Nie zrozumcie mnie źle – tytuł graficznie wypada świetnie. W rzeczywistości „drętwe” postacie lego ludków tutaj oddychają pełną piersią cyfrowego życia, wysławiając się ledwie pojękiwaniem wprawdzie, za to nadrabiając rzecz sympatyczną mimiką i mową ciała - niejednokrotny ubaw po pachy przy scenkach przerywnikowych, tudzież w trakcie samej gry, gwarantowany. Rozpoznacie z radością charakterystyczne lokacje, kojarzone z książek czy filmów, starannie "uszczegółowione", obłożone wysokiej jakości teksturami. Problem w tym, że w większości nie zostały zbudowane z klocków, a po prostu wymodelowane. Zwyczajnie źle wygląda takie łączenie ideologii, kiedy niemal rzeczywisty pień drzewa ma nagle gałęzie z elementów LEGO, albo w gęstym, klimatycznym lesie, z klocków złożono tylko roślinki, kamienie lub kładki. Pewna magia gdzieś ucieka…
Jeśli czysto o magię chodzi, choć czarów dostajemy do dyspozycji masę różnych, odkrywanych stopniowo, trudno czerpać z systemu aż taką radość, jak przy rozwalaniu świata i wrogów niefrasobliwie mieczem świetlnym. Po pierwsze, szybkie rzucanie zaklęć jest strasznie niedokładne, a to zmusza gracza do zatrzymywania się w miejscu, żeby w coś przycelować. Na plus policzyć należy teraz możliwość podmianki inkantacji pod skrajnymi przyciskami na padzie, co oszczędza nerwów przy wyborze ich z menu kołowego pod analogiem i ratuje życie w pojedynkach z innymi nastoletnimi (acz nie tylko) czarnoksiężnikami, gdzie wymagane jest stosowanie magii o określonym kolorze w zależności od sytuacji. Irytuje z kolei szwankujące zaznaczanie się elementów, na których można coś różdżką zdziałać – często należy podejść do nich wręcz od określonego kąta, by się podświetliły lub pojawił symbol przycisku, dający okazję wykonania jakiejś akcji.
[break/]Pociągnijmy marudzenie – powiązane fabularnie zadania tak naprawdę są wyraźnie nudnawe. To osobne scenki, podszyte niby scenariuszem, lecz w sumie bliźniaczo podobne w mechanice. Owszem, pojawią się urozmaicenia (żeby nie psuć za bardzo frajdy z odkrywania tytułu wspomnę tylko latanie na miotle, ucieczki w różnorakiej formie, czarno-białe wspomnienia, starcia z bossami), ale by się do tego dobra dokopać trzeba wielokrotnie najpierw przebiec się po rozległym Hogwarcie w tę i z powrotem. Cofanie się po własnych śladach na „uczelni” to niestety na oko blisko połowa czasu spędzonego z grą, z czego jeszcze sporo schodzi na wpatrywanie się w ekrany dogrywania kolejnych podlokacji. Człowiek musi wiele wycierpieć, tfu! - wysiedzieć przed telewizorem, żeby faktycznie pograć – przynajmniej na PS3. Bardziej skomplikowane produkcje "chodzą" już szybciej...
Poza tym wszystko całkiem w porządku. Standardowo różnokolorowe świecidełka masowo sypią się z rozwalanych elementów otoczenia, uzyskacie dostęp do nowych lokacji wraz z kolejnymi poznawanymi czarami, zakosztujecie prostych zagadek logicznych, opierających się na wykorzystaniu zdolności określonych postaci (a tych do odkrycia także mnóstwo, również „zwierzęcych”), magicznych napojów warzonych w kociołku, ewentualnie składaniu różnorakich budowli i mechanizmów z podskakujących żwawo na ziemi klocków – które w większości przypadków należy wpierw odnaleźć, siejąc zaklęciami chaos na planszy. Gromadzenie poukrywanych skrzętnie bloków specjalnych, składających się na coś większego, jak najbardziej rzecz jasna też obecne. Dochodzi ratowanie uczniów w niebezpieczeństwie czy odszukiwanie emblematów. No i chyba nie trzeba wspominać, że z kumplem siedzącym obok gra się przyjemniej?
Ogólnie LEGO Harry Potter: Years 5-7 oferuje sporo roboty, a pomimo powolnego z początku wgryzania się w rozgrywkę oraz wyżej już wymienionych kwestii, mogących negatywnie wpłynąć na odbiór produktu, szarpie się w to nadal całkiem przyjemnie. Nie dałbym dzieła jednak siedmiolatkowi, bo zwyczajnie nie wiedziałby miejscami, co ma robić (sam się gubiłem) - to dla mnie największa wada. Tytuł zwyczajnie nie jest przystępny dla dzieciaków, wbrew oznaczeniu PEGI widniejącym na pudełku. Nie przypadł mi do gustu ponadto obrany styl graficzny, zbyt realny w stosunku do całego klockowatego, nieociosanego tematu plus przekombinowywana powoli chyba za bardzo mechanika. Jeżeli macie jeszcze do „odrobienia” którąś z poprzednich pozycji Tt Games, polecam najpierw po nie właśnie sięgnąć. Nowy „Hary Portier” spokojnie poczeka sobie w kolejce.