gdyż z pomocą przybył mi Marcel. Miał sześć lat i był synem Pani Dagmary, która siedziała niedaleko. Mały szczwany lis z bachora był – w pozytywnym znaczeniu tych słów. Zawołałem go, po czym przybiegł szybko z uśmiechem na ustach.

„Zajmiesz mi miejsce?” Zapytałem cichutko, na co on się zgodził i mozolnie ulokował na mym siedzisku. W jednej ręce Audi, w drugiej wóz strażacki, a na głowie czapka z Pokemonami.

On też czekał. Dzieci jednak inaczej pojmują czas. Młodzi nie tylko nie rozumieją słowa żmudny ale również nie można go do nich zastosować. Wystarczy odrobina wyobraźni by resorki zaczęły podróżować po wirtualnej autostradzie oparciowej Sektor K-7. Szalone gonitwy z kraksami, nadlatujące UFO, Need for Speed pełną gębą. Cała poczekalnia była jego placem zabaw. Gdy już znudziło mi się czytanie kolejnych plakatów, ulotek i reklam, oddelegowałem Marcela i gratulując udanej misji odesłałem do matki. Ten – jak to dzieciaki mają w zwyczaju – obrał najdłuższą drogę. Przecież jego wóz strażacki goniony przez zielone Audi musiał objechać całe pomieszczenie. Pod oknami (lecz wciąż pod czujnym okiem rodzica), po podłodze (bo co się będzie maluch szczypał), przy fikuśnych kafelkach z których chyba tylko on miał frajdę (bo tworzyły świetną drogę) aby wreszcie zatrzymać się na siedzisku tego felernego drewnianego krzesełka.

Pochrząkując i furkając, Zofia wymieniła mnie pod gablotami. Widać iż czekanie nie przychodziło jej łatwo, ale pomijając niewygodne siedzenia, to była w sumie zadowolona. Zaskoczyło nas to mocno. Opowiedziała o różnych pozytywnych stronach tego całego czekania – choć ja akurat wiedziałem, że tak będzie, Tadeusz jednak powoli przekonywał się, że może jednak nie jest tak źle.

„Pamiętasz czasy komuny, młody?” – zapytał. Nie miałem prawa zaprzeczyć, choć różnice w naszych wizjach pewnie były ogromne. Ja zamiast pustych półek, octu i czołgów pamiętałem leżakowanie w przedszkolu i zapach pomarańczy z paczek od Mikołaja. Tak, to była moja „komuna”. Nie mniej zaciekawiło mnie, o co może chodzić.

„Bo widzisz, chłopcze, za starych czasów to było lepiej. Było zdrowiej, szybciej i bezpieczniej.” Ta, zwłaszcza z bandą ZOMOwców pod oknem, pomyślałem, ale słowa jakoś tak w gardle mi zaschły.

Nie chciałem wchodzić w polityczne dysputy, więc uciąłem całą rozmowę. Niesmak pozostał.

Ale wracając do scen dantejskich wspomnianych na początku. Kilka krzeseł dalej siedziało dwóch gejów informatyków. Ach wybaczcie, gdzież moja poprawność polityczna! Dwóch gejów techników komputerowych! Słowa nie moje, lecz Damiana, dwudziestolatka spod Wrocławia, który również znalazł się w poczekalni. Ku memu zaskoczeniu nie zajął miejsca siedzącego – choć było wolne. Uznał na wstępie, iż nie pasuje mu ono i będzie stał. Odważny! Pozycję zajął jednak rewelacyjną, bo przy kaloryferze (a wspominałem, iż za oknami zima panowała?).

„Ciepli są” – z niedowierzaniem spojrzałem na niego, po czym wytłumaczył ten spontaniczny komentarz.

„No popatrz na nich, tak narzekają że muszą czekać… A kto im każe?”

No tak, Damian, podobnie jak ja, był tu z własnego wyboru i nie narzekał. Bo pan Tadeusz (jego wysłał tu syn) czy też Zofia (urząd!) mieli prawo do narzekania. Nie mieli innego wyjścia niż czekać… a kto wie, ile to czekanie miało trwać, kto wie.

Nie martwili się jednak – podobnie zresztą jak Marcel. Pewne obawy były, ale w gruncie rzeczy, cóż złego im się działo? Ci dwaj natomiast – informatycy, że tak ich grubiańsko przezwę – na głos komentowali całą sytuację wkurzając wszystkich dookoła i doprowadzając do niepotrzebnych scysji. Nawet ja przez moment się w to wplątałem.

„Jak wam nie pasuje to wyjdźcie!” Rzuciłem krótko sądząc, że być może da im to coś do myślenia. Jakże się myliłem. Dawno nikt tak na mnie nie naskoczył, aż malutki się poczułem. Ich argumentacja była nijaka i opierała się na ich niechęci do pomieszczenia (a to, że zimno, a to, ze krzesła – i za to ostatnie akurat mogłem ich zrozumieć) ale sam fakt, że krzyczeli, wyzywali, a wszystko w imię tego, że IM się należy.

Za przeproszeniem, co?

Osobą, która jakoś to wszystko uspokoiła była Dagmara – ona również najsensowniej podchodziła do wielu spraw. Matka trójki dzieci, gospodyni domowa i prezes firmy – brakowało tylko tytułu kobiety roku i królowej narodu!

Śnieg.

Odchylając się na krzesełku wyjrzałem za okno. Zima pełną gębą i sam, że jej środek. Kilkunastocentymetrowa warstwa mroźnego puchu pokrywała cały świat, jakby dając czekającym do zrozumienia, że mają przekichane. Uwagę moją jednak zwrócił pewien jegomość. Ubrany niczym na Alaskę, wiecie: gruba czapa z futrem i opadającymi na uszy klapami, szalik w paski, niczym ten z filmów o czarodzieju-okularniku, kufajka wzięta żywcem z filmów o PRL, ale tak obszerna, że wyglądała jakby to dwie kufajki były, na koniec obowiązkowe zielone, gumowe kalosze. Był to oczywiście konserwator powierzchni płaskiej, w tym momencie obśnieżonej. Latał po okolicy z wielką szuflą i w tym ubranku brodząc po kolana w białym, mroźnym puchu. Nos miał czerwony niczym Rudolf, a oddech natychmiast stawał się kłębem lodowatej pary. Pocierał co chwile dłonie, zmrożone, kościste – knykcie były już sine z zimna, ale praca przecież sama się wykona.

Po plecach przeszedł mi dreszcz i z zadowoleniem namierzyłem wzorkiem kaloryfer. Zdecydowanie bardziej wolałem czekać.

„Kiedyś było lepiej, bo nie trzeba było czekać. Wszystko było dostępne od miejsca. Od razu! – Ponownie wzburzył się któryś z informatycznych speców. Nie mogłem ich zdzierżyć, po prostu nie mogłem. Może to mój wiek, 30 lat na karku, to się człowiek do wielu rzeczy przyzwyczaja. Oni wyglądali na młodych, pewnie jakby ich wylegitymować to by się jeszcze o ulgę studencką ubiegali. I oni śmią mówić o zamierzchłych, lepszych czasach.

Tadeusz przysunął się do mnie i cicho zapytał, czy wiem o czym oni mówią? Nie wskroś mi było wykładać całej filozofii, wiec uprościłem ją do minimum. Ku memu zaskoczeniu usłyszałem wtedy parę mądrych słów.

„Wiesz, my starzy patrzymy na świat trochę inaczej. Mając kilkadziesiąt lat człowiek przyzwyczaił się do czekania i uwierz mi, ale wszystko co mi do życia potrzebne jest właśnie tu. Wśród was.”

Mlasnął, rozejrzał się po twarzach osób nam towarzyszących i trochę głośniej, ale zaczął kontynuować.

„No popatrz. Zofia jest urzędnikiem. Jeszcze trochę i zaprzyjaźnimy się i będę w stanie załatwić wiele spraw dzięki tej znajomości. Dagmara ma firmę kurierską. Może i przesyłki za pół darmo nie wyśle, ale przynajmniej paczkę potraktuje porządniej. Wiesiek, ten lekko podchmielony w rogu, jego szwagier ściąga długi od ludzi. Lepiej mu nie podpadać. Hanka mieszka obok prezesa spółdzielni mieszkaniowej… i tak dalej, i tak dalej. A ty chłopcze? Pewnie nie odmówisz mi, gdy poproszę o naprawę komputera. Prawda?”

Nie zaprzeczyłem.

„Dla wielu osób czekanie wystarczy. A jak u Ciebie?”

Choć minął kwadrans od tej rozmowy, to wciąż się nad tym zastanawiałem. Co miałem zrobić z tym fantem – przyznać rację, że poczekalnia sama w sobie jest celem czy też tylko środkiem dążenia do celu. Odpowiedź nie była prosta. Damian, ten młody chłopak, który usiąść nie chciał, o dziwo znał już swoją. Dla niego nie było to istotne, nas – ludzi z poczekalni szanował – ale potrzebował załatwić tylko swoje sprawy. Rozumiał też, że różnego rodzaju kłótnie, spory i krzyki nie pomogą mu, a jedynie podniosą niepotrzebnie ciśnienie. Taki młody, a już tak dobre podejście do życia. Ech, zazdroszczę.

Wędrując między rzędami siedzących ludzi zauważyłem, iż niektórzy z utęsknieniem wyglądali za okno gdzie zaczynała się zbierać coraz większa liczba osób. Stali oni w krótkiej kolejce, potupując w miejscu i co chwila przemieszczając się do przodu. Oni mogli załatwić swoje sprawy prawie od ręki i widziałem po twarzach obecnych, że i im tęskno do takiego rozwiązania. Jednak kiedy tylko Pan Wiesław siedzący w rogu wyciągnął z pod pazuchy niewielką buteleczkę, wszyscy nagle się rozweselili. Nawet mi udzielił się klimat – domowa śliwowica kopała niemiłosiernie i chyba dlatego była taka dobra.

Hej, i nawet zagrycha się znalazła.

Rozmawiając z kolejnymi osobami dochodziłem powoli do pewnej konkluzji. Każdy był tutaj z innego powodu, ale mimo wszystko podobało im się tu – nawet Ci którzy tak strasznie narzekali, ci którzy tak strasznie krzyczeli – siedzieli na tych niewygodnych, wżynających się w zadek krzesełkach i cieszyli się, że nie muszą stać na mrozie. Tadeusz, Zofia, Marcel, Damian i Dagmara, informatycy i wszyscy pozostali, drobnymi krokami tworzyli swój świat – niektórzy się izolowali, niektórzy prosili innych o pomoc, ale w gruncie rzeczy, byli zadowolenie z tego miejsca. I ja również. Ja osobiście.

Więc czekałem w niewielkiej poczekalni – niby masło maślane, bo cóż innego można w tym pomieszczeniu robić… ale okazało się, że można tu robić tak wiele rzeczy, że trudno to nazwać czekaniem.

Iście angielskim.

Tylko gdyby nie te cholerne krzesełka…