Palmer wierzy, że w przeciągu jakichś dwóch dekad okulary VR zastąpią standardowe wyświetlacze komputerowe czy telewizory, a później również tak naprawdę tradycyjne interakcje międzyludzkie. To dla niego normalny logiczny proces. W końcu wirtualna rzeczywistość będzie tak realistyczna nie tylko graficznie (po to potrzebne są właśnie odpowiednie interfejsy dotykowe), że nie odróżnimy komputerowo wygenerowanej i namacalnej fikcji od rzeczywistości. Łatwiej i wygodniej będzie włożyć na głowę gogle, niż organizować wyjazdy służbowe lub spotkania ze znajomymi gdzieś na mieście.
Ludzie w większości pozamykają się pewnie zwyczajnie w domach, ale Luckey nie ma z tym większego problemu. Fizycznie będą odizolowani od innych, lecz psychicznie staną się sobie bliżsi. W tym względzie technologia VR złączy społeczności, a nie je podzieli. Kiedy cyberprzestrzeń wejdzie na odpowiedni poziom, czyniący z niej najprawdziwszą iluzję rzeczywistości, nawet wspólne oglądanie piłki nożnej albo filmu wraz z rodziną będzie się dało zastąpić odpowiednio wygenerowaną sytuacją. Na to jednak poczekamy.
Nie trzeba przywoływać licznych filmów science-fiction, które obrazowałyby, co mogłoby pójść nie tak z VR (wspomnę tylko Człowieka Demolkę czy Surogatów, a nawet Matriksa oczywiście), wystarczy ruszyć głową. To, co z technologicznego punktu widzenia rozpaliło umysły ludzi na tyle, by wsparli Oculusa z własnej kieszeni, kiedyś może być po prostu chyba nasza zgubą i tu nie ma się raczej z czego cieszyć. Otyli komputerowcy znający sport tylko z FIFA 33D, o smukłych ciałach w wirtualnej przestrzeni, dla których jedynym źródłem podniety jest cyber seks z jakimś fajnym awatarem spotkanym w kafejce w sumie dosłownie internetowej. Napędzany szybkimi łączami świat bez granic, lecz także bez dzieci. Moim zdaniem to przerażająca, a nie emocjonująca przyszłość.