Mark Zuckerberg © Getty Imges | David Paul Morris, Samuel Boivin

Brak alternatywy. Kolejna forma cyfrowego wykluczenia

Łukasz Michalik

Czy obywatel Polski może nie mieć smartfona i nie korzystać z platform społecznościowych? Teoretycznie jest to możliwe, ale praktyka dnia codziennego zmusza nas do korzystania z określonych – kontrolowanych przez prywatne podmioty – usług i platform. Otwarte standardy są w odwrocie, a wielkie firmy technologiczne robią wiele, aby całkowicie je zmarginalizować.

Czym jest w 2026 r. cyfrowe wykluczenie? Przez długi czas termin ten był łączony z brakiem umiejętności obsługi komputera czy smartfona i z niedostępnością łącza internetowego o wystarczającej przepustowości.

Obecnie – choć problemy te nie zostały całkowicie wyeliminowane – cyfrowe wykluczenie może przybierać odmienną postać: stawia poza zbiorowością pełnoprawnych obywateli tych, którzy z różnych względów nie korzystają z określonych urządzeń lub usług internetowych.

Publiczna szkoła, komercyjny e-dziennik

We wrześniu 2026 r. Ministerstwo Edukacji zamierza uruchomić bezpłatny, państwowy elektroniczny dziennik szkolny. Usługa będzie pilotażowo dostępna dla wybranych szkół, a po roku testów zostanie udostępniona dla wszystkich. Zakończy to wieloletnią praktykę korzystania przez publiczne szkoły z prywatnych, komercyjnych e-dzienników.

Choć ich podstawowe funkcje były dostępne bez opłat, pełna użyteczność – jak choćby możliwość usprawiedliwiania nieobecności – została zarezerwowana dla użytkowników, którzy opłacili abonament. W teorii korzystanie z e-dziennika było opcjonalne, w praktyce oznaczało (i co najmniej przez najbliższy rok będzie oznaczać) konieczność wyboru jednej z dwóch komercyjnych usług, do której – siłą rzeczy – trafiały także dane milionów uczniów.

Informacje od instytucji publicznych

Kontrowersje budzi także korzystanie przez publiczne podmioty z komercyjnych serwisów internetowych, jak różne serwisy społecznościowe. Trudno potępiać takie wybory: choć kluczowe informacje trafiają do Biuletynu Informacji Publicznej, instytucje komunikują się tam, gdzie ich przekaz ma szansę dotrzeć do odbiorców.

Problem związany z został przy tym dostrzeżony już dawno – od 2018 r. administracja państwowa korzysta z podręcznika dobrych praktyk "Otwieranie danych", który wskazuje konkretne rozwiązania, pozwalające na udostępnianie informacji w sposób otwarty, bez ograniczania dostępu do użytkowników konkretnych technologii czy usług.

CANADA - 2026/07/04: In this photo illustration, the Microsoft Copilot logo is seen displayed on a smartphone screen in the Apple app store. (Photo Illustration by Thomas Fuller/SOPA Images/LightRocket via Getty Images)
Wielkie firmy technologiczne usiłują zastąpić otwarte standardy kontrolowanymi przez siebie technologiami © GETTY | SOPA Images

To działanie odwrotne od rynkowego standardu, którym jest – w przypadku podmiotów działających komercyjnie – konsekwentne wypieranie otwartych standardów technologicznych i zastępowanie ich usługami zamkniętymi, kontrolowanymi przez jeden podmiot, na miarę swoich możliwości dążący do monopolizacji.

Uzależnienie od algorytmów

Dobrym przykładem takiego zjawiska jest marginalizacja standardu RSS (Really Simple Syndication) – rozwiązania bazującego na znacznikach XML i oferującego możliwość automatycznego powiadamiania zainteresowanych użytkowników o pojawieniu się nowych treści na stronach internetowych.

Narzędzie to – dając użytkownikom wybór i kontrolę nad tym, z jakimi treściami świadomie, celowe chcą mieć styczność – jest konkurencją dla prezentowania treści bazującego na algorytmach i mechanizmach wykorzystujących podatność użytkowników na uzależnienia.

W rezultacie, choć żadna z wielkich firm technologicznych oficjalnie nie ogłosiła zwalczania RSS, standard ten jest sukcesywnie wygaszany przez wyłączanie narzędzi do jego obsługi (jak wyłączony w 2013 r. Google Reader) czy wycofanie wsparcia, co dotyczy takich platform, jak m.in. Facebook, X czy Instagram.

Synteza zamiast wskazania źródeł

Podobny proces dotyczy również wyszukiwania w internecie. Usługi takie jak Google czy Bing zmieniły się z wyszukiwarek treści w narzędzia do ich agregacji i syntetyzowania, a rolę klasycznych wyszukiwarek internetowych przejmują narzędzia konwersacyjne, jak ChatGPT czy Perplexity.

Wyszukiwarka Google na iPadzie
Wyszukiwarki stały się obecnie narzędziami do syntezy treści © Adobe Stock

Już teraz około połowa zapytań nie kończy się przejściem na jakąkolwiek stronę internetową, ale ogranicza do treści prezentowanych przez wyszukiwarkę. Z punktu widzenia użytkownika jest to rozwiązanie szybkie i wygodne, jednak zmniejsza różnorodność prezentowanych treści i możliwość korzystania z nieprzetworzonych źródeł.

Zamknięta usługa jak cyfrowy paszport

Podobne zjawisko dotyczy również emaila. To usługa bardzo stara, działająca od 1971 r., a od 1983 r. do czasów współczesnych bazująca na protokole SMTP (wysyłanie poczty) oraz POP3 i IMAP. Choć najpopularniejsze usługi emailowe oferują firmy takie jak Google czy Microsoft, użytkownicy z podstawową wiedzą techniczną mogą – korzystając z otwartych narzędzi – uruchomić własną usługę poczty elektronicznej, używając jej nie tylko do przesyłania informacji, ale także jako identyfikatora do różnych platform czy usług.

Tę właśnie rolę usiłują ograniczyć dostawcy alternatywnych, zamkniętych rozwiązań, promujący własne ekosystemy czy serwisy społecznościowe jako platformy zapewniające jednoznaczną identyfikację w internecie, czego przykładem jest możliwość logowania do wielu usług kontem Facebooka czy Google’a. Warto podkreślić, że rozwiązanie to ma istotne zalety, związane nie tylko z wygodą, ale także bezpieczeństwem danych (konta e-mail są częstym celem różnych ataków).

Jego powszechne wdrożenie oznacza jednak, że dostęp do różnych usług czy serwisów jest realizowany z pośrednictwem konkretnej platformy społecznościowej lub zamkniętego ekosystemu (jak np. Apple). Choć wciąż istnieją alternatywy, pełnię komfortu czy szybkości dostępu do określonych usług otrzymuje w takiej sytuacji wybrana grupa użytkowników.

Wybrane dla Ciebie