r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Trans-Pacific Partnership ujawniony przez Wikileaks, jest gorzej niż się obawiano

Strona główna AktualnościBIZNES

Za sprawą Wikileaks dysponujemy już pełną treścią potajemnie opracowywanego przez dwanaście państw Pacyfiku porozumienia Trans-Pacific Partnership (TPP). Uznawany przez licznych komentatorów za narzędzie Stanów Zjednoczonych, za pomocą którego chcą one doprowadzić do izolacji politycznej i gospodarczej Chin, TPP jest dopełnieniem drugiego istotnego paktu, Transatlantic Trade and Investment Partnership (TTIP), zawartego między Stanami Zjednoczonymi, a Unią Europejską – i w praktyce rozciąga amerykańskie regulacje prawne na Europę i Azję. O szczegółową analizę postanowień TPP pokusiła się walcząca o wolność i prywatność w Sieci organizacja Electronic Frontier Foundation, w przekonaniu, że nowe porozumienie stanowi poważne zagrożenie dla wszystkich internautów. A jak jest w rzeczywistości?

Sygnatariuszami porozumienia TPP są Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Japonia i siedem innych krajów. Obejmuje ono wiele dziedzin, m.in. kwestii celnych, prawa pracy, rozstrzygania sporów między inwestorami, stymulacji rozwoju gospodarczego, ochrony środowiska, oraz co nas szczególnie interesuje – ustanowienia jednolitych ram prawnych dla ochrony własności intelektualnej. Electronic Frontier Foundation w tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości – Trans-Pacific Partnership jest wszystkim tym, czego się obawialiśmy. Rażące asymetrie między prawami producentów treści a prawami użytkowników mają doprowadzić do radykalnego ograniczenia wolności w Sieci i ułatwić likwidowanie serwisów i usług, które naruszałyby ducha traktatu.

Pozornie wszystko wygląda dobrze. Porozumienie zawiera takie sformułowania jak „dostosowanie zasad ochrony własności intelektualnej do obustronnych korzyści producentów i użytkowników”, „ułatwienie rozpowszechniania informacji”, „osiągnięcie właściwej równowagi w prawie autorskim i prawach powiązanych” czy „uznanie roli bogatej i łatwo dostępnej domeny publicznej”. Na tym można by było skończyć, pisząc komunikat do mainstreamowych mediów, ale analitycy Electronic Frontier Foundation słusznie zauważają, że to tylko okrasa, mająca sprawić, że ludzie poczują się lepiej. Za tymi miłymi ogólnikami nie idą bowiem jakiekolwiek konkretne zobowiązania sygnatariuszy TPP. Tymczasem interesy właścicieli praw autorskich zostały zdefiniowane bardzo szczegółowo, idą za nimi zobowiązania do wprowadzenia konkretnych regulacji prawnych i sankcji karnych.

r   e   k   l   a   m   a

Ręce precz od DRM

Systemy cyfrowego zarządzania prawami autorskimi to zmora chyba wszystkich internautów. Nieprzemyślane i kiepsko wykonane rozwiązania informatyczne miały chronić oprogramowanie, filmy i muzykę przed piractwem, jak do tej pory jednak głównie służą do utrudniania życia tym użytkownikom, którzy za treści zapłacili. Grupy crackerskie z DRM-ami radzą sobie nieźle, nierzadko wydając w kilka dni po oficjalnej premierze gry czy filmy oczyszczone z niedogodnego kodu. Wiadome było z poprzednich wyciekłych szkiców TPP, że wprowadzi on całkowity zakaz obchodzenia jakichkolwiek form DRM. W ostatecznej wersji zapisy zostały jednak tak sformułowane, że każdy, kto cokolwiek robi przy DRM, staje się odpowiedzialny przed prawem.

W niektórych okolicznościach państwa-strony porozumienia mogą wprowadzić prawa pozwalające na obejście DRM do celów niezwiązanych z naruszaniem praw autorskich (mógłby to być np. jailbreaking telefonów), ale są to wyjątki, a nie reguły, wymagające każdorazowo odrębnej ścieżki legislacyjnej. Co gorsza, państwa są zobowiązane uprzednio sprawdzić, czy aby czasem właściciele praw autorskich sami nie oferują sposobów na osiągnięcie tychże niezwiązanych z naruszeniami celów. Jeśli takie sposoby oferują, to zgody na obejście DRM być nie może. Podobnie wygląda kwestia z usuwaniem informacji o prawach autorskich – nielegalne staje się nawet wykadrowanie obrazka ze znakiem wodnym, wykorzystanego w ramach dopuszczalnego użytku i z podpisem informującym o źródle.

Analogiczną ochroną objęty zostaje sygnał telewizji satelitarnej czy kablowej, lepiej się nie interesować tym, jak jest kodowany. Budowanie urządzeń do dekodowania i ich rozpowszechnianie zostały zakazane, bez jakichkolwiek wyjątków dla np. celów badawczych czy hobbystycznych.

Śmierć to nie koniec… zarabiania pieniędzy

O ile można jeszcze uzasadnić dożywotnią ochronę praw twórcy, to jak uzasadnić rozciągnięcie taką ochroną utworów na długo po śmierci ich autora? Uznani ekonomiści twierdzą, że nie tylko nie przynosi to korzyści gospodarczych, ale jest wręcz szkodliwe, służy wyłącznie interesom medialnych potentatów, mogącym zarabiać przez całe dziesięciolecia na czymś, czego przecież nie stworzyły. W wypadku TPP co prawda udało się uniknąć najgorszego – propozycji by prawa autorskie obowiązywały przez 120 lat po śmierci twórcy, ale przyjęte rozstrzygnięcia są i tak bardziej nieprzyjazne dla domeny publicznej, niż dotychczasowy standard prawny, regulowany konwencją berneńską (50 lat). Stanom Zjednoczonym udało się wywalczyć wydłużenie tego okresu ochronnego do lat 70, tak jak to jest właśnie w USA.

Oznacza to, że całe dziesięciolecia analogowo zapisanych treści pozostaną dzięki tym zmianom poza domeną publiczną, kto wie, czy wiele z nich nie zostanie utraconych na niszczejących nośnikach analogowych, których przecież skanować do cyfrowej postaci nie wolno. Kanadyjski profesor prawa Michael Geist ocenia, że utrata tych 20 lat z domeny publicznej oznacza dla mieszkańców jego kraju koszty rzędu 100 mln dolarów rocznie. To także mnóstwo problemów dla muzeów i naukowców – z ciekawą analizą tej kwestii można zapoznać się na stronach serwisu Digital History.

Odszkodowania, konfiskaty i więzienia

Przestępstwo, jakim jest naruszenie korporacyjnej własności intelektualnej musi być surowo karane, gdyż powodowane przez nie szkody są nie do oszacowania. To nie przesada. Porozumienie wyraźnie mówi, że to nie niezawisły sąd ustalać miałby zakres szkód, lecz sam właściciel praw autorskich, który przedstawiałby sądom swoją wycenę. Co więcej, TPP wymaga, by sędziowie mogli w sprawach o naruszenie praw autorskich uwzględniać kwoty wykraczające poza zwykłe odszkodowanie – chodzi o zagwarantowanie w prawodawstwie efektu odstraszania.

Odszkodowania za naruszenie praw autorskich to nie wszystko. W świetle porozumienia każde naruszenie praw autorskich staje się aktem kryminalnym, a więc może być karane też grzywną i/lub więzieniem, nawet jeśli nie doszło do niego z chęci zysku. TPP przewiduje też konfiskatę i niszczenie wszelkich urządzeń, które służyły do pirackiego procederu lub obchodzenia/łamania DRM, niezależnie od stopnia jego powiązania. Electronic Frontier Foudation zauważa, że w praktyce pozwala to władzom na zniszczenie domowego peceta, który posłużył do zrobienia nieautoryzowanej kopii płyty Blu-ray do odtworzenia na pozbawionym czytnika urządzeniu typu media center.

Porządek w świecie Internetu

Całe lata debat społeczności internetowej, w skład której wchodzą internauci, dostawcy Internetu, producenci oprogramowania i rejestratorzy domen doprowadziły do wypracowania kompromisowego, ale całkiem znośnego modelu zarządzania adresami domenowymi w Sieci. Internetowa Korporacja Nazw i Numerów (ICANN) sama ostatnio rezygnuje z krytykowanych przez społeczność reguł rozstrzygania sporów domenowych, proponuje zwiększenie prywatności właścicieli nazw domen, zaś sama administracja USA zapewnia, że nie zrezygnuje z wielostronnego modelu zarządzania Internetem.

TPP tymczasem odgórnie rozstrzyga te wszystkie kwestie, stawiając wymóg, by rejestry domen krajowych zawierały usługę pozwalającą na ustalenie w niezawodny sposób tożsamość właścicieli nazw. Stawia też na ujednolicenie metod rozstrzygania sporów domenowych, przyjmując odmianę sprzyjającej dużym graczom polityki UDRP (Unified Domain-Name Resolution Policy). Ignoruje przy tym, że większość krajów ma już własne, otwarte procesy rozstrzygania domenowych sporów.

Interesująca jest też kwestia odpowiedzialności dostawców usług internetowych za hostowane na ich serwerach treści. Generalnie członkowie porozumienia (za kilkoma wyjątkami, które wcześniej zostały wynegocjowane) będą zmuszeni do przyjęcia amerykańskiego modelu DMCA notice-and-takedown, w ramach którego po zgłoszeniu naruszenia praw autorskich dostawca zmuszony jest natychmiast zablokować dostęp do nielegalnie rozpowszechnianych treści. Niektóre kraje, takie jak Kanada, Japonia i Chile zachowały własne, bardziej przemyślane regulacje, ale kolejni członkowie TPP już takiego wyboru nie będą mieli.

Co gorsze też, od samych dostawców Internetu wymaga się pełnej współpracy z organami ścigania w likwidowaniu nieautoryzowanego przechowywania i przekazywania chronionych prawem autorskim treści, lub też podejmowania innych akcji mających uniemożliwić takie działania.

Władza ma prawo do swoich tajemnic

Negocjacje nad kształtem porozumienia TPP od początku toczyły się za zamkniętymi drzwiami, a wszystko co o nich mogliśmy się dowiedzieć, brało się z nieoficjalnych wycieków. Władze państw krytyki tego stanu rzeczy się nie ulękły, mimo że do większej otwartości wzywały dziesiątki organizacji ze wszystkich krajów-sygnatariuszy. Efekt był zupełnie inny od zamierzonego. TPP utrzymuje oto kryminalne sankcje dla wszystkich, którzy uzyskują nieautoryzowany dostęp do tajemnic handlowych w systemach komputerowych, nawet jeśli służyły one wyższemu społecznemu dobru. Działania demaskatorów, dziennikarzy śledczych i współpracujących z nimi hakerów mają być ścigane z całą surowością prawa. Jak się można domyślić, w świetle takich zapisów samo upublicznienie treści Trans-Pacific Partnership na łamach Wikileaks jest czymś nielegalnym – społeczeństwo nie może wiedzieć więcej, niż zostanie mu powiedziane oficjalnymi kanałami.

Jak to wszystko odnosi się do nas, mieszkańców kraju dalekiego od Pacyfiku? Wbrew pozorom, całkiem spore. Zapisy TTP prowadzą w praktyce do ujednolicenia prawa autorskiego we wszystkich krajach pozostających w sferze wpływów USA i można się spodziewać, że znajdą odzwierciedlenie w innej opracowywanej za zamkniętymi drzwiami umowie – TTIP, która dotyczy nas bezpośrednio, jako porozumienie między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Europejczycy już zdają sobie z tego sprawę. Wczoraj w Berlinie setki tysięcy ludzi protestowały przeciwko TTIP, w przekonaniu że ten amerykański koń trojański przyniesie miliardowe korzyści tylko amerykańskim korporacjom, kosztem europejskich konsumentów.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.