Zanim odpowiemy co nam grozi jak
złamiemy prawo, podkreślmy raz jeszcze: w przypadku mp3 muszą nam
udowodnić, że rozpowszechnialiśmy pliki. Da się to zrobić, poprzez
namierzenie naszego adresu ip i śledzenie ruchu (czyli co
wysyłamy), ale jest to czynność męcząca, poza tym namierzający musi
mieć prawo żądania od providera (dostawcy internetu) informacji kto
się kryje za danym ip (inaczej namierzający będzie wiedział że ktoś
wysyła kawałek Guns N'Roses z adresu xxx.xxx.xx.xx ale nie będzie
wiedział kto jest "właścicielem" tego adresu). Takie prawo żądania
ma - w skrócie - tylko policja. Praw tych nie ma autor ani
producent - osoby takie musiałyby iść do sądu lub prokuratora z
prośbą, aby takie organy zadały odpowiednie pytanie providerowi. Co
się da zrobić. Tak czy inaczej procedura kłopotliwa i będzie miała
raczej medialny wydźwięk niż masowy charakter (zważywszy na ilość
osób korzystających z peer-to-peer).
W przypadku programów komputerowych sytuacja jest prostsza - jak
się znajdzie nielegalny program, mamy kłopoty. Nie ma dozwolonego
użytku, tak więc nie można mieć kopii (poza kopią bezpieczeństwa,
jak mamy też oryginał). Kontrola w domu jest zawsze groźna w
przypadku trzymania nielegalnego softu, w przypadku mp3, oprócz
kontroli, muszą mieć namierzony ruch z naszego komputera.
Dla dalszych rozważań warto zdać sobie sprawę, że w przypadku
naruszenia praw autorskich mamy do czynienia z dwoma niezależnymi
ścieżkami - prawem karnym (policja, prokuratura) oraz prawem
cywilnym (producent, autor). W zakresie tego pierwszego będą nas
karać za złamanie przepisów karnych, grozi nam więzienie,
ograniczenie wolności (np. zakaz opuszczania kraju) lub grzywna. To
drugie zajmie się roszczeniem odszkodowawczym, czyli autor może
żądać od nas pieniędzy za naruszenie jego praw.
Kto może kontrolować? Policja. Tylko i wyłącznie (pomijam ABW czy
CBA, bo oni raczej piratami się nie będą zajmować). Praw do tego
nie ma ani producent, ani żaden "kontroler". Jak ktoś taki się
zmaterializuje, znaczy się oszust - dzwonić na policję.
Teoretycznie może do nas przyjść przedstawiciel autora czy
producenta i poprosić o prawo kontroli - ale nie mamy obowiązku go
wpuścić. Policja powinna mieć nakaz od prokuratora, ale nie musi,
są sytuacje kiedy może wejść "na blachę". Tak więc policję zawsze
grzecznie wpuszczamy. Nikogo innego.
Co może policja? Może skontrolować nam komputer, może też go
zatrzymać. Nie może nałożyć nam żadnych kar,
mandatów, ani niczego takiego. Jak takie żądanie się pojawia,
znaczy oszuści, znów powiadamiamy stosowne organy. Teoretycznie
może się zdarzyć (choć formalnie nie powinno), że z policją
przyjdzie przedstawiciel producenta (np. z organizacji BSA) i
zaproponuje nam ugodę - płacimy x złotych za to, że producent nie
będzie nas ścigać. Taka ugoda ma znaczenie w zakresie prawa
cywilnego, a nie karnego (z jednym wyjątkiem opisanym
poniżej). Jak się zgodzimy nie grozi nam roszczenie odszkodowawcze
w sądzie cywilnym, ale nie oznacza to końca kłopotów z prawem
karnym.
Jak policja już nam zarekwirowała komputer (może, nie musi) czeka
nas wizyta u prokuratora. W zależności od kwalifikacji naszych
czynów (można wymyślić kilka zarzutów z różnych artykułów kodeksu
karnego i prawa autorskiego) grozi nam grzywna lub do 2 - 5 lat
więzienia (vide np. art. 116 i 117 prawa autorskiego). Jeśli nie
zarabiamy na rozpowszechnianiu utworów, jest to nasz pierwszy raz,
ryzyko więzienia jest niewielkie. Mogą sprawę warunkowo umorzyć,
mogą skazać na więzienie z zawieszeniem (okres próby), mogą dać
grzywnę. Sama procedura jest jednak wyjątkowo niemiła i szczerze
polecam unikanie takich zdarzeń. Co ważne - znacząca część
przestępstw związanych z naruszeniem praw autorskich w internecie
jest ścigana na wniosek pokrzywdzonego - czyli jak dogadamy się z
autorem i zapłacimy mu odszkodowanie (to ten wyjątek), warto
wynegocjować, aby wniosku o ściganie nas nie składał.
Sprawa karna nie jest - jak wspomniałem - jedyna. Może czekać nas
też proces cywilny. Zdenerwowany autor czy producent może nas
pozwać do sądu cywilnego i zażądać odszkodowania. W praktyce
najprawdopodobniej zażąda na podstawie art. 79 prawa autorskiego
"potrójnej wysokości stosownego wynagrodzenia z chwili jego
dochodzenia" czyli mówiąc po ludzku trzy razy tyle, ile normalnie
musielibyśmy zapłacić (może też zażądać jeszcze ekstra podwójnego
wynagrodzenia na tzw. fundusz promocji twórczości, ale to poboczny
wątek). Z odszkodowaniem jest jednak pewien problem. Pamiętajmy, że
ściąganie jest - przynajmniej tak zakładamy - legalne, nielegalne
jest rozpowszechnianie. Producent mógłby więc teoretycznie żądać
trzykrotności opłaty licencyjnej za
Rozpowszechnianie utworu, czyli trzy razy tyle,
ile musielibyśmy mu zapłacić, by nam dał zgodę na umieszczenie
pliku w Internecie. A są to kwoty niebotycznie wyższe od ceny
"kupna" mp3 w sieci. Procesów w Polsce na tym poziomie nie znam
(chyba ich nie było, śledzę w miarę dokładnie), więc trudno się
wypowiedzieć jak będzie wyglądać praktyka.
Podsumowanie
Bez wątpienia wolno nam, w ramach dozwolonego użytku osobistego,
kopiować muzykę czy filmy z legalnie nabytego nośnika na inny
nośnik, wolno nam też zrobić z płyty mp3 i mieć na komputerze.
Wolno nam pożyczać takie utwory, ale tylko rodzinie i bliskim
znajomym (stosunkowi towarzyskiemu :).
Raczej wolno, acz tu już pojawiają się wątpliwości i odmienne
opinie - ściągnąć z internetu rozpowszechniony utwór (nigdy program
komputerowy).
Nie wolno nam rozpowszechniać utworów (uwaga na peer-to-peer).
Nigdy (chyba że pozwala nam na to licencja) nie wolno kopiować czy
pożyczać programów komputerowych.
Do domu może wejść nam tylko policja. Karną sankcję finansową
(grzywnę) może wymierzyć tylko sąd - nie ma żadnych mandatów czy
cenników za "nielegalne" mp3. Ale jest cywilne odszkodowanie - jak
nie zawrzemy ugody z producentem (autorem), wysokość wyznaczy
sąd.