Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Historia piractwa medialnego nośników muzycznych — na tle rozwoju urządzeń do odtwarzania dźwięku w Polsce

Piractwo było wszechobecne od początku powstania pierwszych nośników muzycznych. W Polsce ma ono miejsce od ponad 50 lat, a ja tutaj pokrótce zawarłem jak ten, proceder kształtował się, samoistnie łącząc z postępem technicznym sprzętów grających, w dawnych czasach PRL i w okresie wczesnego kapitalizmu.

Czasy głębokiego komunizmu, kiedy wszystko, co z Zachodu było w Polsce zakazane

Wtedy to oficjalne na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, pojawił się na rynku fonograficznym pierwszy pirat. A była to pocztówka dźwiękowa, która pomimo nazwy miała mało wspólnego ze zwykłą kartką pocztową, gdyż nie była wysyłana pocztą, nie naklejano na nią znaczka itp. Był to zatem nośnik typowo kolekcjonerski, podobnie jak kasety, kompakty, czy winyle. Początkowo pocztówki dźwiękowe powstawały tylko w formacie C6 (wymiar widokówki), a następnie zbliżały się rozmiarem do koperty singla. Na najwcześniejszych pocztówkach dźwiękowych mieścił się tylko jeden utwór, te późniejsze zawierały już z reguły dwa (często kompletnie niezwiązane ze sobą) utwory. Puszczano je na małych, przenośnych gramofonach, a najbardziej popularny z nich był kultowy Bambino.

Z chwilą pojawienia się tego nośnika na rynku, zyskał on natychmiastową popularność, a przełom lat 60. i 70. XX wieku, kiedy to możliwość zakupu dla normalnego użytkownika płyt winylowych była praktycznie niedostępna, był czasem jego wielkiej prosperity. W tym czasie ceny gramofonów dochodziły do horrendalnych sum, a dostęp do popularnych wykonawców za granicą, mocno ograniczony. Zwłaszcza grających zakazany wtedy w naszym kraju rock and roll, odbierany wtedy przez władze komunistyczny jako wytwór „zgniłego kapitalizmu”.

r   e   k   l   a   m   a

W związku z panującą wtedy wszechobecną cenzurą, zbuntowane pokolenie młodych spod znaku big beatowej rewolty, odczuwało wielką potrzebę bliższego poznania muzyki swoich idoli, najlepiej z ponad znaku Woodstock. Największym głosem tego pokolenia byli artyści pokroju Jima Hendriksa, Janis Joplin, The Rolling Stones (ich przyjazd do Polski, w 1967 roku widownie doprowadzał do prawdziwych spazmów), Led Zeppelin czy bardziej klasyczni The Beatles. Widokówka dźwiękowa pomimo swoich ograniczeń technicznych, chociaż w podstawowym stopniu zaspokoiła potrzebę poznania ich muzyki.

Sama w sobie stanowiąc świetny nośnik zastępczy: tani, ogólnie dostępny, dający możliwość chałupniczej produkcji. Wystarczyło kupić zwyczajne widokówki o dowolnej tematyce, pokryć je folią, a potem położyć na specjalnym „gramofonie”, który zamiast odgrywać dźwięk, rysował rowki, prawdziwa ręczna robota! Tym bardziej wzmożony był ten proceder, że w owym czasie, praktycznie w każdym mieście działało studio nagraniowe. Na aparatach sprowadzonych z Zachodu lub specjalnie urządzonych na to konstrukcjach amatorskich nagrywano płyty. Płytą była zwykła: „obiegowa ” pocztówka z naklejona folią, na której wycinano rowek z zapisem analogowym. Płyty nagrywano, a nie tłoczono jak to, ma miejsce przy produkcji masowej, na życzenie odbiorcy można było na początku zarejestrować dedykację np. „życzenia dla cioci”.

Temat pozyskiwania nagrań, jak i materiałów eksploatacyjnych (igieł, folii) wart jest szerszego opracowania. Urządzenie na fotografii to „prywatna” konstrukcja elektroników związanych z Politechniką Warszawską. Cena urządzenia w tamtych latach to równowartość samochodu „Syrena” taki zysk był ogromny, bo nikt wtedy nie myślał o prawie autorskim, to, co wieczorem puszczało Radio Luksemburg, następnego dnia już było na bazarowych stolikach. Państwowe firmy, z tym procederem rozpowszechnionym na tak daleko idącą skałę, w zasadzie z góry były skazane na porażkę, tym bardziej, że ich forma wydawnicza działa ze sporym opóźnieniem, czasami nawet i rok po premierze danego albumu, ten nośnik okazywał się oficjalnie. Po kilka latach tego prywatnego eldorado, parol zagięły państwowe wytwórnie do najbardziej znanych z nich, zaliczają się choćby Muza, Ruch, KAW czy Tonpress. Warto przy tym wspomnieć, że masowe piractwo pocztówek dźwiękowych, na dłuższą metę odbiło się na formie estetycznej ich wykonania, kolorystyce, jakości nagrań.


Bardzo ważne w tym wszystkim jest też to, że dzięki podziemnemu obiegowi tego typu nagrań. W Polsce na wzór ww. wykonawców powstała bardzo silna scena niezależna, gdzie prym wiedli wizjonerski Czesław Niemen (autor wielkiego protest songu „Dziwny jest ten Świat”), Czerwone Gitary (polscy The Beatles), prekursor polskiego bluesa Breakout, progresywny SBB, folkowi Skaldowie, Stan Borys, Dżem (z wielkim Ryśkiem Riedlem na wokalu) i szereg innych. A przecież ich twórcy, wyłonili się z rzeszy fanów słuchających tej muzyki, a muzykę zza Oceanu, która była inspiracją ich twórczości, zaczerpnęli właśnie z tak prymitywnych nośników, jak widokówka dźwiękowa słuchana gdzieś kontem u znajomego kolekcjonera.

1970-1980 Taśma magnetyczna na dobre wypiera widokówkę dźwiękową z powszechnego użytku

W następstwie tych działań, po tym, jak widokówka dźwiękowa pomału zaczęła przechodzić do lamusa. Następna dekada była czasem wielkiej popularności taśmy szpulowej i poniekąd dużym „krokiem do przodu” pod względem technicznym, żeby pokrótce wyjaśnić ten fenomen. Pora na trochę historii: A więc jak to się wszystko zaczęło i miało to ówczesnych realiów? Magnetofony szpulowe był to sprzęt powszechnego użytku, a jego głównym zadaniem było zaopatrzenie jak najwięcej ilości gospodarstw domowych w dostęp do amatorskiego dźwięku. Pomimo prostoty tego urządzenia - to nie było ono tanie i nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Protoplastą tego urządzenia był tzw. drutofon, który jak sama nazwa wskazuję - jako podstawowy nośnik pracy, wykorzystywał druty. Na bazie różnych eksperymentów, takie urządzenia, które zapisywały dźwięki w ten sposób, nie znalazły jednak szerszego zastosowania w gospodarstwach domowych, a co za tym idzie zastosowania w masowej produkcji, a były wykorzystywane tylko w profesjonalnych studiach nagraniowych.

Następstwem tych działań, było pojawienie się magnetofonu szpulowego, który podobnie jak drutofon, początkowo był dostępny tylko w studiach nagraniowych, żeby na dobre w latach siedemdziesiątych pojawić się w masowej produkcji.

Na ten okres bez wątpienia datuje się największa popularność magnetycznych rejestratorów dźwięku, jakimi były magnetofony szpulowe w naszym kraju. Był to nośnik, który oprócz dużych gabarytów charakteryzował się tym, że wykorzystywał do odtwarzania muzyki magnetyczną nawiniętą na dwie szpule. Jedna szpula zdawcza, która następnie jest nawijana na szpulę odbiorczą, taka taśma była sprzedawana w specjalnych do tego przeznaczonych pudełkach. Monopolistą sprzedaży tych taśm był polski Stilon, ale na licencji niemieckiej zakładów AGFA, średnica tej taśmy wynosiła 15 cm, przy długości 540 metrów (ponad 0,5 km). Jeżeli chodzi o kwestie zawartości muzycznej, standardowa jej prędkość wynosiła 9,5 cm na sekundę, co daje nam czas nagrania 2 × 90 minut (a w magnetofonach czterościeżkowych ten czas podwajał się). Cena za taką taśmę wynosiła 250 złotych, co jak na dzisiejsze realia daje jakieś 100 złotych. Samo przez się świadczy, że to był drogi nośnik jednakże jego niebagatelnym plusem było to, że był wielokrotnego użytku i że można było na nim nagrać dwa razy więcej muzyki, niż na zwykłej płycie gramofonowej.

Cała specyfika taśma szpulowej polegała też na tym, że w zasadzie nie można było nabyć w sklepie nagranych taśm. A jak już to były pojedyncze egzemplarze, z czego jednoznacznie wynika, że ten nośnik, z samego zamierzania. Był przystosowany do kopiowania muzyki „z zewnątrz". Najwięcej nagrywano na niego muzyki z radia, czy jak ktoś miał dostęp płyty gramofonowej, na tym polegał właśnie główny problem, że dystrybucja ich w Polsce była bardzo ograniczona i były sprzedawane w cenach zaporowych. Cennik takiej jednej oscylował w granicach średniej wypłaty miesięcznej!

To samo się miało do jej przegrywania, pomimo licznych mankamentów tego urządzenia, jego dużych gabarytów, specyfiki pracy, potrzeby sporego opanowania, żeby w ogóle z niego korzystać. Tak samo delikatności samej taśmy, która po dłuższym okresie eksploatacji się zrywała. I trzeba jednoznacznie przyznać, że taśma szpulowa odegrała wiekopomną rolę w historii piractwa medialnego nośników muzycznych w Polsce. W tamtejszych czasach będąc wręcz prekursorskim nośnikiem danych, pod względem możliwości nagrania na nim bardzo dużej liczy muzyki. Można na nią było nagrać średnio trzy godziny muzyki, co jak na owe czasy było wielkim postępem (w porównaniu choćby do pocztówki dźwiękowej, ponad dziesięciokrotnym). Inna sprawa, że ciekawych audycji radiowych też nie było za dużo.

No i jak temu można było zaradzić? Tym bardziej że na muzykę w owych czasach „głód” był bardzo duży. Wtedy to pojawili się pierwsi kolekcjonerzy, którzy za ciężkie pieniądze zdobywali w każdy możliwy sposób płyty winylowe, a później odpłatnie je wypożyczali, użytkownikom magnetofonów szpulowych. Największy minusem z nich korzystania, była sama taśma, w głównej mierze przez jej długość. Ponieważ bardzo łatwo było się pogubić gdzie dany utwór, jest zaznaczony, no i też to żeby zmienić taśmę, posłuchać czegoś innego, trzeba było ją zwinąć, a to, nastręczało kolejnych problemów.


Najpopularniejsze w Polsce magnetofony były produkowane przez Unitra-ZRK im. Marcina Kasprzaka w Warszawie. W roku 1958 w ZRK ruszyła produkcja lampowych magnetofonów Melodia. Popularne modele to m.in. ZK-140T (monofoniczny, czterościeżkowy), ZK-146 stereo, ZK-147, Aria, Dama Pik, M2405S.

Do lat 80.tych, kiedy w magnetofonach kasetowych upowszechniły się również układy redukcji szumów, były także urządzeniami zapewniającymi niedoścignioną na ówczesne czasy, doskonałą jakość rejestrowanego dźwięku.

1980-1989 Kaseta magnetofonowa podstawowym nośnikiem pobierania muzyki schyłkowego okresu PRL

Magnetofony kasetowe w Polsce pojawiły się gdzieś na początku lat 70.tych. Wśród potencjalnych użytkowników mogły w porównaniu z innymi źródłami dźwięku, występować w stężeniu co najwyżej 1:1000. Polski magnetofon kasetowy pojawił się ma rynku pojawił się w 1972 roku dzięki zakupieniu przez ZRK licencji firmy Thomson i był to MK 125. Zważywszy na skromne gabaryty urządzenia niezaprzeczalnym jego atutem, była bardzo dobra głośność, jak i akustyka dźwięku. A co za tym idzie, niepozorna „kasetówka" miała spore pole rażenia, bowiem obejmowała swym zasięgiem nawet kilkaset metrów, przy bardzo niskiej używalności baterii, dlatego idealnie służyła jako przenośne źródło muzyki w kontekście wakacyjno-rekreacyjno-rozrywkowym. Na magnetofony stereofoniczne, nie wspominając o Hi-Fi, przyszło jeszcze trochę poczekać.


Oczywiście historia magnetofonów kasetowych nie mogła się toczyć innymi torami niż innych sprzętów powszechnego użytku, w sensie ogólnych trendów występujących na świecie. W połowie lat 70-tych zaczęły się pojawiać w Polsce stacjonarne magnetofony kasetowe, a najbardziej poszukiwane wśród ówczesnych audiofilii były produkty firmy AKAI.

W tym okresie Zakłady Radiowe im Kasprzaka dokonały obudowania w stacjonarną obudowę MK125 i tak powstał magnetofon kasetowy M 531S.
Ponieważ jesteśmy w epoce, która określam mianem „inwazji wzmacniaczy” to rzecz jasna ta „kasetówka”, miała i wzmacniacz. Najczęściej występujący był zestaw oferujący
wzmacniacz Meluzynę, gramofon Fonomaster, magnetofon szpulowy ZK 246, no i teraz dochodził magnetofon kasetowy, każde z tych urządzeń posiadało osobny wzmacniacz, jeden zestaw i cztery wzmacniacze, prawdziwa klęska urodzaju!

W okresie PRL kasety odegrały w Polsce szczególną rolę, z uwagi na brak dostępu do oryginalnych kaset czy płyt wykonawców, powszechnym zwyczajem było przegrywanie kaset od znajomych, czy nagrywanie utworów prosto z radia. Jakoś dziwnie nikt nie wspominał wtedy o piractwie czy ochronie własności intelektualnej, kasety magnetofonowe służyły jednak nie tylko do przechowywania muzyki. Doskonale sprawdziły się także jako nośniki danych w 8-bitowych komputerach takich jak Atari, Commodore czy ZX Spectrum. Choć zanim gra wczytała się z kasety cały dom, musiał wysłuchiwać trzasków i pisków, po prostu taka była specyfika jego pracy.

Festiwal w Jarocinie sztandarowym przykładem przegrywania muzyki. W imię wyższych celów



Najlepszym przykładem masowego przegrywania muzyki przez rzeszę fanów był festiwal młodych Jarocin, który ze skromnej imprezy muzycznej organizowanej przez miejscowy klub Olimp zwanej Wielkopolskie Rytmy Młodych. Początkiem lat osiemdziesiąt przeobraził się w masowy głos buntu przeciwko dyktatowi władzy. Z perspektywy lat odegrał niezaprzeczalną rolę w upadku reżimowego systemu, co na przestrzeni dekady stało się pokłosiem wolnego rynku. Wymierny wpływ na to miało, że jego uczestnicy, występy swych idoli nagrywali na taśmy magnetofonowe. Robiło to tysiące ludzi, a wiadomo kopia, tworzy kopię i tak na cały kraj dzięki temu krążyły pirackie nagrania, „głosów ludu” jakże przełomowych dla tych czasów. Artystów pokroju Brygada Kryzys, Maanam, Republika, Tilt, Siekiera, Kult, Perfect, Dezerter Kasa Chorych, Püdelsi, że wymienię tutaj najbardziej zaangażowanych ideologicznie.

Można by rzec, że te praktyki, mające miejsce na festiwalach w czasach PRL i nie chodzi tutaj tylko o sam Jarocin, ale też wiele innych, że wymienię tutaj Rawa Blues, Rockowisko, Camping Muzyczny w Brodnicy, Metalmania czy bardziej komercyjne w Sopocie lub Opolu.
Działały one poniekąd na zasadzie takie wielkiego hostingu zbierającego muzykę. Tylko nie miało to miejsca w wirtualnej przestrzeni, a w Świecie rzeczywistym, gdzie zbierały się różne ludzkie postawy jak i tworzyły się podwaliny nowych subkultur. Co za tym idzie muzyka łączyła ludzi bardziej niż teraz i stąd w dużym stopniu, wynikało wielkie zapotrzebowanie, na dzielenie się ją w każdy możliwy sposób, w tamtych archaicznych wydawałoby się czasach.

A to, że w latach osiemdziesiątych przemysł fonograficzny był „w powijakach", co w dużym stopniu wynikało przez wprowadzenie 2-letniego okresu stanu wojennego, były w zasadzie tylko dwie liczące się wytwórnie muzyczne Polton i Stilon, a przy tym ceny kaset, jak i płyt winylowych, były zaporowe. Wniosek nasuwa się tylko jeden, że bez masowego piractwa nośników muzycznych w każdy możliwy sposób, polska muzyka rozrywkowa, jak i ta o zabarwieniu ideologicznym, popadłaby w całkowity marazm, a było jednak zgoła inaczej.


1989-1993 - Czasem przejściowym w okresie wczesnego kapitalizmu w Polsce... Rodzi się wolny rynek, jak grzyby po deszczu powstają pirackie wytwórnie kaset. A epilogiem tych wydarzeń stanie się Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Co za tym idzie wprowadzenie hologramów oryginalności produktu.



Zaraz po upadku komuny w związku idącą zatem transformacją systemową
rozpoczął się w Polsce tzw. wolny rynek. Który najlepsze rozpoczął wszelaką prywatną działalność gospodarczą. Od wielkich firm, po bazarowe stoiska i to właśnie na wszelkiego rodzaju bazarach, giełdach, kapłanówkach, kioskach czy przeznaczonych do tego specjalnych budkach. Można było bez problemu kupić pirackie kasety, zróżnicowanych gatunkowo wykonawców. Łączyło je jedno cena 12.000 starych złotych, jak i uboga okładka. O pełnej oprawie graficznej, z tekstami, czy zdjęciami muzyków można było zapomnieć.

Kto wtedy myślał o takich detalach, najważniejszy był przekaz muzyczny. To, że za małe pieniądze, można było poznać najnowsze albumy ulubionych wykonawców. Dzięki temu poznałem kultowe albumy moich ulubionych hord metalowych w owym czasie Metallica, Death, Kreator, Slayer, Sister of Mercy, Napalm Death, jak i bardziej progresywnych wykonawców typu Pink Floyd czy Genesis. Zebrałem swoje pierwsze pełne dyskografie Dżem, Queen czy Kat. Jak na 11-13-latka to były wielkie doznania, które rozbudziły pasję, w której trwam już nieprzerwanie od ponad 25 lat. Sporo moich rówieśników w owym czasie, miało podobnie ogół odbiorców fanów choćby Dance czy Disco Polo, kupowało te kasety masowo. Po prostu w owym czasie trendem było czegoś kolekcjonowanie, prawie każdy miał jakiś sprzęt grający. Bogatsi wieże stereofoniczne, reszta magnetofony typu Kasprzak, albo azjatyckie podróby znanych marek, np. Technix (Technicsa), Sonic (Sony) itp

Najbardziej znanymi producentami tego typu wydawnictw były Eurostar, MB, Elbo, Takt, Poker, Max Studio, Music World, GM Music, Mag Magic, MG, Phoenix, Asta, Amigos, OK!, Orion, Boss Music, Omega Music I wiele innych. Warto też dodać, że w ostatnim czasie nielicencjonowane kasety wracają do łask, są wręcz ich maniacy, są grupy ich wielbicieli np. FB. Bez problemu można je sprzedać na takim Allegro czy OLX.pl
Szczyt ich popularności datuje się na lata 1990-1993, kiedy można było bez jakichkolwiek konsekwencji prawny je wydać.

A później ustawa ZAIKS z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. regulującą pozycję autora, zarząd jego prawami autorskimi i ich ochronę zakończyła ich wydawanie.


Zaraz potem wprowadzono kasety licencjonowane z hologramem potwierdzającym ich legalność. Pojawiły się pierwsze niezależne polskie wytwórnie jak Baron, Izabelin Studio. Cena za kasetę podniosła się dziesięciokrotnie, I wiadomo według zasady. Jak nie wiadomo o co, chodzi o pieniądze. Sprzedajność tego nośnika diametralnie spadła. Kaseta nie miała szans na równi konkurować z płytą CD, nie wiele droższą. Wizualnie lepiej się prezentującą, smuklejszą I przede wszystkim zdecydowanie wytrzymalszą. Chociaż i po 1993 roku, było w miarę modne przegrywanie zawartości oryginalnej kasety na „czyste”, które pojawiły się w sprzedaży. Takie chałupnictwo na dłuższą metę dotyczyło bardziej pasjonatów, ale jakość ich nagrania pozostała dużo do życzenia. Po 2002 roku i tego typu praktyki przeszły do lamusa.

2000-2004 Okres nagminnego piratowania płyt kompaktowych

Z nastaniem nowego millenium, przegrywanie kaset magnetofonowych coraz bardziej stawało się passé, w sposób gwałtowny zostało wyparte przez kopiowanie płyt CD. Wynikało to w głównej mierze z tego, że płyta kompaktowa to zdecydowanie dłuższy pod względem eksploatacji nośnik, jak i dużo więcej można na nim zapisać muzyki i ogólnie estetycznie sprawiała lepsze wrażenie. Zważywszy na to, że na przełomie lat dziewięćdziesiątych XX wieku i początku XXI wieku. Przemysł muzyczny w Polsce przechodził swój boom, mnożyły się jak grzyby po deszczu wszelakie wytwórnie od takich światowych molochów jak Sony, Koch, Pomaton na polskich wytwórniach kończąc. Gdzie najwięcej ich kręciło się w ogólnie pojętym undergroundzie, skupiając głównie na różnych odmianach metalu, awangardzie czy jazzu. Najbardziej znane z nich w owym czasie to sygnowane nazwiskiem Kmiołka Carnage Records przemianowany później na Empire Records, Pagan Records Tomka Krajewskiego, niesławny MMP Dziubińskiego. Czy bardziej skupione na awangardzie Music Corner, Fluttering Dragon czy Mystic Art Wardzały

Chociaż wytwórni było co niemiara, konkurencja spora, tysiące płyt na półkach sklepowych, nijak to się miało to atrakcyjności cen. Bo wprowadzenie praw autorskich, co za tym hologramowanie płyt i nałożona na nie cała masa opłat (w którym artyści i tak najmniej dostawali). Spowodowało wręcz horrendalne podniesienie cen nośników muzycznych, w stosunku do zarobków w Polsce. Średnio premiera CD kosztowała. Odpowiednio polskiego wykonawcy 30-40 zł, z zagranicy 50 zł a czasem i więcej. A taka dysproporcja cenowa automatycznie musiała spowodować. Rozpowszechnienie na szeroką skalę procederu piractwa, zarówno tego w pełni profesjonalnego, jak i metodami stricte domowymi.

No a, że zbieranie płyt stało się wtedy moją wielką pasją, co poniekąd wiązało też się z moją pracą sprzedawcy w sklepie muzycznym, dostęp do najnowszych premier miałem ułatwiony. A że na przełomie wieków, mało jeszcze ludzi posiadało w domu własny komputer, strony internetowe oferujące hostingi plików, wszelakie torrenty czy YouTube, były dopiero melodią przyszłości. To automatycznie spowodowało zainteresowanie wielu znajomych eksponatami z mojej kolekcji, wiadomo w jakim celu. Chodziło tutaj o przegranie na płyty CD-R. Na początku o pojemności 650 MB (74 minuty muzyki), a w późniejszym czasie 700 MB. Co się łączyło ze zwiększeniem zawartości muzyki do 80 minut. W tamtym czasie byłem krytycznie nastawiony do tego procederu, też poniekąd nie byłem do końca świadom, że za kilka lat taka forma słuchania muzyki, na specjalnie przeznaczonych do tego serwisach internetowych służących do odtwarzania strumieniowego stanie się normom.

I jak już płyta oryginalna poszła „w obieg". Każdy posiadacz sprzętu grającego, a wtedy każdy szanujący fan muzyki, posiadał jakąś wieżę, w najgorszym razie magnetofon, gdzie najpopularniejszym zestawem, były produkty firmy Technics. W warunkach domowych jak już miał oryginał, kopiował zawartość płyty CD na CD-R, nieodzownym też urządzeniem do czynienia tych praktyk, była drukarka atramentowa, która służyła do kserowania okładki oryginału. Chociaż dla większości wystarczała sama zawartość muzyczna. Mało kto jeszcze wtedy przykładał wagę do formy estetycznej wydania. W głównej mierze chodziło o to, żeby za jak najmniejszy koszt stać się posiadaczem premiery płytowej ulubionego wykonawcy. No i bardzo duże znaczenie też miało to, że zamiast jakiś 50 złotych. Taka chałupnicza produkcja, kosztowała niecałe 3 złote, a na jednym CD-ROM-ie i do 10 albumów można było nagrać. W porównaniu do kupowana legalnie w sklepie, wiadomo różnica w kosztach, była kolosalna.

Nie każdy kilkanaście lat temu miał też dostęp, nawet tych podstawowych sprzętów. Byli też tacy co, kupowali takiej domowej roboty podróbki, u tych którzy czymś takim handlowali, czerpiąc zyski z piractwa medialnego. Pamiętam czasy około 15 lat temu, jak policja w moich stronach ścigała takich delikwentów, teraz to brzmi jak abstrakcja, trzeba jednak przyznać, że pod względem jakości dźwięki, nie odbiegały zdecydowanie od profesjonalnych nośników. Był to zatem zdecydowany progres, w porównaniu do szumiącego dźwięku kaset magnetofonowych.
Nagrywano je też za pomocą pierwszych programów do nagrywania płyt CD, do najbardziej znanych z nich można zaliczyć, choćby WinOnCD, Feurio czy Nero, zważywszy, że nie każdy miał dostęp do domowego komputera, wiedli w tym prym pasjonujący się informatyką, fani muzyki.

Piractwo nośników muzycznych staje się profesjonalnym biznesem

Pierwsze lata XXI wieku w Polsce, niosły za sobą wręcz patologiczną popularność pirackich nośników medialnych. Największa sprzedaż tego ich „kwitła” na giełdach, bazarach i targowiskach itp. W sumie nawet w kioskach przez krótki okres sprzedawano płyty kompaktowe na „lewych licencjach”, że wymienię tutaj słynną aferę z wydaniem nielegalnie przebojów The Beatles przez Selles Records. Była to prawdziwa inwazja. A stała za tym wielka machina biznesowa, zaopatrzona w bardzo dobrze zorganizowane grupy przestępcze, które posiadały najnowocześniejszy sprzęt do kopiowania. Stała za tym silna hierarchizacja, od bogatych przedsiębiorców wykładających na to pieniądze, poprzez tych, co zajmowali się ich produkcją (dobrzy programiści graficy, znawcy obsługi kopiujących sprzętów), kończąc na zwykłych handlarzach tym towarem, którzy po kryjomu starali się go sprzedać. Warto dodać, że zaangażowani w ten proceder byli też ludzie za wschodniej granicy, przeważnie z Rosji, Ukrainy, jak i też Wietnamczycy.

Jakość podrabianych płyt była bardzo różna (od pełni profesjonalnych, do bijących „ na żywe oko” swą tandetą), różniła je też cena, która oscylowała od 15 do 30 złotych. Pirackie płyty były też dostępne na rosyjskiej licencji, w podobnej cenie (co te wyprodukowane w Polsce), warto dodać, że gatunkowa różnorodność tych piratów, na pewno zachęcała grono kupujących. Chociaż ja nigdy nie byłem zwolennikiem płacenia w końcu niemałych pieniędzy za podrabiany towar, wychodząc z założenia że lepiej połowę ceny dopłacić i mieć oryginalny towar.

Jednak już tak około 2002 roku, przyszedł w sukurs ogółowi odbiorców, rozwijający się w ekspresowym wręcz tempie internet. A co za tym idzie sieć P2P, całe zastępy hostingów, torrenty, serwisy internetowe na czele z YouTube diametralnie podniosły poziom jakości pobierania plików. Natomiast coraz lepsze programy komputerowe do nagrywania płyt, spowodowały, że z łatwością samemu można nagrać płytę CD lub DVD warunkach domowych. Co w ostatecznym rozrachunku spowodowało, że kupowanie reprintów oryginalnych płyt, straciło jakikolwiek sens. A jak się rozwijało piractwo medialne muzyki w necie, to już może w następnym wpisie.  

sprzęt oprogramowanie inne

Komentarze