Od fachowca do spamera — magazyn Hakin9 okiem wiernego czytelnika

W kiosku poprzedniej dekady

W ramach moich podróży po peryferiach tematyki IT, odwiedziłem już internet ubiegłych dekad oraz zapomniane polskie oprogramowanie z lat transformacji ustrojowej. Tym razem czas na czasopisma informatyczne. Nie chcę się porywać na zwykłą przekrojówkę, mój charakter nie pozwala mi na pisanie o rozległych tematach w syntetyczny sposób, ponownie zatem wybrałem temat mniej "mainstreamowy". ;)

Aby rozpocząć kolejną historię, cofnijmy się do „prostszych czasów”. Zaczyna to powoli uchodzić za moją specjalność, ale to nie szkodzi, dzielnie godzę się na taką etykietkę. Za prostsze czasy uznaję tu lata przed 2006/2007, rozpoczniemy od roku 2001, gdy niewątpliwym królem popularności wśród czasopism branży IT był Komputer Świat. Istnieje on do tej pory, obecnie będąc cieniem tego, czym był przed laty. Na ostatnich stronach każdego numeru znajdował się dział „dla ambitnych” (czarny nagłówek), poruszający zaawansowane tematy, jak makra Microsoft Office, konfiguracja BIOSu i instalacja systemów operacyjnych. Wtedy to natknąłem się na pięcioczęściowy kurs systemu Red Hat Linux. Natychmiast zechciałem go zainstalować, ale był pewien problem: skąd wziąć nośniki? Pobranie obrazów dwóch płyt, przy modemowym łączu na moim osiedlu zajęłoby:


  • 650MB * 2 = 1300MB = 10400Mb = 10649600Kb
  • 10649600Kb / 40Kbps = 266240s
  • 266240s = 4437min = 74h

…a więc nieco ponad trzy dni bez przerwy. No i oczywiście nikt nie mógłby wtedy dzwonić. Dlatego należało szukać metod alternatywnych. Sam artykuł wspominał o możliwości zakupu pudełkowego systemu Red Hat, za 60 dolarów, z półroczną telefoniczną pomocą techniczną. Jako tańszą opcję podano zakup płyt wraz z czasopismem Linux Plus. Rozpocząłem więc polowanie na takowe. W ten sposób dotrzemy wreszcie do tematu niniejszego wpisu :) Ale to również nie szkodzi, bo uchodzę przecież także za specjalistę od dygresji ^^

Polowanie

Odnalezienie pisma Linux Plus (które wtedy nosiło już nazwę Linux+) było zaskakująco trudne. Powodem okazał się nakład, w wysokości 12 tysięcy egzemplarzy, oraz cena – 24 PLN, bez wątpienia najwyższa wśród krajowych czasopism branżowych. Udało mi się to jednak po kilku tygodniach poszukiwań, w kiosku w nieistniejącej już sieci hipermarketów Géant (Empik zawiódł). Dorwałem w swoje ręce drogie czasopismo, z podtytułem „Magazyn otwartych umysłów”, dwoma płytami DVD, zaskakująco pięknym składem, w dodatku pełne ciekawych artykułów. Byłem z siebie bardzo dumny. Zwłaszcza, że miałem 12 lat.

Linux zanim to było modne ;)

Prędko uświadomiłem sobie, że w zasadzie szukałem czegoś zupełnie innego – płyty instalacyjne Linuksów były dołączane do innej gazety, o nazwie „Linux+ Extra!”, o dwa razy niższym nakładzie i jeszcze wyższej cenie. Tego cuda już nigdzie nie umiałem dorwać. Zwykły Linux+ okazał się jednak na tyle interesujący, że postanowiłem dać mu szansę. Dotychczas czytałem Komputer Świat i Chipa, przyszła kolej na coś bardziej hipsterskiego. Postanowiłem zamówić prenumeratę na rok 2003. W prezencie otrzymałem upragnione płyty instalacyjne systemu Red Hat Linux 7.3 oraz przypinkę do klapy marynarki w kształcie pingwina (noszę do tej pory).

Wydawnictwo Software - popularyzacja niszy

Zawartość kolejnych numerów była naprawdę dobra. Konfiguracja programu mutt, Jabber, narzędzie chroot, techniki wywoływania przepełnień bufora, LaTeX, GStreamer, szczegółowy przegląd nowych funkcji świeżo wydanego GNOME 2.2… Wyglądało to zdecydowanie profesjonalnie i było zarazem szalenie interesujące. Autorów artykułów w L+ uznawałem za prawdziwych fachowców, z uwagą śledziłem detale zrzutów ekranu, uruchomiłem też pierwszego Linuksa. Był to Knoppix 3.0, po którym natychmiast przeniosłem się na Mandrake 9.1 „Bamboo”. Nauczyłem się bardzo wielu ciekawych rzeczy i co miesiąc z niecierpliwością czekałem na nowy numer. Z uwagą śledziłem rozwój systemu Aurox (temat na kolejny artykuł). Przedłużyłem prenumeratę na rok 2004 i dziwiłem się, dlaczego tak dobre pismo ma tak niski nakład…

Renoma i ekspansja

Aż w okolicach lat 2004-2005, wydawca L+, wydawnictwo Software, postanowił dokonać ekspansji na dodatkowe rynki. Pojawił się zbiór nowych czasopism, jak EGX, PHP Solutions, Software 2.0 Extra, czy niesławny (obecnie) Hakin9. Wkrótce potem nastąpiły próby wydań obcojęzycznych oraz promocja systemu Aurox za granicą. Podobało mi się to – uznałem to za dobry znak, wszak czasopisma specjalistyczne zdobywają popularność! Wreszcie moja ulubiona dziedzina zdobywa szersze grono pasjonatów. Artykuły w dalszym ciągu były znakomite, nie miałem zatem powodu nie twierdzić, że wydawnictwo Software odkryło przepis na sukces.

Pierwsza czkawka

Oczywiście, coś musiało się przecież popsuć. Początkowo były to eksperymenty z formatem Linux+: zmiana papieru (kilkukrotna), nowa szata graficzna (obiektywnie brzydsza) oraz nieco mniej pasjonujące artykuły. Nie zniechęciłem się jeszcze do Linux+, choć zacząłem mieć obawy. Jakim cudem uznano za opłacalne wydawanie niszowego pisma w trzech wariantach (CD, DVD, bez płyt)? Czy na pewno jest na to miejsce na rynku?
Zainteresowałem się innymi tytułami wydawnictwa – zacząłem czytać Hakin9. I tutaj nastąpiło to samo uczucie, co przy pierwszych numerach Linux+: „cóż za wspaniałe pismo, fascynujące, w sam raz dla mnie!”. Poruszane zagadnienia istotnie były na wysokim poziomie: steganografia TCP, konfiguracja Windows 2003, honeypoty, ADS… i znacznie więcej. Natychmiast przestałem się martwić o przyszłość owych tytułów – coś tak porządnego po prostu musi obronić się samo.

Powoli w dół

Tymczasem Linux+ ulegał dalszej erozji: artykuły były mizerniejsze, tematy mało odkrywcze, a publikacje warsztatowe były po prostu nie do zrobienia – jakaś marna namiastka kursu. Do tego jałowe wywiady i spóźnione o kilka miesięcy wiadomości powtórzone z linuxnews, lwn i osworld. Jakby tego było mało, liczba reklam zaczęła dorównywać tej z początku lat 90tych, gdy prasa komputerowa była krańcowo nieopłacalna i w efekcie stanowiła folder reklamowy, przeplatany publikacjami (niekoniecznie na poziomie). Rok 2007 był ostatnim okresem mojej prenumeraty Linux+, potem jeszcze zaglądałem do niego w kioskach, aż zniknął bez śladu. W międzyczasie upadł również projekt Aurox.

Niektórym zapewne dziś będzie trudno w to uwierzyć, ale Hakin9 dalej trzymał się nieźle. Zrezygnowałem z niego około roku 2008, jako użytkownik Fedory i początkujący administrator. Zrobiłem to nie ze względu na poziom (który również spadł, ale zupełnie zawalił się dopiero rok później), a ze względu na to, że anglojęzyczne portale, tutoriale i blogi były po prostu bardziej aktualne i interaktywne (nie przekleję regexpa z kartki…). Pewnego dnia zaś uświadomiłem sobie, że od wielu miesięcy nie widziałem żadnego pisma ww. wydawnictwa, nigdzie. Newslettery też przycichły (choć nie wszystkie).

That's all, folks

Co się stało? Otóż sprawdził się najczarniejszy scenariusz i wydawnictwu Software po prostu dokopał rynek. Jeśli wierzyć Internetom, oto co się stało:


  • W 2004 roku w Polsce zaczęto wydawać Linux Magazine. Będąc pismem o międzynarodowym zasięgu i renomie, zapewne podkradło potencjalnych edytorów od Linux+. Przy okazji udowadniając, że przy zachowaniu poziomu, dalej da się zarabiać na niszowej prasie (LM jest wydawany do dziś).
  • Wydawnictwo nie wytrzymało ogromu tytułów, jakie otworzyło. Wraz z rozwojem internetu, ludzie zechcieli pisać po angielsku i dla każdego. Software próbowało rynków zagranicznych, ale najwyraźniej nieudolnie i za późno. W dodatku tuziny wariantów, płytowych i bezpłytowych, nie polepszyły sytuacji.
  • Władowano górę pieniędzy na projekt Aurox, który, nie umiejąc zdefiniować swego znaczenia, stał się po prostu niepotrzebnym forkiem, rozwijanym przez dwuosobowy zespół (to grubsza sprawa, jeszcze o tym napiszę). W efekcie został zamknięty.
  • Rynek prasy informatycznej skurczył się wraz z rozwojem technologii.

Było też parę innych smaczków: wielu fachowców twierdziło, że w ogóle nigdy nie słyszeli o pismach Software Press, drukiem L+ przez pewien zajmowało się Stella Maris… W efekcie, Wydawnictwo znalazło się w rękach nowych ludzi, głęboko przekonanych o własnej przedsiębiorczości. Pierwszym krokiem było całkowite wstrzymanie wydań papierowych, gdzieś w okolicach 2010. Drugim, wyrzucenie edytorów (i najwyraźniej recenzentów też). Trzecim zaś, przejście w całości na język angielski. To ostatnie dało w efekcie serię naprawdę słodkich lapsusów. Krótko mówiąc, postanowiono całkowicie zrezygnować z profesjonalizmu, uznając ów za zbędny, przestarzały i nieopłacalny koncept z poprzedniej ery. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Profesjonalna tandeta

W okolicach roku 2011 rozpoczął się zalew spamu od wydawnictwa Software. Spam dotyczył „oferty” napisania artykułu dla jednej z istniejących jeszcze gazet: BSD Magazine, E-Forensics, SDJ no i (najbardziej uparty w swym spamie) Hakin9. Początkowo nie zwracałem na niego uwagi, wszak lądował do katalogu dawnych newsletterów tamtej firmy, ale zaczęło się go robić podejrzanie dużo… W dodatku były to kompletne śmieci. Było mi przykro, gdy widziałem, że owe maile były podpisane nazwiskami, które kojarzę ze stopek pism Software’u z czasów jego, powiedzmy, świetności. Wypisanie z newslettera oczywiście nic nie dawało, nierzadko odpowiedzialny za to webservice w ogóle nie odpowiadał, czasem wraz z całą stroną (i vhostami wszystkich fasadowych „czasopism”). Ale ten spam nie był nawet prawdziwą ofertą: chodziło o znalezienie autorów chętnych do napisania artykułu w ciemno, w zamian za darmowy egzemplarz pisma, a gdy stało się ono darmowe, zachęcano do pisania możliwością „promocji swojej osoby”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Software Press chyba już po prostu nikomu nie płaci.

Zemsta!

Taka ilość spamu wywołała powszechne oburzenie i jeszcze większy odpływ autorów – kto chciałby promować swoją osobę poprzez współpracę ze spamerami? W końcu, po oburzeniu nastąpiły czyny: z użyciem projektu SciGen, generatora prac naukowych, oraz ze szczyptą wyobraźni, stworzono artykuł na temat skanera nmap. Artykuł ten jednak był zupełnym bełkotem, składniowo poprawnym, ale zwyczajnie bezsensownym – jak wszystkie artykuły wyprodukowane owym narzędziem (polecam się pobawić). Losowo stworzony gniot, opisujący proces skanowania „DICKS”, został zamieszczony bez poprawek w następnym numerze. Ostatecznie podważyło to resztki fasady profesjonalizmu, opartej już wtedy głównie na sentymencie.

Wydawnictwu zatem przytarto nosa, w ramach podziękowania za spam i oferty na „mało konkurencyjnych” warunkach. Oczywiście, wydano oświadczenie, że była to zwykła pomyłka i wysłano do składu błędny plik, ale czy tak było naprawdę? A może po prostu Hakin9 nie ma już żadnych edytorów, recenzentów ani czytelników?

Software Press postanowiło rozwiązać problem w najgorszy możliwy sposób – doprowadzając do tzw. „efektu Streisand”, podjęto próby zdjęcia artykułu, rozesłano żądania jego usunięcia, straszono konsekwencjami. Skuteczność takiego postępowania jest, z definicji, zawsze ujemna.

Kopanie leżącego

Wpadka z artykułem DICKS zdecydowanie nie pomogła ani firmie ani odbiorcom niechcianych maili od niej. Ilość spamu może i się zmniejszyła, ale wskutek zainteresowania metodami pracy Software Press, wyszło na jaw wiele innych, nieprzyjemnych historii. Po pierwsze, problemy wydawnictwa z opłacaniem swoich edytorów, które miały miejsce już w 2007 roku: istnieją wpisy na portalach branżowych, opisujące ten proceder wraz z wyraźną sugestią, by omijać całą firmę z daleka (a było to w czasach, gdy czasopisma SP były jeszcze papierowe i kolportowane). Prawdziwy dramat zaczyna się jednak w okolicy roku 2011, odkąd to portal Praca Do Kitu prowadzi wątek dotyczący wydawnictwa. Obecnie ciągnie się on na 25 stron identycznego narzekania na skandaliczne metody pracy, brak kultury, niewypłacalność i całkowitą fuszerkę.
Jeśli wierzyć komentarzom (a ich zbieżność zdecydowanie do tego zachęca), to praca w Wydawnictwie zasadniczo polega na wysyłaniu spamu. Najpierw spamuje się posiadaną bazę kontaktów „ofertami” współpracy jako autor/edytor. Następnie spam ma już dotyczyć ofert zakupu prenumeraty. Ponadto, wynagrodzenie jest obliczane na podstawie liczby zdobytych autorów/prenumerat, więc bardzo łatwo jest np. nie zarobić nic, trafiając na skuteczne filtry i/lub ceniących się fachowców. Uroku dodają również powtarzające się historie zwolnień, z dnia na dzień, bez podania powodu.

Jak to działa?

Dziwi fakt, że Software Press dalej istnieje. Zarabianie na spamie uchodzi już obecnie za niemożliwe. Jednakże, metody pracy i etyka zawodowa wydawnictwa prędzej przypominają „hinduską pomoc techniczną”, niż zwykłych spamerów. Witryny wspomnianym czasopism-wydmuszek działają strasznie powoli, a ich liczba z czasem stopniała. Przeglądanie oferty jest więc niemal niemożliwe. Po chwili dłubania okazuje się, że wszystkie stare numery, nawet sprzed dekady, są dostępne online. Obecnych publikacji nikt już chyba nie czyta, recenzje nie istnieją. Fanpage (!) jest zaskakująco aktywny, ale raczej jednostronnie. W gąszczu darmowych publikacji trudno znaleźć cokolwiek, za co mielibyśmy coś zapłacić – wystarczy się zarejestrować i już mamy dostęp do działu pobierania. Na czym ta firma zarabia? Czyżby cały ten biznes był obecnie jednym wielkim harvesterem adresów e-mail?

O ile kilka lat temu smucił mnie jedynie fakt, że dobre czasopisma zniknęły mi z kiosku, obecnie sprawa Wydawnictwa Software wpędza mnie w o wiele gorszy nastrój – w tym biznesie brali bowiem udział kompetentni, uczciwi ludzie. Myślę, że dawni autorzy znacznie łatwiej znieśliby zwykłe zamknięcie firmy, niż konieczność ukrywania współpracy z nią w swoich CV. Tytuły Software Press nie kojarzą się bowiem z profesjonalizmem, a z nachalnością oraz cwaniactwem i po prostu wstyd się przyznać, że kiedyś miało się z tym coś wspólnego. Do takiego spojrzenia na sprawę skłoniło mnie odkopanie pewnego wątku na reddicie. Jeden z komentatorów, odnosząc się do spamerskich wyczynów czasopisma hakin9, postanowił przybliżyć historię jego powstania, która za granicą jest naturalnie jeszcze mniej znana, niż w Polsce. Polecam lekturę – jest tam mowa o nagłym zwrocie w polityce finansowej firmy i decyzji o zwolnieniu redaktorów, celem zastąpienia „marketerami”. Wspomniany komentator, poza owym wątkiem, nigdy więcej nie odezwał się na reddicie, ale jego nick każe mi zakładać, że mówi prawdę. Bowiem jest to zapewne nie kto inny, jak Tomasz Nidecki, jeden z dawnych redaktorów wydania papierowego Hakin9’u.

Dawny skład redaktorski zdecydowanie ma prawo mieć do wydawnictwa Software o wiele więcej żalu, niż ja.

PS – jak naprawdę nazywa się ta firma?

A to jest dobre pytanie – „Software-Wydawnictwo”, „Software Press”, „SQAM”, „Software Media”… Do wyboru. Po więcej kwiatków zapraszam do KRS :)


 

Komentarze