Nintendo Switch Lite – test. Żywy dowód na to, że smartfony nie zabiły konsol przenośnych

Strona główna Lab Inne

O autorze

Mówią, że idea konsol przenośnych systematycznie umiera wraz z rozwojem smartfonów. Tymczasem Nintendo w 2,5 roku sprzedaje ponad 35 mln hybrydowych konsolek Switch, by w końcu iść na całość i wydać model będący 100-proc. handheldem. Wariactwo? Bynajmniej – to iście snajperski strzał w dziesiątkę.

Przyznam, nigdy nie byłem zwolennikiem kreowania smartfonów na sprzęt w jakimś większym stopniu zdatny do grania. Topowe modele są niczym szwajcarski scyzoryk, bogato wyposażone i wielofunkcyjne – ale chleb niezmiennie łatwiej pokroić nożem kuchennym, nawet takim z AliExpress. Analogicznie, graniem w zręcznościówki na dotyku powinni karać nieposłuszne dzieci w szkołach. Już pomijając to, że w Sklepie Play łatwiej znaleźć malware niż porządną, angażującą grę bez tysięcy reklam i/lub mikropłatności.

Nintendo zaoferowało w miarę wygodne sterowanie i bibliotekę świetnych tytułów. To był pomysł literalnie skazany na sukces, choć równocześnie obarczony paroma kompromisami, jakie wymusza stacjonarno-mobilna natura Switcha. Niemniej jednak nowy Switch Lite żadnego z tych problemów nie ma, wszak jest sprzętem sensu stricto przenośnym.

Switch, który nie słiczuje

Tym, co od lat wyróżnia firmę Nintendo, jest, delikatnie ujmując, powściągliwość sprzętowa. Producent z Kioto dawno przestał walczyć o koronę technologicznego innowatora. Zamiast tego dostarcza sprzęt, który ma przede wszystkim kusić niekonwencjonalnym podejściem do zabawy. Pod tym względem Switch Lite to produkt o tyle niespodziewany, że nie oferuje żadnej cechy szczególnej. Koncepcyjnie stanowi powrót do czasów Game Boya. Unikatowy może być co najwyżej fakt wydania handheldu w roku 2019.

Zabawa w MacGyvera i wielorakość trybów pracy oryginalnego pstryczka odchodzą w niepamięć. Model Lite nie ma ani stopki do podparcia, ani odpinanych kontrolerów umożliwiających zabawę w dwie osoby na jednej konsoli, ani możliwości podłączenia do TV. Trochę paradoksalnie, dla osób korzystających ze Switcha wyłącznie w trybie przenośnym oznacza to same atuty. Wspomniana stopka cechuje się stabilnością epileptyka, symetria kontrolerów wymusza brak klasycznego krzyżaka, a wyjście obrazu po prostu nie jest potrzebne.

Równocześnie jednorodna bryła obudowy gwarantuje dużo większą sztywność całej konstrukcji. Zwłaszcza, że zastosowane tworzywo sztuczne wydaje się solidniejsze niż w oryginale. Nie zbiera odcisków palców i jest dużo przyjemniejsze w dotyku. No i wraca pad kierunkowy. Włodarzom Nintendo niech będą dzięki.

Z drugiej strony wiadomo, że kiedy firma niesłynąca z technologicznej hojności bierze się za okrajanie czegoś, to efekt jest równie wystawny co życie na minimalnej. Mówiąc wprost, z konsoli wyrzucono wszystko to, co dało się wyrzucić nie tracąc kompatybilności z grami. Pod topór poszły silniki wibracji i żyroskopy. Zniknął także sensor oświetlenia, więc jasność wyświetlacza trzeba regulować ręcznie. Wreszcie, sam wyświetlacz widocznie zmniejszono. Zamiast 6,2'', ma przekątną równą 5,5''. Tyle dobrego, że pozostały rozdzielczość 720p i dotyk.

Na całe szczęście nikt nie wymyślił też, że zbyt mało lajtowe są głośniki stereo, gniazdo słuchawkowe, czytnik kart microSD czy USB-C do ładowania. Kompatybilność z popularnymi kartami pamięci cieszy szczególnie. Wzorem pierwowzoru Switch Lite dysponuje zaledwie 32 GB na dane, co po aktualizacjach daje jakieś 26 GB. Algorytmy kompresji proponowane przez Big N są bardzo efektywne, ale i tak nietrudno znaleźć gry zajmujące ponad 20 GB. Resztę policzcie sami.

Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę

Krzyczał Stuhr do Łukaszewicza w kultowej scenie w Seksmisji. Wewnętrznie krzyczałem też ja, gdy po raz pierwszy zabrałem Switcha Lite na osiedlową ławkę. Zastosowany w konsolce ekran IPS cechuje się dobrym nasyceniem barw, nie smuży i ma szerokie kąty patrzenia, ale jego maksymalna jasność to niecałe 290 cd/m² Efekt jest taki, że w nasłonecznionych miejscach ciężko o dobrą widoczność. Nie jest to jednak problem wyłącznie Lite'a, gdyż duży osiąga podobne rezultaty.

Aby w pełni rozkoszować się rozgrywką, należy znaleźć trochę cienia. I wtedy Lite odpłaca się naprawdę przyzwoitym czasem pracy na baterii. W kultowym Zelda Breath of Wild, a więc jednej z najbardziej wymagających gier na tę platformę, akumulator starcza na niespełna 4 godz. To od kilkunastu do kilkudziesięciu minut więcej niż w przypadku wersji premierowej.

Co ciekawe, taki przyrost osiągnięto poprzez zmianę głównego czipu Tegra X1 na jego nowszą rewizję, produkowaną w procesie litograficznym klasy 16 nm, a nie 20 nm. Sam akumulator jest w istocie rzeczy mniejszy, a mianowicie ma pojemność 3570 mAh, w miejscu 4310 mAh. Pod względem żywotności akumulatora Lite'a przewyższa jedynie najnowsza rewizja klasyka, również wyposażona w odświeżoną Tegrę. Taka to ciekawostka w temacie postępów z krzemem.

Renesans konsol przenośnych

Na temat gier czy systemu operacyjnego nie chcę się zbytnio rozwodzić, bo zakładam, że każdy kto tutaj trafił w mniejszym lub większym stopniu wie, czym jest Switch i co takiego oferuje – a przecież nie chodzi o odkrywanie koła na nowo.

Słowem podsumowania: Nie odkrywa go również Nintendo, które stworzyło nic innego jak Switcha dedykowanego graczom mobilnym. Konsolka została pozbawiona funkcji wykorzystywanych głównie w zaciszu domowym, dzięki czemu widocznie staniała. W Polsce kosztuje 979 zł, czyli jakieś 400 zł mniej niż trzeba obecnie zapłacić za pełny model.

Switch Lite kompatybilny jest z dokładnie tymi samymi grami. Opasła biblioteka hitów, takich jak Assassin's Creed, Resident Evil, Super Mario czy Zelda, a wkrótce nawet Wiedźmin 3 tylko czeka na wrzucenie do plecaka. Nieprzekonanych do platformy Nintendo model Lite nie przekona. Powinien natomiast zainteresować wszystkich tych, których przed zakupem Switcha wstrzymywała cena windowana przez potencjalnie zbędne dodatki.

© dobreprogramy