iPhone 11, czyli jeszcze więcej tego samego nawijania makaronu na uszy

Strona główna Aktualności
(fot. Shutterstock.com)
(fot. Shutterstock.com)

O autorze

Nowe modele iPhone'ów poznamy już 10 września o godz. 19:00 czasu polskiego na specjalnej konferencji Apple'a. Jak co roku o tej porze, media wręcz kipią od przecieków, z których fani firmy z Cupertino cieszą się jak pierwszaki na dzwonek. Taki standard. Mnie zastanawia jedno: ile razy będziemy jeszcze wałkować dokładnie ten sam schemat?

Nie trzeba być żadnym górnolotnym analitykiem, aby dostrzec, jak wyglądały premiery smartfonów Apple'a w ostatnich latach. Zawsze sprowadzały się do jednego schematu.

Zaczyna się od przecieków o rzekomych superfunkcjach z pogranicza Sci-Fi i efektów spożycia LSD. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w 2017 roku przed premierą iPhone'a 8 zachodni dziennikarze wymyślili sobie biokartę SIM, która miała być wszczepiana w salonie sprzedaży pod skórę użytkownika. Jednak im bliżej premiery, tym mniej takich rewelacji, a ostatecznie kończy się urządzeniem wyklepanym na znanych patentach. Często nawet pod względem wizualnym niezbyt odbiegającym od poprzednika.

Na 99 proc. tym, co zobaczymy na nadchodzącej konferencji, jest iPhone XS. Tylko wyposażony w dodatkowy, trzeci aparat, ładowanie zwrotne (wykorzystanie smartfonu jako bezprzewodowy powerbank) i nowy, szybszy procesor A13. Szef Apple'a, Tim Cook, pokaże kilka przykładowych fotek i wykresów wydajności, której i tak nikt w realiach smartfonowych nie spożytkuje. Parę razy rzuci słynnym amazing. I na tym się skończy.

Technologiczne kopiuj-wklej

Trochę paradoksalnie, publikę mimo wszystko zagrzeje, bo przecież to nowy iPhone. Nie chcę tu wchodzić w kulisy kultu marki Apple, jako że te również są w mediach omawiane z uporem właściwym maniakowi, ale spojrzeć na temat z bardziej technicznej perspektywy.

Na początku swojego istnienia iPhone rzeczywiście miał prawo wzbudzać emocje. Co by nie mówić, był pionierem obsługi dotyku przy użyciu palca. Później przez długi okres mógł uchodzić za najsolidniej wykonany smartfon na rynku. Myślę o czasach, gdy Samsung straszył plastikowym Galaxy (przed 2015 rokiem). Wtedy to konkurencja musiała od Apple'a kopiować rozwiązania.

Dzisiaj jest nieco inaczej. To Apple działa w modelu kopiuj-wklej, selekcjonując najciekawsze patenty rywali i wdrażając je do swych urządzeń. No dobra, niektórzy będą zapewne kłócić się, że iPhone X wymyślił wcięcie w ekranie. Prawda jest jednak taka, że analogiczne rozwiązanie miały wcześniej Sharp Aquos S2 i Essential Phone. Analizując przecieki dotyczące iPhone'a 11, widzimy trzeci aparat i ładowanie zwrotne. Coś, co zapewnia Huawei Mate 20 Pro z 2018 roku.

Wiele hałasu o nic

Rodzi się w efekcie pytanie, czym się tu ekscytować, skoro niczym nas zaskoczyć nie mogą. Konkurencja, choć w dość pokraczny sposób, eksperymentuje już ze składanymi ekranami, a Apple zaserwuje kolejnego kotleta. Nawet taki Note 10 z nowymi funkcjami rysika S Pen (zamiana odręcznych notatek w tekst, zdalne wyzwolenie migawki aparatu) wygląda znacznie bardziej interesująco, przez co należy rozumieć próbę popchnięcia rynku do przodu.

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że firma z Cupertino prędzej czy później także pokaże składany smartfon. Niemniej cierpliwie wyczeka, aż konkurencja upora się z problemami wieku dziecięcego i zainteresuje tą technologią klientów. Dopiero potem uderzy z własnym, amazing projektem.

Tymczasem wszyscy fani iPhone'ów muszą żyć z tym, co im zespół Tima Cooka dostarcza. I może dlatego na siłę próbują dopatrywać się rewolucji?

© dobreprogramy