iPhone 11. Apple jest lata za konkurencją. Pokażę to na przykładach

Strona główna Aktualności
(fot. YouTube)
(fot. YouTube)

O autorze

Święto w Steve Jobs Theater zakończone. Świat poznał kolejne modele iPhone'ów. Apple raz jeszcze udowodniło, że bardziej niż innowatorem jest aspirującym punktem ksero, na dodatek bardzo mocno przeciągającym czas realizacji. Czyli jak co roku.

Pada magiczne hasło nowy iPhone. Gasną światła. Po chwili następuje bum i na ekranie pojawia się gwóźdź programu. Anturaż jest godny sztuki teatralnej. Zresztą, Apple nie bez kozery nazywa swoją salę konferencyjną teatrem. Problem w tym, że dalej następuje coś, czym ekscytować mogłyby się najwyżej osoby, które trzy ostatnie lata spędziły w piwnicy bez prądu i okien.

Na zachodzie bez zmian

Smartfon fotograficzny – tak Apple anonsuje nowego iPhone'a 11, który właśnie otrzymał killer feature w postaci drugiego aparatu na tyle. Nie no, panie i panowie, ci goście odkryli aparat szerokokątny. Coś, o czym Samsung koncepcyjnie mówił w roku 2007, a LG sprzedawało w roku 2016 w modelu G5. Patrząc na to, jak pędzi postęp na rynku elektroniki użytkowej, zaczynam mieć o inżynierów Apple'a obawy, czy aby nikt ich we wspomnianej piwnicy nie przetrzymuje.

Druga supernowinka brzmi: nagrywanie wideo 4K w 60 kl./s (klatkach na sekundę). Fajnie, bo to oznacza naprawdę godziwą jakość materiału, ale ponownie mowa gdzieś tak o co najmniej dwóch generacjach wstecz. Przy czym tego rodzaju materiał może rejestrować już iPhone 8, więc to de facto żadna nowinka. No dobra, o ile mnie pamięć nie myli, nikt jeszcze nie nagrywał tak przednią kamerą. Fanki i fani Instagrama pewnie się ucieszą. Pod warunkiem, że tę opcję w ogóle dostrzegą.

Tymczasem iPhone 11, wyceniony w Polsce na 3599 zł, raczy nas jeszcze na przykład 6,1-calowym ekranem LCD z obramowaniem à la drzwi balkonowe. Tak, w czasach, gdy producenci zabijają się o to, żeby mieć jak najlepsze pokrycie obudowy przez wyświetlacz, a kontrastowe AMOLED-y z perfekcyjną czernią są w urządzeniach za około tysiaka, fani Apple'a dostają taką bylejakość.

Anno domini 2016-17

Nie przeczę, są tam rzeczy jednoznacznie pozytywne, takie jak nowy, bardzo wydajny procesor A13, pojemny akumulator czy miły dodatek w postaci nagrywania selfie-filmików w zwolnionym tempie. Tyle że na tle całej otoczki wygląda to jak rzucony z litości ogryzek, aby nikt czasem nie powiedział, że w Apple'u kompletnie brakuje pomysłów. Na tle innych współczesnych smartfonów, które można kupić w podobnej cenie, jak Galaxy S10 bądź Huawei P30 Pro, iPhone 11 wypada kompletnie blado.

Nie ma żadnej funkcji, która zdominowała rok 2019. Nie ma czytnika linii papilarnych w ekranie, ładowania zwrotnego (możliwości wykorzystania jako bezprzewodowy powerbank), sensora ToF 3D do poprawy jakości efektu bokeh. Technologicznie reprezentuje lata 2016-17.

Ale przecież jest jeszcze iPhone 11 Pro i on daje radę – powiecie. Cóż, iPhone 11 Pro rzeczywiście ma wysokiej klasy ekran AMOLED, a do tego aparat nie z dwoma, lecz trzema obiektywami, w tym teleobiektyw. Niemniej to w dalszym ciągu nie czyni go jakkolwiek świeżym. Jest najwyżej mniej niedzisiejszy od pobratymca. I taki luksus kosztuje 4999 zł, czyli już totalnie poza skalą rozsądku. Bo płacić tysiące to można za innowacje, a nie niezdarną próbę doskoczenia do liderów.

© dobreprogramy