UE chce zabronić podglądania maili. Obrońcy praw dzieci mają wątpliwości

Strona główna Aktualności

O autorze

Już 20 grudnia w życie wejść ma nowa unijna dyrektywa ePrivacy, która zakazuje prywatnym przedsiębiorcom skanowania korespondencji użytkowników. Choć sama idea wydaje się słuszna, sceptyków nie brakuje. Pada argument o ochronie dzieci.

Sprawa dyrektywy ePrivacy ciągnie się nieprzerwanie od 2002 r., kiedy to Komisja Europejska użyła tej nazwy po raz pierwszy. Zaczęło się od narzucenia silnych restrykcji pro-prywatnościowych na operatorów komórkowych, jednak wraz z upływem czasu wiele rozwiązań straciło rację bytu, bądź zostało w pewnym sensie zdewaluowanych.

Jedną z nadrzędnych kwestii spornych jest definicja wiadomości tekstowej, która w pierwotnym kształcie obejmowała wyłącznie SMS-y, a już nie komunikatory internetowe takie jak Messenger czy WhatsApp. Te ostatnie pozostawały dosłownie wyjęte spod prawa.

Z biegiem lat to się oczywiście zmieniało, ale kropkę nad i europejscy urzędnicy chcą postawić 20 grudnia. Najnowsza wersja dyrektywy ePrivacy, która ma wówczas wejść w życie, bez wyjątków zabrania skanowania cudzej korespondencji. Tym samym potentaci pokroju Facebooka czy Google'a efektywnie stracą dostęp do wiadomości użytkowników, przynajmniej formalnie. Nie każdemu jednak ten pomysł przypadł do gustu.

Obawy o rozkwit przestępczości

Podczas gdy organizacje pozarządowe zajmujące się ochroną prywatności otwierają szampana, grupa kilkorga parlamentarzystów UE grzmi o ochronie dzieci. Jak twierdzą, całkowita blokada kontroli to woda na młyn dla przestępców seksualnych, którzy niczym nieskrępowani będą mogli atakować swe ofiary w serwisach społecznościowych.

Według danych Federalnej Izby Audytowej USA, między styczniem a wrześniem br. skanowanie korespondencji pozwoliło wykryć 52 mln przypadków nadużyć wobec dzieci, w tym nieokreśloną liczbę pedofilskich zdjęć i nagrań wideo. Ponad 2,3 mln ma swoje źródło na terenach Unii, zauważono. Sceptycy ePrivacy chętnie przytaczają te dane, strasząc nie tylko konsekwencjami w skali lokalnej Starego Kontynentu, ale też na całym świecie.

Larum podnoszą przede wszystkim reprezentanci Niemiec oraz Szwecji, szukając sojuszników wśród polityków amerykańskich i rozmaitych działaczy społecznych.

– Byłoby całkowitą porażką, gdybyśmy w czasie ogólnoświatowej pandemii, zabronili wykrywania nadużyć w sieci – wyraża się jasno Ylva Johansson, szwedzka członkini KE odpowiedzialna za kwestie bezpieczeństwa. – Musimy znaleźć kompromis między prywatnością użytkownika a prywatnością dzieci – dodaje konsekwentnie eurodeputowana.

Nie jest bynajmniej w swoich tezach osamotniona. Wtórują jej m.in. przedstawicielka Niemiec, Birgit Sippel, a także Julie Cordua z organizacji Thorn opracowującej narzędzia z zakresu prewencji. – To, co dzieje się w Europie, będzie mieć wpływ na cały świat – podkreśla Cordua i również zachęca do jakiejś formy kompromisu. Pada kilka alternatywnych pomysłów.

Debatując nad ewentualnymi wyjątkami

Johansson zachęca, aby zakaz odroczyć, by raz jeszcze przysiąść do debaty. Sippel i jej kompanii z Partii Socjaldemokratycznej (SPD) proponują coś innego: zaprzestać wyłącznie analizy tekstu, ograniczając się do treści multimedialnych.

Debata wre, angażując kolejnych społeczników i ekspertów, którzy przekrzykują się na argumenty. Jednym z nich jest dr Farid Hany z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, który w rozmowie z New York Times porównuje analizę zdjęć do filtra antyspamowego. Jak twierdzi, skoro nikomu nie przeszkadza odławianie wiadomości-śmieci, to nie powinno przeszkadzać też kontrolowanie przesyłanych fotografii.

Ale dla orędowników ePrivacy żaden z tych pomysłów nie jest akceptowalny. Diego Naranjo, kierownik ds. polityki European Digital Rights, uważa zarzuty wobec dyrektywy za wyświechtane. – Każdy, kto kwestionuje zachowanie technologicznych gigantów, zostaje w końcu uznany za kogoś, kto nie przejmuje się dziećmi – komentuje z przekąsem Naranjo.

Zwraca również uwagę, że w prawie karnym obowiązuje zasada domniemania niewinności, która nie pozwala traktować każdej wiadomości jako potencjalnie szkodliwej. – Nikt przecież nie otwiera losowo przesyłek pocztowych, by sprawdzić zawartość – ucina.

Republikanie i Demokraci chórem

Ostatecznie Unia jako całość pozostaje niewzruszona na utyskiwania, ale to nie oznacza, że ktoś dał tu za wygraną. W czwartek do akcji wkroczył amerykański senator Tom Cotton z Arkansas. – Przymykanie oczu na krzywdę dzieci nie sprawi, że problem odejdzie – oświadczył republikanin. Co ciekawe, apel w podobnym tonie wystosowało 12 innych członków Izby Reprezentantów. Tak republikanów, jak i demokratów.

Siłą rzeczy niezadowoleni są także Facebook i Google, aczkolwiek nie wyrażają tego wprost. Google na przykład podaje tylko, że w 2019 r. zablokował 3,6 mln nielegalnych zdjęć i filmów, nie odnosząc się do samej ePrivacy. Facebook tymczasem gwarantuje, że dostosuje się do przepisów, choć, jak twierdzi, jest numerem jeden w wykrywaniu nadużyć.

© dobreprogramy
s