r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Uroki licencji Apple'a: to, czego nie wolno robić z El Capitanem wyłożone ludzkim językiem

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Przyznajmy się bez bicia – mało kto czyta towarzyszące oprogramowaniu licencje końcowego użytkownika (EULA). Napisane nieprzyjemnym, nudnym, najeżonym prawniczymi terminami językiem służą przede wszystkim do zabezpieczenia interesów producenta. Nie mają za wiele wspólnego z dobrą literaturą, kto chciałby więc je czytać? Jednak czasem pojawiają się śmiałkowie, gotowi wejrzeć w mrok licencyjnych zapisów i powrócić do nas z pozyskaną wiedzą. Jednym z nich jest Robb Shecter, opensource'owy programista, który niedawno zaktualizował na swoim Maku system do nowego El Capitana. Wcześniej jednak poświęcił 33 minuty na uważne przeczytanie zawartych w jego licencji postanowień.

Na liście zakazów i nakazów narzuconych przez Apple, którą wydedukować można z licencyjnych zapisów, znajdują się pozycje oczywiste, śmieszne, irytujące, bezsensowne i całkiem rozsądne. Niestrawna to mieszanka, więc nic dziwnego, że zamiast przedstawić 22 sformułowane prostym językiem punkty, prawnicy z Cupertino serwują wymagający 33 minut do przeczytania dokument.

Czego więc można się dowiedzieć z tej analizy? Przede wszystkim Apple zakazuje piracenia czegokolwiek. El Capitana nie wolno używać z nielegalnymi kopiami jakichkolwiek treści czy oprogramowania. Apple także nie daje, ani nie sprzedaje swojego systemu, ani swoich aplikacji do niego. W zasadzie to jedynie je wypożyczamy. Tak samo jest z fontami, które mają zresztą swoje własne licencje. Mimo jednak, że oprogramowanie jest tylko wypożyczone, to możemy sprzedać Maka ze wszystkim, co było na nim zainstalowane. Jeśli jednak kupiliśmy Maka, na którym było jakieś zhakowane oprogramowanie, musimy natychmiast je odinstalować.

r   e   k   l   a   m   a

Wypożyczenie jest też ściśle ograniczone. Można El Capitana używać w dwóch maszynach wirtualnych, na jednym komputerze. Co ciekawe, tych maszyn wirtualnych nie można stosować do celów biznesowych, chyba że zarabiamy jako programiści.

Apple nie lubi kultury remiksu, nie wolno więc nam używać jako sampli głosów zegara, nie wolno też wykorzystywać do celów komercyjnych pokazów slajdów wygenerowanych za pomocą aplikacji Photo (Zdjęcia), jak również sprzedawać innym dostępu do Maka za pomocą aplikacji do zdalnego dostępu. Nie wolno też, pod żadnym pozorem, zarabiać pieniędzy na edytowanych na Maku klipach wideo MPEG/H.264/AVC. W tym celu trzeba kupić komercyjną licencję od stowarzyszenia MPEG LA.

Jak wiadomo, Jabłko brzydzi się zwykłymi pecetami, więc nawet nie myślcie o instalowaniu ich na czymś, co nie pochodzi z Cupertino. Równie złe jest pomaganie innym w tej czynności – zapewne nawet założenie forum poświęconego OSX86 czy doborowi części do Hakintosza byłoby uznane za naruszenie licencji.

W swojej dobroduszności Apple pozwala nam za to zrobić kopię zapasową El Capitana. Jedną. Robiąc to nie wolno jednak próbować zorientować się, jak to wszystko działa – wszelkie próby dekompilacji i dezasemblacji są zakazane. Ten zapis jest jednak problematyczny w świetle następnego, z którego wynika, że podczas korzystania z Maka musimy przestrzegać wszystkich miejscowych praw. Zapewne oznacza to, że np. w Arabii Saudyjskiej nie można za pomocą Maka czytać Biblii w Internecie, z drugiej jednak strony, w krajach Unii Europejskiej powinniśmy mieć prawo do dekompilacji systemu Apple w ramach prac nad interoperacyjnością z innym oprogramowaniem. Gdyby za to taki mieszkaniec Arabii Saudyjskiej przypadkiem zobaczył Biblię w Internecie, to nie może o to Apple pozwać. Firma z Cupertino nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, co w tej Sieci jest.

Jeśli którykolwiek z zakazów się nie podoba i chciałoby się go złamać, to koniec wypożyczenia! Natychmiast należy skasować El Capitana i zainstalować inny system, chyba że mieszkamy w Sudanie czy innym kraju objętym amerykańskimi restrykcjami eksportowymi, bo wówczas w ogóle nie wolno nam systemu używać… albo chcemy El Capitana użyć do sterowania elektrownią jądrową. Tego też nie wolno nam robić.

Teraz pozostaje zacisnąć zęby i równie uważnie przeczytać licencję Windows 10. Kto wie, jakie tam można będzie znaleźć „kwiatki”?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.