r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Ubuntu na rozdrożu: powrót do GNOME, czyli powrót donikąd

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Wczorajsza deklaracja Marka Shuttlewortha wyglądała wręcz na spóźniony żart primaprilisowy. Zmarnowane całe lata pracy programistów Ubuntu, zdezorientowana społeczność, nadszarpnięta reputacja – a to wszystko ze względu na jednego człowieka, który stwierdził, że jego koncepcja konwergencji urządzeń i interfejsów użytkownika jednak nie ma sensu. Po raz kolejny mamy do czynienia z sytuacją, w której wizjonerzy wzornictwa chcą całkowicie przebudować klasyczny desktop w coś, co być może sprawdziłoby się na tabletach, gdyby ktoś chciał używać tabletów do poważnej pracy – i po raz kolejny widzimy, jak bardzo nic z tego nie wychodzi. Co jednak właściwie decyzja o zastąpieniu własnego Unity 8 przez GNOME może oznaczać?

Te kolorki rozpozna każdy

Unity przeszło długą drogę. Od bezużytecznego potworka w Ubuntu 11.04, do całkiem sprawnego i lekkiego interfejsu w Ubuntu 16.04 LTS, który choć dziwaczny dla ludzi wychowanych na pulpicie Windows, stał się wręcz ikoniczny dla linuksowego desktopu. Nie przesadzam – na wielu prezentacjach technologii w jakiś sposób związanych z Linuksem w ostatnich latach widziało się właśnie zrzuty ekranu z pulpitu Unity. Opracowany przez Canonicala interfejs pojawiał się nawet w wizualizacjach kompletnie niepowiązanych z IT. Na wielkoformatowych plakatach reklamujących nową przestrzeń biurową powstającą opodal mego osiedla mogę codziennie zobaczyć wnętrze nowoczesnego biura, ze stojącymi na biurkach komputerami typu All-in-One, a na ich ekranach charakterystyczne kolorki Unity i jego charakterystyczny dock z dużymi ikonami przy lewej krawędzi.

Unity 8: wszystko na śmietnik?

Zniechęcenie Marka Shuttlewortha można jednak zrozumieć. Wydanie Unity 8, najnowszej wersji środowiska, która miała działać na autorskim serwerze grafiki Mir, przeciągało się. Rok po roku kolejne wersje systemu Canonicala pozostawały z serwerem X.org. Nawet w najnowszym, obecnie testowym Ubuntu 17.04, wciąż domyślną sesją graficznego interfejsu jest Unity 7 i X.org. A niech przypomnę, że deweloperzy Canonicala zapowiadali porzucenie X.org na rzecz Mira już w Ubuntu 13.10, a wprowadzenie Unity 8 na Mirze w Ubuntu 14.10.

r   e   k   l   a   m   a

Nic z tego nie wyszło, ze zbyt wielu powodów, by je tu szczegółowo roztrząsać. Najważniejszy z nich jest chyba jednak taki, że Canonical został ze swoimi planami na coraz-mniej-linuksowy system sam. Zarówno opensource’owi deweloperzy, jak i producenci układów graficznych mniej lub bardziej zdecydowanie stanęli po stronie uznanego następcy X.org, serwera Wayland (tak, wiem, że ściśle rzecz biorąc Wayland nie jest serwerem grafiki, ale protokołem dla kompozytora, ale nie w tym rzecz).

Fedora (jak zwykle) była pierwsza

I to właśnie dzięki tym staraniom udało się przygotować i wydać w 2016 roku pierwszą domyślnie używającą Waylanda a nie X.org dystrybucję – Fedorę 25. Na nowym stosie grafiki postawiono GNOME 3.22, pierwszy pulpit gwarantujący stabilną pracę z Waylandem (przynajmniej na sterownikach grafiki Intela). W Canonicalu mogli patrzeć na to tylko z zazdrością, ale co robić, przeniesienie Unity 8 na Waylanda nie bardzo było możliwe, choćby ze względu na tę nieszczęsną wytyczną projektową – konwergencja. Wayland nigdy nie był projektowany z myślą o smartfonach, tymczasem Mir był fundamentem tych wszystkich technologii rozwijanych dla Ubuntu Touch, systemu na urządzenia mobilne.

Wytyczna projektowa już jednak nie obowiązuje, a Mark Shuttleworth ogłasza, że Ubuntu 18.04 LTS powraca do GNOME. Zaraz, ale co w 2018 roku ma znaczyć „powrót do GNOME”? Przecież nie ma już czegoś takiego jak GNOME, do którego można by wrócić. Od czasów Ubuntu 11.10, gdy z systemu zniknął klasyczny pulpit GNOME nawet jako rozwiązanie awaryjne dla komputerów, które nie są w stanie Unity uruchomić, wiele się wydarzyło – włącznie z tym, że Unity przeszło na nowe biblioteki GNOME 3, tego samego nowego GNOME, którego tak bardzo nikt nie chciał, i które niewiele wspólnego z klasycznym GNOME miało.

Do czego chce wrócić pan Shuttleworth?

Mijały lata, GNOME 3 rozwijało się zarówno od środka, jak i na zewnątrz, ze swoim unikatowym interfejsem, GNOME Shellem. Interfejs ten może wyglądał ładnie i ciekawie, ale wielu raził brakiem elastyczności i konfigurowalności, jak również wydumanym poziomem abstrakcji, w którym zwykła metafora pulpitu została zastąpiona koncepcjami przełączeń między zadaniami i wirtualnymi przestrzeniami roboczymi. Dla ludzi, którzy potrzebowali pulpitu po prostu do pracy, a nie do teoretycznych rozważań nad abstrakcjami przepływu pracy i danych, GNOME Shell był nie do zniesienia. Nawet te dystrybucje, które zdecydowały się z niego korzystać na poważnie (OpenSUSE, RHEL/CentOS) mocno przerobiły GNOME Shella, by ograniczyć szok obcego interfejsu.

Zarazem jednak obserwowaliśmy powstanie nowych, mocnych interfejsów, które w całości odrzucały teorie projektantów GNOME, nie odrzucając mechanizmów stworzonych przez programistów tego projektu. Najważniejszy okazał się MATE, który odtwarzał klasyczny pulpit GNOME 2, przy zachowaniu możliwie dużej kompatybilności z nowszymi linuksowymi technologiami, na czele z biblioteką GTK+ 3. Najpopularniejszy okazał się chyba jednak Cinnamon, początkowo fork GNOME Shella mający na celu zrealizowanie założeń klasycznego pulpitu, a dziś już w zasadzie całkowicie niezależne od GNOME środowisko. To właśnie za sprawą Cinnamona taką popularność uzyskał Linux Mint, postrzegany przez użytkowników jako rozsądny, kompatybilny zamiennik dla Ubuntu i tych wszystkich dziwactw z Unity. Ostatnio zaś pewną popularność zyskał Budgie z projektu Solus – który jednak przymierza się dziś do porzucenia zależności i od GNOME i nawet od Gtk+ (deweloperzy chcą go przepisać w Qt).

Nie wiadomo więc, co oznacza „powrót do GNOME”. Czy w Ubuntu 18.04 LTS mielibyśmy zobaczyć GNOME Shella, nie przypominającego w niczym Unity? Czy też będzie to po prostu dalej Unity 7 na bazie dzisiaj wykorzystywanych technologii GNOME 3, być może z poprawkami pozwalającymi wykorzystać Waylanda? Jeśli to pierwsze, to możemy spodziewać się wielkich okrzyków niezadowolenia. Czy ktoś z użytkowników Ubuntu chciał GNOME Shell?

Społeczność już mogła chcieć, ale nie chciała

Mark Shuttleworth w swoim wpisie zapewnia, że szanuje to, że rynek i społeczność ostatecznie decydują, które projekty będą się rozwijać, a które znikną. Chyba jednak nie szanuje, decyzja o przejściu na GNOME jest równie arbitralna, co jego niespełnione fantazje o „konwergencji”. Mamy przecież oficjalną odmianę Ubuntu GNOME, właśnie z GNOME Shellem. Jakie jest nią zainteresowanie? Strona i wiki wyglądają bardzo obskurnie, subreddit /r/ubuntugnome subskrybuje 214 osób (dla porównania: /r/xubuntu – 1758 czytelników, /r/kubuntu – 1233 czytelników, a główne /r/ubuntu – 70804 czytelników). Na liście DistroWatch zajmuje 65. miejsce, jako chyba najmniej popularna odmiana Ubuntu. Niby więc gdzie to zainteresowanie GNOME (Shellem)?

Na koniec słowo dla wszystkich tych, którzy nic nie mają wspólnego z Linuksem, a którym mimo to chciało się przeczytać ten tekst. Tak, wrażenie jakie odebraliście jest całkiem na miejscu, Linux nie nadaje się na desktop. Sęk w tym, że dziś już nic nie nadaje się na desktop. Wszyscy mają z desktopem dziś pod górkę, więc wszyscy musimy się męczyć z tym, co mamy. Różnimy się po prostu w kwestii tego, które niedogodności łatwiej nam znieść, i na tej podstawie wybieramy swój najmniej nielubiany system.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.