Co ciekawe, do rozgrywki wydawałoby się zupełnie nie potrzebującej tła fabularnego, postarano się jednak dorobić całkiem interesującą historię, rozwijaną później z pomocą przepięknie wyrysowanych ilustracji. Naturalnie nie wpływa ona na samą wojenkę na karty, acz warto na plus odnotować starania twórców. Mechanika starć się nie zmieniła, a z uwagi na przeprowadzanie gracza przez poszczególne ich fazy nawet zupełny nowicjusz „ogarnie” co, gdzie i jak, bez potrzeby zaglądania do jakiejkolwiek książkowej instrukcji. Mamy wyraźny podział na wykładanie kart, atakowanie czy obronę, akcja zatrzyma się dla nas również w momencie, gdy powiedzmy będziemy mogli użyć efektu natychmiastowego – naprawdę nie ma co się rozwodzić bardziej nad systemem i próbować cokolwiek tłumaczyć, bowiem pogubić się tutaj jest zwyczajnie niemożliwym.
Z początku tempo zabawy potrafi wydawać się ślamazarne, acz przestajemy na to zwracać uwagę po uświadomieniu sobie, jak długo pojedynek przebiegałby w normalny sposób. Jest akurat nie za wolno, lecz także nie za szybko – w sam raz na błyskawiczne przemyślenie strategii. Acz gdyby ktoś potrzebował więcej czasu ma jeszcze opcję załączenia w odpowiednim momencie danej fazy pauzy. Tak, od strony użyteczności produkcję zdecydowanie przemyślano. Wraz z pojawianiem się na wirtualnym stole nowych kart, każda z jakąkolwiek wcześniej nie wyjaśnioną bliżej cechą zaprezentowana zostanie natychmiast z odpowiednim objaśnieniem. Początkujący spokojnie „wdrożą” się, zaczynając też od najniższego poziomu trudności, gdzie sztuczna inteligencja robi głupie „ludzkie” błędy. Na wyższych już nikt się patyczkować nie będzie...
[break/]W miarę postępów w grze odblokowujemy dostęp do dziesięciu talii, zaś poszczególne poszerzymy o kolejne, zdobywane podczas rozgrywek w trybie samotnika karty. Najważniejsze, że nie jesteśmy też skazani na z góry ustalone rozwiązania, bowiem wreszcie można grzebać w odkrytych zestawach bardziej według własnego widzimisię, podmieniając chociażby słabsze stworki na mocniejsze. Rzecz oczywista, iż nie mamy dostępu do pełni oferty zasobów Wizards of the Coast, aczkolwiek ilość kart idąca w blisko tysiąc nie pozwoli się za szybko znudzić. Poza tym zgodnie z trendami nikt nie zasypiał będzie także DLC w popiele… Więc spokojnie. Jest tu morze grania - z perspektywą na więcej.
Obok zwykłych pojedynków jeden na jednego, w kampanii dla urozmaicenia rozgrywki pojawiają się wyzwania, gdzie stawiani jesteśmy w określonej sytuacji, z którą należy sobie poradzić – przykładowo przy narzuconej liczbie kart roznieść przeciwnika. To udane, góra kilkuminutowe odskocznie od starć potrafiących trwać godziny. Poza trybem fabularnym, sporo czasu spędzimy na walkach w parach, w kilku przeciw sobie, czy ramię w ramię z kompanami, stawiając wspólnie czoło przepakowanemu rywalowi (tryb Archenemy). Rzecz jasna najlepiej się bawić razem z żywymi graczami z sieci. Nie trzeba chyba w ogóle nikomu tłumaczyć, że szarpanie online z kimś rozumnym daje więcej frajdy, niż pojedynek z najbardziej nawet zmyślnym, ale przeprogramowanym magiem?
Oprawa jest jak najbardziej adekwatna do prezentowanych treści, acz zrozumiem, jeśli niektórych do zmrużenia oczu skłonią czasem pewne magiczne efekty graficzne. Nie ma problemu z odczytaniem tekstu na kartach, bowiem zawsze dysponujemy zbliżeniem. W menu natkniemy się na utrzymane w klimacie, dokładnie wykonane tła 3D. Muzyka udanie wtóruje umysłowym wysiłkom, nie dekoncentrując, a zarazem tworząc pewną atmosferę mistyczności. Ogólnie Magic: The Gathering – Duels of The Planeswalkers 2012 stanowi świetny pretekst do powrotu do karcianego świata dla tych, którzy kiedyś grali, ale z różnych powodów zaniechali, teraz zaś szkoda im pieniędzy na „wdrażanie”. Polecam tę pozycję gorąco również nowicjuszom, chcącym zrobić przerwę od strzelanek oraz zręcznościówek – za 800 Microsoft Point żal nie spróbować czegoś tak innego…