Tysiące pracowników Google'a wyszło na ulice. Mają dość nadużyć seksualnych w firmie

Strona główna Aktualności
Źródło: Depositphotos
Źródło: Depositphotos

O autorze

Pracownikom i kontrahentom Google'a nie spodobał się sposób, w jaki przedsiębiorstwo walczy z nadużyciami seksualnymi i molestowaniem w miejscu pracy. Dlatego 1 listopada br. przeprowadzono masowe manifestacje w 50 miastach na całym świecie. Jak podają organizatorzy, na ulicach pojawiło się ponad 20 tys. osób powiązanych z firmą z Mountain View.

W ostatnich latach Google nadzwyczaj chętnie podejmowało tematy związane z nadużyciami seksualnymi swoich pracowników, za każdym razem deklarując zaostrzenie polityki wewnętrznej. Czarę goryczy przelał jednak opublikowany 25 października, przez New York Times, artykuł bezpośrednio uderzający w osobę Andy'ego Rubina, jednego z twórców systemu Android. Mężczyźnie, który szeregi Google'a opuścił jeszcze w 2014 r., zarzucono pobieranie stałego wynagrodzenia w wysokości 2 mln dol. na miesiąc, pomimo wypowiedzenia złożonego rzekomo z uwagi na seksaferę.

Wśród postulatów pojawiły się m.in.: jawne postępowania dyscyplinarne, przymusowy arbitraż dla wszystkich oskarżonych, zrównanie płac, sprawny system umożliwiający anonimowe zgłaszanie nadużyć współpracowników, a także powołanie specjalnego funkcjonariusza ds. różnorodności, który miałby bezpośrednio podlegać dyrektorowi generalnemu, Sundarowi Pichaiowi. Zdaniem manifestujących obecna polityka korporacji jest niejasna: wielu wyższych rangą pracowników mówi o problemach, ale unika konkretnych przykładów.

– Wiele firm patrzy na nas – powiedział jeden z pracowników Google'a zgromadzonych w Nowym Jorku, Tanuja Gupta. – Zawsze byliśmy awangardą, więc jeśli to my nie wyznaczymy drogi [innym firmom – przyp. red.], nikt inny tego nie zrobi – dodał.

Tanuja Gupta był jedną z ponad 20 tys. osób, jakie w miniony czwartek zebrały się na ulicach Stanów Zjednoczonych, Australii, Brazylii, Kanady, Niemiec, Indii, Irlandii, Japonii, Holandii, Filipin, Wielkiej Brytanii, Singapuru, Szwecji i Szwajcarii, aby wesprzeć przedsięwzięcie zorganizowane pod egidą projektu Google Walkout for Real Change. Co ciekawe, grupa niezadowolonych okazała się stanowić ponad 20 proc. stanu osobowego firmy Google, która na dzień 30 września 2018 r. zatrudniała 94 372 osoby. Widać więc, że sprawę traktuje się naprawdę poważnie.

Audiatur et altera pars, czyli należy wysłuchać drugiej strony

Zresztą, CEO Sundar Pichai obiecał przedstawić 5 listopada stosowny plan naprawczy. Pytanie: co takiego należy naprawić i o co tak naprawdę walczą aktywiści? Przypomnę, że stanowiąca punkt zapalny historia Andy'ego Rubina jest niekompletna. Times wysunął zarzuty, owszem, ale bez namacalnych dowodów jest to tylko słowo przeciwko słowu. Jeśli aktywiści chcą jawności postępowań dyscyplinarnych ze względu na ochronę interesów obydwu stron, to należy mówić o kroku w dobrą stronę. Patrząc jednak na pomysły takie jak zrównanie płac czy wdrożenie systemu umożliwiającego szybkie i anonimowe składanie donosów, zdawać się może, że chodzi o jeszcze coś innego.

© dobreprogramy