Geocaching oraz Munzee, czyli trochę o grach terenowych, które odmieniły moje życie

Pewnie już dawno doszliście do takiego wniosku, ale aktywność fizyczna jest ostatnimi czasy dość modna. Wszechobecne filmiki na YT, porady w sieci, nauki w szkole i na studiach – wszyscy chcą nam pokazać, jak dobrze jest być zdrowym i wysportowanym. Ze mną nie jest wcale inaczej i co zabawne, w „sportowy tryb” wkręciła mnie chęć grania na komputerze (tak, teraz czas na historię życia).

Historia życia

Cała sytuacja rozegrała się w podstawówce, kiedy mieszkałem jeszcze na blokach. Jakiś uczynny człowieczek postawił pożyczyć sobie kawałek piorunochronu, co w pewnym momencie sprawiło, że zostałem pozbawiony sprzętu. Nie bardzo miałem pieniądze na drugi, a mimo wszystko „trzeba grać” – powstał więc ogromny problem. Na szczęście był to jeszcze czas kafejek internetowych, toteż szybko znalazłem wyjście z tego impasu. Godzina rozrywki kosztowała mnie 4zł, dlatego zbyt wiele nie mogłem na nią przeznaczyć, nawet jeśli serce podpowiadało mi co innego. Niestety, w całym mieście panowała „zmowa cenowa” i gdzie bym nie próbował, to nigdzie taniej nie było. Z pomocą przyszła mi mniejsza miejscowość, znajdująca się 7,5km (później 13km) od mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. No ale dobra, auta, z racji wieku, nie posiadałem, a nikt mnie tam nie chciał non stop zawozić (ciekawe dlaczego, hmm). Cenny pieniądz był mi potrzebny na opłacenie dostępu do komputera, więc jazda autobusem odpadała. Pozostały tylko dwa wyjścia – podróż rowerem oraz piesza wędrówka. Z oczywistych względów, tj. krótkie nóżki i ograniczony czas, wybrałem pierwszy sposób transportu. I tym oto sposobem, z raczej grubszego dziecka, stałem się nieco wychudzony, czyli przegiąłem w drugą stronę. Mniejsza jednak o to, sens tej opowieści jest taki, że chęć grania w Counter Strike 1.6, Quake III oraz Tibię zaszczepiła we mnie miłość (?) do jazdy na rowerze.

Pokochałem tę aktywność na zabój i do dzisiaj jest to mój ulubiony środek transportu. Nawet do mojego rodzinnego miasta zdarza mi się wracać rowerem, choć to głównie (czy raczej wyłącznie) dlatego, że nie mam tam daleko – raptem 50km w jedną stronę. Oczywiście to nie jedyna czynność, którą lubię uprawiać (i nie, niekoniecznie chodzi mi o to, o czym pomyślicie), ale w kontekście tematu niniejszego wpisu tylko o niej wypada mi wspomnieć.

Brak celu oraz nieoczekiwane rozwiązanie

Problem jednak w tym, że należę do tej grupy osób, która nie potrafi / nie chce robić czegoś, jeśli nie widzi w tym konkretnego celu. Nie jara mnie więc jazda na rowerze dla samej jazdy, muszę mieć ściśle zdefiniowany plan i samo „pojadę się przejechać” lub „pojadę sobie do punktu B i wrócę” mi nie wystarcza. Dlatego też, choć bardzo lubię tę dyscyplinę, jak ognia unikałem „solowych występów”. Nieco lepiej znosiłem podróż w czyimś towarzystwie, ponieważ rozmowa pozwalała odgonić nudę i zapomnieć o „braku celu”.

Oświecenie zstąpiło na mnie dopiero na moim pierwszym HotZlocie, gdzie poznałem coś, co całkowicie skradło moje serce (lecz nie od razu, bo na poważnie wkręciłem się dopiero po kilku latach). Tym „czymś” był oczywiście Geocaching, którego w tamtym czasie w ogóle nie znałem i nigdy o nim nawet nie słyszałem.

I w ten oto, przypadkowy sposób, wreszcie zdobyłem upragnioną rzecz - cel nadający sens moim rowerowym wypadom. Brzmi jak ściema i dziecięce usprawiedliwianie lenistwa? Być może, ale autentycznie tak to odczuwałem.

Ogromne objawienie, czyli Geocaching.com

Jak wspominałem wyżej, od samego początku byłem bardzo zainteresowany ideą za nim stojącą, lecz nie od razu się w niego wkręciłem. Nieśmiało wykonywałem swoje pierwsze kroki i przyznam szczerze, że momentami naprawdę opornie mi to szło. Pewnie ciekawi Was, dlaczego, prawda? Wszystko przez to, iż poziom trudności tej gry terenowej jest mocno nierównomierny i w dużej mierze zależy od zaangażowania lokalnej społeczności. Nie napiszę Wam jednak wprost co mam na myśli, a w zamian opiszę pokrótce Geocaching – wnioski wyciągnijcie sami.

Pobawmy się w Wikipedię

Podejrzewam, że niuanse w stylu pochodzenia nazwy (gr. geo – Ziemia, ang. cache – chować / skrytka) Was nie interesują, więc je pominę. Jeśli miałbym tę zabawę do czegoś przyrównać, to chyba najlepszym wyborem będą podchody. A przynajmniej tak twierdzą osoby starsze ode mnie, którym przedstawiłem ideę stojącą za „geokeszingiem”.

W skrócie – mamy „założyciela” tworzącego skrytkę, stosowny „listing” (mogący zawierać masę rzeczy, m.in. opis miejsca ukrycia, rys historyczny docelowej lokalizacji, zagadkę i/lub wskazówki do jej rozwiązania i generalnie co tylko dusza zapragnie, byle zgodnie z regulaminem), pojemnik w miejscu finałowym oraz poszukiwacza („keszera”). Pomiędzy tym wszystkim jest również recenzent, pilnujący by wszystko miało ręce i nogi (wiecie, naruszenia własności prywatnej, niepotrzebne niszczenie przyrody, niezgodność z lokalnym prawem i takie tam).

Do zabawy niezbędny jest oczywiście odbiornik GPS (chociażby smartphone) i długopis, by móc dokonać wpisu w fizycznym logbooku (dzienniku). Co bardziej oddani założyciele potrafią weryfikować jego obecność i w razie potrzeby usuwać ich wirtualne odpowiedniki, które budują profilowe statystyki.

W zależności od wielkości pojemnika możemy natknąć się na różnorakie fanty, umieszczane tam WYŁĄCZNIE na wymianę (o ile nie są to certyfikaty lub inne wskazane przez autora przedmioty). Najlepiej by było, gdybyśmy dali coś o podobnej wartości, a nie śmieci. Niestety, w naszej polskiej mentalności najczęściej wygląda to tak, że wszystko magicznie znika i po kilkunastu znalezieniach skrytka jest ogołocona.

To chyba wszystko, jeśli chodzi o te ogólne informacje. Nad tymi podstawowymi pochylę się za chwilę, a poza tym znajdziecie je na oficjalnej stronie (lub polskim, nieco bardziej rozbudowanym, odpowiedniku).

Przedmioty podróżne oraz na wymianę

Geocaching to nie tylko „suche” poszukiwanie ukrytego wcześniej „skarbu”. To również spotkania z innymi ludźmi (czyli różnorakie okolicznościowe wydarzenia, tzw. eventy), dzielenie się doświadczeniami i ciekawymi historiami, a także wymiana fantów. Są to tzw. Travel Bugs, polskie Geokrety oraz „drewniaczki”. Dwa pierwsze są identyczne w swoich założeniach, z tym, że tych drugich raczej poza granicami kraju nie uświadczymy (choć to żadna reguła). Nawet w Polsce, z racji efektu skali, są zdecydowanie rzadziej spotykane. „Podróżne robaki” są niestety płatne i jedyny sposób by pozyskać je za darmo to konkursy i takie tam. Dla odmiany, krety są całkowicie darmowe, ale przez to zazwyczaj „reprezentują gorszą jakość’ – wytrzymały metal zastępowany jest „czymkolwiek”. W każdym razie – każdy z nich posiada indywidualny, stały kod. Po wpisaniu go na dedykowanej witrynie (czy to geocaching.com czy geokrety.org) jesteśmy w stanie prześledzić jego podróż i zmienić aktualny stan (w sensie zadeklarować wejście w jego posiadanie / przekazanie dalej / zobaczenie gdzieś).

Jeśli zaś chodzi o drewniaczki, to w zasadzie zrobić je może każdy – ważne jest tylko to, by zachowały swoją pierwotną formę, tj. były wykonane z drewna i w kształcie monety (dokładnych wymiarów nie znam, ale panuje tutaj standard). Wymagania te sprawiają, że łatwiej je nabyć u osób specjalizujących się w ich tworzeniu i sprzedaży, niż wykonać je na własną rękę. Traktowane są jak przedmioty kolekcjonerskie, tj. cudze zbieramy, swoje dajemy na wymianę. Powstała przy tym witryna pełniąca rolę katalogu, z dość pokaźną bazą drewniaków. Wyszukiwanie odbywa się poprzez frazę wypaloną na nim (nazwa właściciela lub wydarzenia okolicznościowego, jeśli z tej okazji powstał) i jeśli znajdziemy nasz nowy nabytek, to jednym kliknięciem dodamy go do swojej kolekcji. Oczywiście może się też zdarzyć tak, że takowy jeszcze nie będzie w niej istniał (najczęściej gdy robimy swój własny wzór) – wtedy przechodzimy przez prosty formularz, podajemy niezbędne dane oraz zdjęcia obu stron i po zatwierdzeniu przez administratora pojawi się w bazie.

Różne formy jednej zabawy

Choć Geocaching jako tako ma jeden nadrzędny cel, tj. odnaleźć ukryty gdzieś „skarb”, to posiada kilka różnych sposobów na jego schowanie, czy raczej utrudnienie nam znalezienia:

  • Podstawową, a przez to najczęściej spotykaną, jest Skrytka Tradycyjna. W jej przypadku nie ma żadnej większej filozofii, koordynaty finałowe są jawnie podane i wystarczy tylko znaleźć pojemnik na miejscu;
  • Nieco bardziej rozbudowany jest tzw. „multak”, czyli Skrytka Wieloetapowa (ang. multi-cache). Jak sama nazwa sugeruje, współrzędne końcowe są ukryte i do ich odnalezienia musimy wykonać co najmniej jeden dodatkowy krok. Jaki? Panuje tutaj pewna dowolność – spisanie cyfr, policzenie znaków, odczytanie numeru budynku. Grunt, by co najmniej jeden z tych dodatkowych etapów miał odkryte koordynaty (takie są formalne wymogi);
  • Następnie mamy Skrytkę Zagadkową, będącą polem do popisu naszej kreatywności. Trudna łamigłówka? Rozwiązanie sudoku / krzyżówki? Gry słowne? Nie ma problemu – wystarczy, że jesteśmy w stanie opisać recenzentowi drogę prowadzącą do prawidłowego wyniku. Zależnie od wykonania, może być bliżej tradycyjnego podejścia (zagadkę rozwikłujesz w domu i od razu jedziesz po finał) lub multaka (w terenie szukasz wymaganych elementów, z tym, że tutaj NIE MUSZĄ być podane ich koordynaty);
  • Dalej mamy bardzo, naprawdę bardzo rzadko spotykany (przynajmniej w Polsce) Letterbox Hybrydowy. Pierwotna zabawa (letterboxing) polega na tym, że nie operuje się współrzędnymi, a wskazówkami. Z czasem niektóre z nich zostały opublikowane również jako kesze i tak powstała ta kategoria. Obowiązkowy element to stempel służący do potwierdzenia znalezienia – pod żadnym pozorem nie powinniśmy go zabierać, nie jest na wymianę. Jego brak teoretycznie (zgłaszalność raczej niska, szczególnie w naszych realiach) uniemożliwia egzystowanie takiego pojemnika jako letterbox hybrydowy;
  • Kolejną mało popularną, acz pozwalającą popuścić wodze fantazji, jest skrytka typu Wherigo. Operujemy tutaj na tzw. kadridżach, do uruchomienia których potrzeba pobrać dodatkową aplikację (najlepiej WhereYouGo). Najłatwiejsza z nich to tzw. „odwrotka”, polegająca na tym, że rozpoczynamy z dowolnego miejsca, gdzie otrzymujemy odległość od finału. Idziemy w dowolnym kierunku i po jakimś czasie ponownie ją sprawdzamy. Porównujemy różnicę i ewentualnie korygujemy kurs. Kreator dostępny na podlinkowanej witrynie jest naprawdę mocno rozbudowany i pozwala tworzyć prawdziwe cuda na kiju. W Warszawie natrafiłem na „grę w grze” inspirowaną „starociem” o nazwie Tajemnice Oceanu – nie żebym reklamował, ale zabawa naprawdę przednia >>> Secret of the Ocean;
  • Następny typ to EarthCache, który, w przeciwieństwie do poprzedników, jest nastawiony przede wszystkim na edukację / naukę dotyczącą geologicznych aspektów naszej planety. Z racji specyficznych wymogów do spełnienia do ich recenzji oddelegowano kogoś innego – do pozostałych typów przydzielono pięć osób podzielonych na z góry ustalone obszary (my podlegamy pod Galician Reviewer). W ich przypadku opis jest zdecydowanie dłuższy, konkretniejszy i bardziej naukowy, aczkolwiek zaleca się napisanie go w taki sposób, by był „mądry” i „przystępny” jednocześnie. Na co możemy trafić? Głaz przyniesiony przez lodowiec, stary kamieniołom, osuwisko z dobrze widocznymi warstwami ziemi, a nawet spotkałem mniej oczywiste rzeczy, jak opis skał osadowych wykorzystanych do budowy Pałacu Kultury i Nauki;
  • Nie zabrakło również Skrytki Wirtualnej, tzw. „wirtuala”. Jak nietrudno się domyślić, nie ma ona fizycznego pojemnika i znajdziemy ją wyłącznie na mapie w postaci jawnych koordynatów. Jak więc ją zaliczyć? Ano zależy to od autora, najczęściej wystarczy zrobić sobie zdjęcie na tle wskazanego elementu otoczenia. Odnotować warto, że możliwość ich założenia przydzielana jest odgórnie za pośrednictwem konkursów i/lub losowań – ich liczba jest więc ściśle kontrolowana;
  • Na koniec pozostaje już tylko wspomnieć o skrytkach okolicznościowych, tj. Skrytka Wydarzenie, Skrytka Mega-Wydarzenie, Skrytka Giga-Wydarzenie oraz Skrytka Wydarzenie CITO (Cache In, Trash Out). Pierwszych trzech raczej nie ma sensu dokładnie opisywać, wszystkie polegają na tym samym - spotkanie różnych graczy, rozmowy i/lub wspólne podejmowanie okolicznych keszy. Jedyna różnica to ich wielkość – zaczynamy od poziomu lokalnego, kolejny wymaga co najmniej 500 uczestników (organizowane corocznie w różnych miastach), a ostatni aż 5000 (choć nie wiem jak dokładnie to weryfikują – nie wyszedłem poza tę lokalną wersję). Z kolei CITO to Sprzątanie Świata zaadoptowane na potrzeby geocachingu, tj. zbieramy śmieci przy okazji wspólnego szukania.

Kiedyś było ich więcej, lecz aktualnie nie są wykorzystywane i obsługiwane.

Być jak Predator, czyli sztuka kamuflażu

Niby zrobiłem ten nagłówek, ale w sumie nie bardzo wiem co pod nim napisać. Zasada jest prosta, jeśli chcesz by Twój pojemnik przetrwał, to ukryj go odpowiednio. Nie powinien zbytnio odstawać od otoczenia, im mocniej się wtapia tym lepiej. Można też zrobić coś charakterystycznego i dobrze widocznego dla „wtajemniczonych”, np. udawany karmnik dla ptaków, ponieważ ktoś postronny raczej nie pomyśli, że to skrytka. Wrażenie robią na mnie również maskowania a’la pieniek, oczywiście wydrążony, w którym umieszcza się kesza.

W ramach ciekawostki mogę dodać, że istnieją pojemniki ukryte na dnach zbiorników wodnych. Co prawda nigdy takowego nie spotkałem osobiście, ale słyszałem różne opowieści. Mogę śmiało uznać je za prawdziwe, bo skoro regulamin takie dopuszcza (istnieje do tego stosowny atrybut), to wątpię, by nikt się na stworzenie czegoś takiego nie pokusił.

Osoby mało kreatywne i/lub leniwe mają dwa wyjścia: minimalizm (który preferuję) lub sięgnięcie po gotowe rozwiązania (allegro lub dedykowane keszerom portale). Ja robię praktycznie wyłącznie mało ekscytujące „mikrusy” – czy to na magnesie, czy też zakamuflowane i przyczepione do gałęzi drzew / krzewów. W zamian stawiam na ciekawy (mam taką nadzieję) listing.

Stanąłeś na podium? Sprawdź, czy nie zostawiono Ci certyfikatu

Poszukiwania poszukiwaniami, ale sporo maniaków jest w stanie poświęcić wiele dla nic nieznaczącego, pierwszego znalezienia (tzw. FTF, ang. First to Find). W Rzeszowie swego czasu działał właśnie taki osobnik, który robił rozróby, jak ktoś zwinął mu ten zaszczytny wpis. No ale nie o tym chciałem …

Czasami, jeśli autorowi na tym zależy i wielkość pojemnika na to pozwala, we wnętrzu znajdziecie nie tylko fanty na wymianę, ale i certyfikaty dla znalazców. Najczęściej dla trzech pierwszych osób, bardzo rzadko zdarza się, że jest ich więcej. Co nam one dają? Dosłownie nic, co najwyżej własną satysfakcję. Muszę jednak przyznać, że ich obecność stanowi coraz rzadszy widok.

Zadbaj o trwałość, dołóż „strunówkę”

Przymierzając się do założenia swojego debiutanckiego kesza wypada przemyśleć kilka rzeczy. Co by nie mówić, przez wielu, przy pierwszym kontakcie, mogą być potraktowane jako nic nie warte śmiecie. Należy więc je dobrze ukryć i liczyć na to, by osoba podejmująca nie spaliła kryjówki – dla zwiększenia szans na przetrwanie (o ile znajdziemy na to miejsce) można dorzucić kartkę informacyjną. Zamieszcza się na niej nazwę gry, krótki opis i prośbę o niezabieranie pojemnika, ewentualnie kontakt z właścicielem, gdyby komuś zawadzał.

Dobrym pomysłem jest wykorzystanie woreczka strunowego (wraz z pochłaniaczem wilgoci), będącego dodatkową ochroną dzienniczka. Wiadomo, schowek może pęknąć i nabrać wody, więc warto o to zadbać wcześniej. Jasne, nie zawsze i nie wszędzie zmieścimy to ustrojstwo do środka, ale taki to już urok tej zabawy. Ja osobiście zawsze noszę ze sobą zapasowe woreczki i jak trafię na kesza z uszkodzonym, to wymieniam i tyle. Dokładnie to samo robię z dziennikiem, choć w tym przypadku daję „zwykłe kartki”, a nie jakieś wyrafinowane cudeńka – to samo tyczy się sytuacji, gdy zabraknie w nim miejsca na nowe wpisy.

No i fajnie by było, jakby sam pojemnik nie rozleciał się po tygodniu. Oczywiście nie chodzi o to, żeby korzystać wyłącznie ze stali, ale używanie kartonowego pudełka też nie jest zbyt dobrym pomysłem. W większości przypadków plastik sprawdzi się bardzo dobrze.

Pozostałe niuanse

Każdy założony kesz posiada atrybuty wskazane przez właściciela, które wybieramy z listy dostarczonej przez twórców. Pomagają nam odpowiednio przygotować się do podjęcia i są podzielone na Dozwolone, Wyposażenie, Warunki, Zagrożenia, Udogodnienia i Specjalne. Jest ich sporo, więc nie będę ich wszystkich wypisywać – kto chce to sam sobie sprawdzi.

Przy zgłaszaniu nowej skrytki, prócz podania koordynatów finału i poszczególnych etapów (o ile występują), warto zdefiniować dodatkowe waypointy, mające nieco ułatwić zabawę. Może to być umiejscowienie dogodnego parkingu, oznaczenie początku ścieżki i/lub rozwidlenia drogi, a także interesujący punkt odniesienia (niewymagany przy podejmowaniu, jednak warty zobaczenia – pomnik czy coś).

Wszystko co wyżej opisałem dotyczy darmowego konta, lecz istnieje opcja jego rozszerzenia płatną subskrypcją. Co zyskujemy? Moim zdaniem nic wartego uiszczenia opłaty w wysokości 29.99 euro rocznie lub 9.99 kwartalnie. O różnicach przeczytacie tutaj. Jedynym realnym „utrudnieniem” jest niewyświetlanie keszy „premium-only”, ale takich raczej nie ma zbyt wiele, a już na pewno nie w naszych realiach. Całą resztę niedogodności załatwia zewnętrzna, nieoficjalna aplikacja o nazwie c:geo – naprawdę warto się w nią zaopatrzyć.

Jest jeszcze rodzimy Opencaching.pl

To w zasadzie to samo co Geocaching, z tym, że jest całkowicie niekomercyjny (to właśnie stąd pochodzą darmowe Geokrety) i dedykowany Polakom. Cała reszta wygląda bardzo podobnie, różnice to naprawdę drobnostki – chociażby mniejsza liczba atrybutów czy brak oficjalnego wsparcia dla scenariuszy Wherigo (niemniej, bez problemu można je tam wrzucać).

Ja swoje kesze publikuję na obu, ale wiem, że nie wszyscy tak robią, więc ich bazy się nie pokrywają – a za granicą to już w ogóle, bo i jak. Dlatego warto pobrać aplikację wyświetlającą skrytki z obu portali jednocześnie, o której wspomniałem już wyżej.

W sumie ciekawym wyróżnikiem jest zezwolenie na wkopywanie w ziemię pojemników, czego na globalnej odsłonie kategorycznie zabroniono (przynajmniej na chwilę obecną). No i za pośrednictwem tego portalu możemy tworzyć tzw. GeoŚcieżki, czyli zbiór keszy połączonych wspólną tematyką i/lub celem (np. zwiedzanie ciekawych miejsc w danym mieście).

Munzee jako mało popularna w Polsce, acz ciekawa alternatywa

Idea bardzo podobna, tj. znów bazujemy na podchodach, z tym, że pojemniki i dzienniki zamieniono na kody QR. Jest więc ekologicznie, gdyż eliminujemy tony zbędnego śmiecia i prościej, ponieważ nie trzeba kombinować z maskowaniem oraz ukrywaniem, a koordynaty są zawsze jawne – co nie wszystkim musi się podobać. Jedynym problemem, jaki przychodzi mi do głowy, jest wymóg zakupienia specjalnej folii polietylenowej (odporność na warunki atmosferyczne), co z kolei wymusza posiadanie (lub znanie posiadacza) drukarki laserowej. Ja osobiście korzystałem z tego cuda (polecił ktoś bardziej obeznany w temacie) i póki co sprawdza się bardzo dobrze.

Na pewno sporym minusem względem geocachingu jest znacznie większe nastawienie na monetyzację. Za darmo założymy wyłącznie normalne Munzee, a wszystkie inne rodzaje nabędziemy z poziomu sklepu. Wygląda to tak, że zaczynamy od stworzenia tego standardowego, potem kupujemy to, co nas interesuje i dopiero wtedy podnosimy status temu podstawowemu.

Niekiedy zdarza się i tak, że ten płatny typ dostaniemy za wykonanie jakiejś aktywności (choćby za Clan Wars / Wojny Klanów), czego doświadczyłem ze dwa razy. W przeciwieństwie do GC, tutaj mamy dostęp do medali (coś a’la osiągnięcia z gier), które otrzymujemy za konkretne akcje. Zadbano nawet o kilka odznak typowo sportowych, np. sumaryczne przejście X kilometrów lub zrobienie 10-tysięcy kroków przez Y dni z rzędu. Do tego każde zeskanowanie (zależnie od typu Munzee) jest odpowiednio punktowane, co przekłada się na poziom naszego konta – choć nie kojarzę, by niosło to za sobą jakieś konkretne benefity.

Moim skromnym zdaniem, jest to mniej wciągające niż keszowanie, zwłaszcza, że taki kod QR nakleimy dosłownie gdziekolwiek, przez co jego znalezienie wymaga minimum wysiłku. No ale nie przeczę, że nawet to ma swój urok, co wystarczyło, aby mnie wciągnąć. Nie można również zapominać o elemencie rywalizacji, tj. wspomnianych Wojnach Klanów. Za skanowanie nowych Munzee oraz tych specjalnych zdobywane są punkty, które pomagają wypełnić cyklicznie pojawiające się zadania (owocujące darmowym dostępem do specjalnych Munzee) i oczywiście podnoszą one pozycję klanu w rankingu generalnym.

Kilka słów na zakończenie i krótkie wyjaśnienie, o co tak właściwie chodzi z tytułem

Wszystkie informacje przedstawione wyżej to minimum, które warto poznać przed rozpoczęciem zabawy. Reszta wiedzy przyjdzie Wam z czasem, w miarę zdobywania doświadczenia w terenie. Grunt to dobrze się bawić i nie psuć tego innym (uszkadzając lub kradnąc ich pracę). Jeśli zajdzie takowa potrzeba (Wasze prośby) lub mnie najdzie ochota, to być może kiedyś wrócę do tematu i nieco go rozwinę. Póki co po prostu pytajcie, chętnie na wszystko odpowiem. Bo o ile nie jestem żadnym specjalistą, o tyle trochę już w tym siedzę i kilkadziesiąt moich tworów pojawiło się na mapie (na Geocaching, Opencaching oraz Munzee).

Wracając do sedna, tj. do tego, jak obie gry terenowe zmieniły moje życie. Wszystkie kesze w mojej okolicy bez problemu podjąłem „z buta” i bardzo szybko zacząłem się nudzić. Trzeba było sobie z tym poradzić i tutaj z pomocą przyszedł mi rower. Połączyłem obie pasje, dzięki czemu sporo zyskałem:

  • Cel, więc z chęcią wyjeżdżam na długie, nawet kilkugodzinne trasy – „niestety” coraz dalej;
  • W miarę dobrą kondycję, bo w końcu nie zawsze droga jest łatwa i prosta, niejednokrotnie trzeba się przedzierać przez las i/lub pokonać długie oraz strome podjazdy;
  • Sposób na nudę i ciekawe hobby, a przy tym kilka nowych znajomości (oraz wrogów).

Nie pozostaje mi już nic innego jak polecić Wam sprawdzenie obu tych gier terenowych, zwłaszcza, jeśli macie kogoś „do pomocy”. W grupie jest zdecydowanie zabawniej, a przy okazji bezpieczniej, jeśli podejmujemy skrytki nocą. Jeśli jednak wolicie solową grę, to i dla Was przewidziane są „atrakcje”. W Munzee macie wspomniane zadania a’la osiągnięcia z gier, w GC są to okolicznościowe suweniry (np. znalezienie czegoś we wskazanym okresie), a na OC tzw. sprawności (czyli de facto odznaki przyznawane za wykonywane postępy).