Test Sony VPL-VW260ES, projektora 4K w "umiarkowanej cenie"

Strona główna Lab Monitory i projektory

O autorze

Nasze życie pełne jest stereotypów, weźmy dla przykładu narodowości. Niemcy kochają porządek, Francuzi wyszukaną kuchnię, Włosi wyrafinowany design, Brytyjczycy królową, Grecy sjestę, Czesi piwo, a Polacy 500+. Z czym zaś kojarzą się nam Japończycy? Na pewno z pracowitością i świetnym zorganizowaniem. Tymczasem wygląda na to, że powinni się kojarzyć także z humorem. Przynajmniej Ci, którzy pracują w Sony i wpadli na to aby projektor kosztujący ponad 20 tys. zł, reklamować pod hasłem "umiarkowanej ceny". Prawdziwe śmieszki z tych Japończyków.

Żarty jednak na bok. Ci z Was, którzy interesują się projektorami 4K zapewne doskonale wiedzą, że ceny takich rzutników przyprawiały dotąd o jeszcze większy ból głowy. Na tym rynku funkcjonowały w zasadzie tylko trzy firmy - Sony, JVC i Epson, przy czym prawdziwe 4K oferowało tylko Sony (projektory JVC i Epson obraz do rozdzielczości 4K interpolują). Jeszcze do niedawna za taki sprzęt trzeba było dać minimum 30 tys. zł (modele entry level), a środek oferty 4K to były już rejony w okolicach 45-50 tys. zł. Dla przeciętnego Kowalskiego kwoty niewyobrażalne.

W ciągu ostatniego roku-dwóch stały się jednak dwie rzeczy. Przede wszystkim znacznie potaniały telewizory 4K, które co prawda nie oferują aż tak monstrualnych rozmiarów (sensowne ceny kończą się na ekranach o przekątnej 65", podczas gdy projektory generują bez problemu obraz o czterokrotnie większej powierzchni), ale są jednak dla projektorów produktami substytucyjnymi. Poza tym na rynku samych projektorów nastąpił przełom gdyż inni gracze zaczęli zapowiadać i wprowadzać do sprzedaży swoje modele 4K (najpierw z rozdzielczością interpolowaną, a później natywną). Prawdziwym "game changerem" będzie tu prawdopodobnie BenQ W1700, który zadebiutuje już na początku przyszłego roku i ma kosztować niespełna 7 tys. zł... To wszystko nie pozostaje bez wpływu na politykę cenową Sony i stąd pojawienie się w ofercie Japończyków projektora 4K w tak "umiarkowanej cenie" (jak na Sony, rzecz jasna). Jest nim bohater niniejszej recenzji VPL-VW260ES.

Jakość obrazu wbija w fotel

Naturalnie 21,5 tys. zł (bo tyle trzeba za niego zapłacić) to w dalszym ciągu bardzo dużo pieniędzy. Jednak Sony ma silne atuty na swoją rzecz, przede wszystkim doskonałą technologię projekcji gwarantującą fantastyczną jakość obrazu. Jakość, która oszałamia, urzeka i przebija komercyjne kina. Zacznijmy jednak po kolei.

Projektor wykonany jest w technologii LCoS (liquid crystal on silicon), w nomenklaturze Sony określanej jako SXRD. To obecnie najlepsze na rynku rozwiązanie łączące w sobie zalety popularnych 3LCD (nasycenie, odwzorowanie kolorów, krótki czas reakcji) i DLP (wyższy kontrast, lepsze wypełnienie pikseli), nie powielając ich mankamentów, w szczególności wypranych czerni przy LCD i nielubianego efektu tzw. tęczy przy DLP. Technologia LCoS jest stosowana jedynie w projektorach Sony i JVC (tu pod kryptonimem D-ILA). Stawać z nią w szranki może tylko 3LCD Reflective (RHTPS / LCoQ) zastosowana przez firmę Epson po raz pierwszy w modelu EH-LS10000, a obecnie dostępna tylko w jego następcy.

Zarówno projektory Epsona jak i JVC (pomijając DLA-Z1 kosztujący 159 tys. zł), nie mogą jednak pochwalić się rzeczywistą rozdzielczością 4K. Tymczasem Sony VPL-VW260ES, tak jak inne modele tego producenta z serii VW, potrafi wyświetlić obraz o natywnej rozdzielczości 4K (4096×2160 pikseli). Obraz o tak wysokiej rozdzielczości przyprawia o prawdziwy opad szczęki, szczególnie że mówimy tu zwykle o znacznie większym rozmiarze ekranu niż w przypadku telewizorów, a więc większych (bardziej zauważalnych) pikselach. Przeskok w tym zakresie nie jest może aż tak spektakularny jak przypadku przejścia z materiałów SD na Full HD, niemniej jednak zdecydowanie zauważalny. O skali zjawiska niech świadczy fotka z YouTube'a - zwróćcie uwagę jak małe są elementy interfejsu i menu (sam obraz jest rozmazany, bo to stopklatka).

Muszę jednak podkreślić, że nawet oglądanie filmów Full HD ze standardowych płyt Blu-ray - a takimi głównie się delektowałem - gwarantuje fantastyczne doznania (zresztą płyt Blu-ray 4K Ultra HD jest nadal niewiele). Sony VPL-VW260ES z każdego filmu jest w stanie oddać to co najlepsze. Bajkowy "Hobbit" imponował wspaniale nasyconymi barwami, zaś "Nienawistna Ósemka", choć ultra panoramiczna (2,78:1), a do tego pełna ciemnych scen, cieszyła oko zaskakująco dobrą czernią i świetnym kontrastem. Trzeba bowiem w tym miejscu zaznaczyć, że ten model projektora nie ma tzw. aktywnej przysłony (dostępna dopiero w modelu VPL-VW360ES i wyższych), która ogranicza emisję światła w ciemniejszych scenach, dzięki czemu mamy wrażenie głębszej, atramentowej wręcz czerni. Rozwiązanie to daje świetne efekty i znakomicie oszukuje nasz wzrok, ale w filmach z dynamicznymi ujęciami i koncertach, często powoduje wielokrotne zmiany natężenia jasności obrazu, co dla mnie jest na dłuższą metę odrobinę irytujące. Zatem, parafrazując "Misia", niech te minusy nie przysłonią Wam jakichś tam plusów braku tego rozwiązania ;)

Idąc tym tropem, prawdziwą ekstazę wizualną przeżyłem podczas oglądania koncertów Schillera, niemieckiego zespołu muzycznego pod przewodnictwem Christophera von Deylena, komponującego fantastyczną muzykę elektroniczną. Schiller pod względem efektownej oprawy wizualnej swoich koncertów idzie momentami dalej niż guru tego gatunku, Jean Michel Jarre. Oglądanie tych koncertów na olbrzymim ekranie było prawdziwą ucztą dla oczu i uszu. Można było bez mała poczuć się jak ich uczestnik. No i nie było żadnego irytującego pulsowania jasności obrazu.

HDR, 3D, motionflow, upscalling...

Tak, ten projektor nadal obsługuje 3D, co mnie bardzo cieszy. Na fali popularności pseudo trzech wymiarów powstało bowiem sporo produkcji tego typu - jedne mniej, inne bardziej udane (np. Avatar). W najnowszych telewizorach obsługa 3D odeszła już w zapomnienie, tymczasem w Sony VPL-VW260ES nadal jest możliwa i sprawuje się bez zarzutu. Mamy też Advanced Motionflow, czyli całkiem sprawnie działające upłynnianie ruchu, za którym jednak osobiście nie przepadam. Muszę jednak oddać sprawiedliwość, że przydaje się to czasami podczas oglądania sportu (w ustawieniu "płynnie niskie").

Zgodnie z aktualnymi trendami, Sony VPL-VW260ES oczywiście wspiera też HDR, choć "tylko" w standardach HDR10 (obecnie najpopularniejszy profil, wykorzystywany na nośnikach Blu-ray Ultra HD oraz przez konsole gier PlayStation 4 oraz Xbox One S), a także HLG (wykorzystywanych m.in. przez nadawców klasycznej TV i YouTube). Projektor ten nie wspiera jednak udoskonalonych, 12-bitowych formatów HDR, takich jak HDR10+, czy Dolby Vision, w których to metadane o obrazie przesyłane są dynamicznie (w HDR10 wartości te są stałe dla całego filmu). Przy czym trzeba pamiętać, że żaden projektor nie obsługuje jeszcze Dolby Vision, poza tym HDR w projektorach rządzi się nieco innymi prawami niż w telewizorach, nie ma co więc nad tym załamywać rąk. Wrażenia wizualne są i tak znakomite, nawet przy "zwykłym" HDR10.

Nieco zawiedziony byłem za to funkcją poprawy rozdzielczości płyt DVD (których to mam sporą kolekcję) w ramach mocno zachwalanej przez producenta funkcji Reality Creation. W przypadku materiałów SD zyski z takiej programowej interpolacji były całkiem efektowne w zakresie obrazu, ale jednocześnie okazały się nieco irytujące w zakresie napisów. Szczególnie przy takich filmach jak "Vicky Cristina Barcelona", gdzie czcionka jest koszmarna. Spodziewałem się, że upscalling z SD do 4K będzie jednak wyglądał odrobinę korzystniej - cudów jednak nie ma (znacznie lepiej jest przy FHD do 4K). Mimo to, ten przesympatyczny film Woody'ego Allena oglądało się również z wielką przyjemnością.

Detale na plus i minus

Pochwalić można także szerokie możliwości dopasowania obrazu do własnych preferencji i warunków projekcji. Do dyspozycji jest 8 predefiniowanych trybów obrazu (Film 1, Film 2, Reference, TV, Photo, Game, Bright Cinema, Bright TV) plus 1 własny, a także możliwość samodzielnej zmiany przestrzeni i temperatury kolorów, korekty gamma oraz regulacji ostrości, jasności i kontrastu. Do pełni szczęścia, aby wykonać pełną kalibrację, przydałaby się jeszcze aktywna przysłona (której, jak pisałem wcześniej, ten projektor nie posiada), jednakże konieczność potencjalnego przyciemnienia obrazu mogłaby potencjalnie dotyczyć w zasadzie jedynie posiadaczy małych pomieszczeń/ekranów, a o takie nie podejrzewam potencjalnych nabywców projektora za 20 kawałków.

Skoro jestem już przy kalibracji to warto cofnąć się o krok, do instalacji projektora. W tej półce sprzętu zespół optyczny jest już bowiem oczywiście całkowicie zmotoryzowany. Można więc elektrycznie wyregulować ostrość, powiększenie (2,06x) oraz przesunięcie soczewki (pionowo +85% -80%, poziomo +/-31%). Przy czym, w przypadku tej ostatniej opcji, są to wartości maksymalne w jednej płaszczyźnie - duże przesunięcie horyzontalne ograniczy możliwość regulacji wertykalnej i vice versa. Mimo to możliwości są i tak bardzo szerokie, a wszystko można ustawić przy pomocy pilota, dzięki czemu wyregulowanie projektora podczas instalacji to kaszka z mleczkiem. Podoba mi się też, że producent zadbał o takie detale jak podłużne zagłębienia od spodu obudowy tego mastodonta (50x46x20 cm, 14 kg), chwyt jest pewniejszy, a ryzyko wyślizgnięcia projektora zminimalizowane. Na samą myśl, że taki świeżo zakupiony projektor mógłby upaść na podłogę, przechodzą mnie ciarki po plecach, brrr....

Obudowa to zresztą kolejny aspekt przy którym warto się zatrzymać. Stosownie do klasy sprzętu, użyte tworzywa są bardzo wysokiej jakości, a poszczególne elementy zostały dobrze spasowane. Bardzo podobało mi się wykończenie - matowe, a zarazem odrobinę mieniące się pod światło. Poza frontowym panelem obudowy nie ma tu żadnych błyszczących elementów, za którymi nie przepadam. Całość jest potężna, ale nieco ascetyczna - dominuje obiektyw z czarnym pierścieniem (w modelach "bardziej premium" jest złoty). Przyciski menu są tak subtelnie ukryte z boku, że zwróciłem na nie uwagę dopiero podczas pakowania projektora. Zaskakuje natomiast brak elektrycznie sterowanej zasłony obiektywu - trzeba ręcznie ściągać dekielek, jak w najtańszym rzutniku za kilkaset złotych. Jest to zresztą ułomność wspólna dla całej rodziny projektorów 4K Sony - nie ma jej nawet najnowszy VPL-VW760ES za 65 tys. zł. Dziwne.

Duże gabaryty obudowy dają zwykle konstruktorom większe pole do popisu w zakresie efektywności chłodzenia, dzięki czemu generalnie większe projektory są zwykle cichsze. Nie inaczej było w tym przypadku, choć bohater tej recenzji nie jest praktycznie bezgłośny, jak to miało miejsce podczas testu VPL-HW45ES (Full HD), którym zachwycałem się jakiś czas temu. VPL-VW260ES pracuje już ze słyszalnym, choć w dalszym ciągu niezwykle umiarkowanym szumem (26 dB wg producenta), który podczas projekcji kompletnie nie przeszkadza (szczególnie gdy projektor jest gdzieś podwieszony z tyłu, pod sufitem).

Dołączony w zestawie pilot to konstrukcja typowa dla projektorów Sony - od najtańszych modeli do tych z wysokiej półki. Duży, porządnie wykonany, wygodnie leżący w dłoni, z możliwością podświetlenia klawiszy na niebiesko. W wersji dedykowanej dla tego modelu rzutnika wyposażony jest w klawisze do regulacji motoryki obiektywu, niestety bez klawisza Position. Sony VPL-VW260ES nie oferuje bowiem funkcji zapamiętywania ustawień soczewki dla poszczególnych trybów obrazu, co jest istotne dla posiadaczy ekranów o kinowych (2,39:1, 2,06:1), a nie telewizyjnych (1,78:1) proporcjach. To druga, obok braku aktywnej przysłony, najważniejsza różnica względem VPL-VW360ES, kolejnego projektora 4K w gamie Sony. Przy czym akurat w tym przypadku różnica chyba sztucznie zablokowana oprogramowaniem, a nie wynikająca z ograniczeń sprzętowych.

Skoro już jestem przy mankamentach nie sposób pominąć jeszcze jednego niuansu, zgrabnie ukrywanego pod gwiazdkami w folderach producenta. Otóż obraz 4K 50/60p jest obsługiwany tylko przy próbkowaniu kolorów 4:2:0, a nie 4:4:4 (wszystkie pozostałe tryby, z 4K 24/25/30p włącznie). Ma to znaczenie w przypadku wyświetlania najbardziej wyśrubowanych produkcji Blu-ray Ultra HD HDR w 60p lub przy podłączaniu komputera/konsoli pracujących w trybie 4K 60p (przy czym teoretycznie tj. wg specyfikacji projektor przyjmuje sygnał z komputera do Full HD, w praktyce działa jednak także w 4K). W 4K 50/60p obraz będzie oczywiście nadal wyświetlany, ale przez zredukowaną informację o kolorze drobne elementy będą nieostre (np. czcionki), pojawi się także banding na przejściach tonalnych. Warto więc mieć na uwadze to ograniczenie żeby się nie rozczarować. Przy czym podkreślam, że problem jest marginalny, a do czasu gdy filmy w takim standardzie się upowszechnią będziemy mieli już pewnie na rynku standard 8K - taka już kolej postępu technicznego ;)

Czas na podsumowanie

Bohater niniejszego testu jest bez wątpienia modelem przełomowym. Po raz pierwszy w historii tak zaawansowany projektor, oferujący fantastyczną jakość obrazu i rzeczywistą rozdzielczość 4K z HDR, zbliżył się do magicznej bariery 20 tys. zł. Jeszcze niedawno za najtańszy model 4K ze stajni Sony, VPL-VW320ES, trzeba było zapłacić blisko o połowę więcej.

Jak każdy produkt, Sony VPL-VW260ES nie jest naturalnie pozbawiony mankamentów. Nie ma jednak co załamywać rąk, że nie ma np. aktywnej przysłony, bo nawet bez niej czerń jest zaskakująco dobra, choć nie "atramentowa". Podobnie z brakiem pamięci ustawień obiektywu, co będzie wadą dla - strzelam - mniej niż 1% maniaków kina domowego. Nawet rozpaczanie nad próbkowaniem kolorów 4:2:0 przy obrazie 4K 50/60p, brzmi nieco komicznie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że możliwość w ogóle wyświetlania obrazu o takich parametrach była jedną z kluczowych nowości wspomnianego VW320ES (który zadebiutował raptem 2 lata temu). Nie dajmy się zwariować...

Na mankamenty zwracałem uwagę z kronikarskiego obowiązku, nie będę jednak ukrywał, że ten projektor podbił moje serce. Widok materiałów o rozdzielczości 4K na 130 calach robi oszałamiające wrażenie, a jakość obrazu wgniata w fotel. Na tym tle 65-calowy telewizor wydaje się śmiesznie mały niczym 20-calowe kineskopowce, które zamienialiśmy kiedyś na pierwsze LCDki lub plazmy. Obraz w klasycznych kinach jawi się zaś wyprany z kolorów i szary...

Bezdyskusyjnie kwota, którą trzeba zapłacić za ten projektor nadal jest bardzo wysoka, w polskich warunkach trudno ją nazwać umiarkowaną, jak chciałby to wbić nam do głów producent. Jednak - o ile tylko Was stać - jest to inwestycja warta rozważenia. Chyba nawet relatywnie korzystniejsza niż kolejny w gamie, VPL-VW360ES, który ma co prawda aktywną przysłonę i pamięć obiektywu, ale jest aż o połowę droższy. Technologie bowiem cały czas idą do przodu, za 2-3 lata projektory z tego segmentu będą już zapewne posiadały w standardzie laserowe źródła światła, a dyskutować będziemy nie o 4, ale 8K... No chyba, że przebieracie nogami i cierpicie na nadmiar gotówki - wówczas świeżutki VPL-VW760ES za jedyne 65 tys. zł, z laserem, aktywną przysłoną, próbkowaniem 4:4:4 przy 4K 50/60p oraz pamięcią obiektywu, będzie świetnym prezentem na Gwiazdkę. Czego sobie i Wam życzę ;)

© dobreprogramy