r   e   k   l   a   m   a
reklama

Menedżer plików bez funkcji uruchamiania programów? Takie cuda tylko w GNOME!

Strona główna Aktualności

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Od czasów słynnego Norton Commandera, uruchamianie oprogramowania z poziomu menedżerów plików było oczywistą ich funkcją, tak oczywistą, że nawet nie wymieniano tego w zbiorczych zestawieniach funkcjonalności programów. Do dzisiaj systemowe menedżery plików pozwalają na uruchomienie kliknięciem wskazanego myszką pliku programu, czy to w Windowsie, macOS-ie czy w linuksowych środowiskach. Deweloperzy GNOME mają jednak nową, innowacyjną wizję. Kierując się swoją ulubioną doktryną „mniej to więcej”, postanowili całkowicie usunąć z menedżera Pliki (Nautilus) możliwość uruchamiania aplikacji.

Zaskakująca decyzja ma mocne uzasadnienie teoretyczne. Niektórzy z naszych Czytelników pewnie pamiętają, że GNOME 3.28 pozbyło się ze swojego „pulpitu” (bo trudno to funkcjonalnie nazwać pulpitem) ikon programów i aplikacji. Związane to było m.in. z porządkami w kodzie menedżera plików Nautilus, który do tej pory był właśnie odpowiedzialny za tych ikon wyświetlanie. Robił to jednak za pomocą bardzo brzydkich sztuczek, z wykorzystaniem kodu pamiętającego jeszcze lata 90 – i najwyraźniej uznano, że czas aby przestał.

Deweloperom Canonicala niezbyt spodobała się ta decyzja, dlatego też w Ubuntu 18.04 domyślnie stosowana jest wcześniejsza wersja Nautilusa, wzięta z GNOME 3.26. Wcześniej czy później będą musieli się jednak dogadać z macierzystym projektem, który obiecuje, że ikony będą mogły wrócić na pulpit jako rozszerzenie powłoki. Sam Nautilus nic już bowiem z pulpitem mieć wspólnego nie będzie.

Jak daleko to rozdzielenie funkcji zaszło, przekonuje commit sprzed niespełna tygodnia. Deweloper GNOME’a Carlos Soriano po prostu zablokował możliwość uruchamiania binarek z poziomu menedżera plików, obecną w nim przecież od samego początku. Kiedyś często dostarczano aplikacje w postaci tarballi, dziś to nie wchodzi w grętłumaczy. Jako że pulpitu już nie ma, uruchamianie binarek i plików pulpitu z Natilusa nie tylko jest bezużyteczne, ale i zagraża bezpieczeństwu. GNOME powinno wspierać jedynie uruchamianie zainstalowanych w systemie aplikacji w ich piaskownicach, tak by żadnych niezaufanych binarek przypadkowym kliknięciem nie można było uruchomić.

Uzasadnienie to nie jest wyssane z palca. Ponad rok temu w GNOME namierzono podatność pozwalającą przez ikonę na pulpicie (.desktop) uruchomić dowolne polecenia bez wiedzy użytkownika – taka ikona mogła np. podszywać się pod dokument PDF. W nowym GNOME 3.30, które pojawić się powinno we wrześniu, takie zagrożenia znikną nawet potencjalnie. Jedyną metodą na uruchomienie niezainstalowanych w systemie aplikacji (czyli niedostępnych przez widok siatki aplikacji), będzie namierzenie ich w konsoli – czyli coś, czego niedoświadczony użytkownik raczej nie zrobi.

Widzimy jednak problem z oprogramowaniem przychodzącym spoza repozytoriów czy paczek Flatpak. Weźmy np. linuksowe gry ze sklepu GOG: przychodzą one z własnym graficznym instalatorem, opakowanym w skrypt powłoki (.sh). Uruchamia się taki instalator prostym kliknięciem jego ikony. W Plazmie kliknięcie na pliku wykonywalnym otwiera okno dialogowe z pytaniem co zrobić.

W nowym GNOME użytkownik będzie sobie mógł klikać do woli – by uruchomić instalator, będzie musiał otworzyć konsolę, wejść do właściwego katalogu i uruchomić z niego skrypt. Proste? Chyba nie bardzo. Zobaczymy, co na to Canonical – i czy w końcu zacznie żałować, że wybrał GNOME jako domyślne środowisko swojego Ubuntu. Rozszerzenie powłoki do wyświetlania ikon dla GNOME 3.28 wciąż przecież nie działa.

© dobreprogramy
reklama
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

reklama
Polecamy w WP TechnologieWP TechnologieTak wygląda historia PlayStation. Kiedy będzie PS5? Jeszcze długo poczekamy