Opowieść Microsoftu, podpisana nazwiskiem Brada Smitha, szefa działu prawnego Microsoftu i ozdobiona licznymi ornamentami kojarzącymi się (jak się potem okazuje całkiem słusznie) z wyglądem amerykańskiej waluty, rozpoczyna się 21 stycznia tego roku. Wówczas bowiem Microsoft na swojej konferencji zaprezentował Windowsa 10 oraz gogle HoloLens. W tym samym czasie jednak do siedziby brazylijskiego działu Microsoftu wkroczyły tamtejsze służby, żądając udostępnienia danych użytkowników Skype'a.
Smith spina te wydarzenia klamrą z morderstwami w redakcji „Charlie Hebdo”, które miały miejsce w tym samym miesiącu. Według Microsoftu przykrości jakie spotkały pracowników firmy ze strony brazylijskich organów ścigania, oraz zabójstwa satyryków z paryskiego magazynu, posiadają wspólny i coraz istotniejszy w dzisiejszym, zarówno wirtualnym, jak i rzeczywistym świecie, mianownik. Jest nim szeroko pojęte bezpieczeństwo informacyjne.
Od czasu wydarzeń poruszanych przez Microsoft zapewne dziesiątki razy informowaliśmy o kolejnych, coraz dalej idących, ograniczeniach w internetowej swobodzie wypowiedzi i poszerzaniu możliwości inwigilacji, które w dużej mierze były skutkiem zabójstw w Paryżu. Kwestię te porusza także Microsoft, zaznaczając, że zamachowcy korzystali z usług Microsoftu. Firma zaznacza, że mogła się dzięki temu przyczynić do uzyskania o nich i ich działaniach większej ilości informacji.
W pewnym momencie narracja Smitha zatraca sporo ze spójności powołując się na mniej lub bardziej powiązane fakty, oczywiście oznaczone metką bezpieczeństwa informacyjnego, i komentując je truizmami. Z czasem staje się jednak jasne jaki jest cel publikacji. Rozczarowani będą ci, którzy pomyśleili, że odwołując się do poważnych kwestii Microsoft ma zamiar sformułować – jak przystało na manifest – szczytną ideę, która zmieni to, jak postrzegamy Internet.
Nie licząc rosnącej popularności Windowsa, choć odbywa się to w tempie, które można uznać za umiarkowany sukces, Microsoftowi brakuje w ostatnim czasie spektakularnych sukcesów, czego sztandarowym przykładem jest choćby Windows Phone. Wypowiadając się na temat kwestii prywatności w Sieci, firma nie mogła się nie odnieść do działalności Edwarda Snowdena i faktu, że upublicznił on dane o szeroko zakrojonej współpracy twórców Windowsa z władzami USA. Oczywiście tymi samymi, które stoją na straży prawa i porządku walcząc z takimi mordercami, jak ci, którzy wkroczyli do lokalu przy Rue Nicolas-Appert.
Po zapoznaniu się z manifestem trudno nie odnieść wrażenia, że Smith napisał go poniekąd w celu edukacyjnym. Być może chciał on uświadomić użytkowników produktów i klientów Microsoftu co do tego, że mimo narastającej liczby kontrowersji wokół zagadnienia prywatności w Sieci, korporacja wciąż otacza ich i ich dane opieką. Przynajmniej do momentu, w którym większej opieki nie zechce roztoczyć nad nimi FBI czy analogiczne agencje: rosyjskie, indyjskie, niemieckie czy polskie. Microsoft otwarcie przyznaje bowiem, że istnieje silna potrzeba objęcia Internetu regulacjami. Ale muszą to być dobre regulacje.
Od mglistych twierdzeń Smith przechodzi do praktyki. Problem w tym, że zamiast proponować w imieniu jednej z największych firm z branży konkretne propozycje woli… reklamować produkty Microsoftu. Wskazuje między innymi na wolność wyboru użytkownika oraz na najwyższą troskę Microsoftu o prywatnośc w świadczeniu usług. Biorąc pod uwagę, że zwieńczony treściami reklamowymi manifest rozpoczynał się od przywołania ludzkich tragedii, działanie Microsoftu wydaje się być niesmacznym faux pas.