r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

„Latający superkomputer” nie wystartuje bez kilkunastu resetów – i to miałaby kupić Polska?

Strona główna AktualnościSPRZĘT

Historię myśliwca wielozadaniowego F-35, przedstawianego jako przyszłość sił lotniczych państw NATO, czyta się jak instruktaż w dziedzinie tego, jak nie robić samolotów. Nie mające końca opóźnienia, rosnące koszty i coraz więcej dowodów na to, że główny atut tej maszyny, tj. niski profil radarowy dzięki technologii stealth, niewiele jej pomoże na współczesnym polu bitwy przeciwko potęgom takim jak Rosja czy Chiny. Liczne usterki dotyczą też oprogramowania F-35, na które jak dotąd jest tylko jedna recepta – resetowanie systemów.

Cierpliwość kończy się nawet sprzyjającym projektowi amerykańskim politykom. Budżet przekroczony o 163 mld dolarów, harmonogram prac opóźniony o siedem lat, nieustannie rosnące koszty przepadłe – najdroższy projekt w historii lotnictwa wojskowego staje się przykładem niezdolności kompleksu militarno-przemysłowego do powiedzenia „stop”. Zainwestowano za dużo, by się wycofać, jedyne co pozostaje to liczyć, że więcej pieniędzy rozwiąże te drobne problemy. Jak bowiem utrzymuje Lockheed-Martin, w przeciwieństwie do konkurencyjnych projektów rosyjskich czy chińskich, F-35 jest już w pełni przetestowany i gotowy do walki.

Komisja amerykańskiego Senatu wezwała tymczasem na przesłuchanie w tej sprawie dyrektora testów operacyjnych z Departamentu Obrony, J. Michaela Gilmore'a. Ujawnił on dość przygnębiający obraz rzeczy. „Latający superkomputer”, jak go lubi nazywać sam producent, na współczesną wojnę kompletnie nie jest gotów. Otóż to pełne przetestowanie chciało sprawdzić ostatnio amerykańskie lotnictwo. Sześć myśliwców F-35A trafiło do bazy lotniczej Mountain View w stanie Utah, gdzie po wstępnym oblataniu, miały zostać wykorzystane do testu startu w warunkach alarmowych.

r   e   k   l   a   m   a

Na sześć myśliwców zdołał wystartować jeden. Pozostałe maszyny poległy na problemach z inicjalizacją swoich podsystemów, a restarty uniemożliwiły ukończenie procedury startowej na czas. Jak wyjaśniał Gilmore, w najnowszej wersji oprogramowania samolotu, Block 3iR6.21, aby zapewnić funkcjonowanie wszystkich systemów, od włączenia samolotu do wzniesienia się w powietrze, potrzeba było przeprowadzić nie mniej niż 27 cykli włączania i wyłączania. Obejmowały one zarówno fizyczne wyłączenia i restarty całego samolotu, jak i software'owe restarty poszczególnych komponentów.

Podobno to wcale nie jest jeszcze tak źle. Generał Christopher Bogdan, zeznający przed tym samym komitetem, stwierdził, że oprogramowanie w wersji 3i jest znacznie lepsze od poprzedników, odnotowywano jeden „incydent stabilności” co 15 godzin pracy samolotu. Niestety nie wiadomo, co oznacza „incydent stabilności”, choć złośliwcy w amerykańskich mediach odczytują to już jako zabijanie pilota średnio co 15 godzin.

To nie wszystkie ujawnione przez Gilmore'a problemy, z jego słów wynika, że F-35 ma mieć też problemy z działaniem w środowiskach o wysokiej gęstości sygnałów radiowych, a w walce piloci jego potrzebują pomocy przy unikaniu zagrożeń, namierzaniu celów i kontrolowaniu systemów uzbrojenia. A to przecież tylko jeden z głosów. Dwa miesiące temu w wywiadzie dla serwisu IHS Jane's, generał Jeffrey Harrigian, odpowiedzialny w Pentagonie za integrację F-35, przyznał, że oprogramowanie 3i popsuło stabilność radaru – w trakcie lotu pogarsza się sprawność jego działania, tak że w końcu pilot musi cały system restartować.

Warto przypomnieć, że jeszcze w zeszłym roku głośno zachwalano koncepcję nabycia F-35 dla polskiego lotnictwa. W „Polsce Zbrojnej” przewidywano, że mielibyśmy kupić od Amerykanów przynajmniej cztery eskadry, tj. 60 samolotów, które zastąpiłyby stare Su-22 i Migi-29, a jesienią Warszawę odwiedzili przedstawiciele Lockheeda-Martina, by zapewniać nasz MON, że F-35 jest przyszłością lotnictwa NATO. Steve Over, dyrektor ds. rozwoju międzynarodowego tej firmy, twierdził, że dokonano takiego skoku technologicznego, że „program produkcji i sprzedaży F-35 oszacowany jest na kilkadziesiąt lat”. Media zgodnie zaś wówczas uznały krytykę projektu za „ruską propagandę”.

Pojawił się też wywiad ze starszym pilotem-oblatywaczem F-35, Billie Flynnem, który zachwycał dziennikarzy wizjami „wojny jak z iPada”. Wyśmiewał koncepcję działka w samolocie, mówiąc:

Co? Działko w F35? Tak, są prace nad taką wersją, ale dla mnie nie ma to sensu (…) OK, postaram się mówić prosto. Lecę szybko, jestem niewidzialny dla radarów. Z wielu kilometrów widzę czy faceci na podwórku mają w rękach karabiny czy grabie. Mam rakiety i bomby, którymi niezauważony niszczę odległe cele. Po co mam zbliżać się do wroga żeby strzelać do niego z armaty. Widząc mnie, też będzie strzelał. Jeszcze trafi, a to maszyna za sto milionów dolarów.

Można jedynie współczuć żołnierzom NATO, którzy wezwą na pomoc samolot z pilotem o takiej mentalności. I pogratulować operatorom systemów przeciwlotniczych, wykorzystujących radary działające w pasmach UHF i VHF, takie jak rosyjskie Nebo-M. Szybkie latanie to najlepszy przecież sposób na zwiększenie widzialności.

Liczmy więc na to, że jednak Polska tego samolotu nie kupi – tym bardziej, że jak okazało się dwa lata temu, roczne koszty utrzymania F-35 są o 79% wyższe niż samolotów, które miał zastąpić w amerykańskich siłach powietrznych (F/A-18, F-15, F-16 i Harrier). To niebagatelne kwoty – odpowiednio 11 mld dolarów dla starych samolotów i 19,9 mld dolarów dla F-35. Opublikowany wówczas raport Pentagonu został skrytykowany jako nie uwzględniający problemów z niezawodnością.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.