Google Stadia. Panie i panowie, Linux na poważnie wkracza na rynek gier

Strona główna Aktualności
Źródło: Google / GDC 2019
Źródło: Google / GDC 2019

O autorze

Przyszłość gamingu. Takim hasłem Google zachęcało do wzięcia udziału w swojej konferencji na GDC 2019, gdzie przedstawiono platformę strumieniowania gier, Stadia. Jasne, firma z Mountain View po prostu lubi szafować słowem przyszłość, wciskając je w kontekście każdej możliwej usługi. Ale w tym przypadku wyjątkowo muszę się zgodzić, choć z zupełnie innego powodu, niż chciałby tego gigant. Panie i panowie, Linux na poważnie wkracza na rynek gier.

Nie, prezentacja Stadii nie była dobra. Obok dobrej nigdy nie stała. Kpiny z pogrzebu. Google nawet hasłem reklamowym strzela sobie po stopach. „The future of gaming is not a box. It's a place" – głosi slogan. Równolegle Majd Bakar z Google, VP Project Stream, wychodzi na scenę i pompuje balonik teoretyczną mocą obliczeniową w postaci teraflopów. Z grubsza przedstawia też specyfikację serwerów, z kartą AMD Radeon wyposażoną w 56 bloków CU i pamięci HBM2 na czele. Strzelam, że mowa o jakimś lekko zmodyfikowanym wariancie Vegi 56. Ale to akurat nieistotne.

Choć pośmiać się można, bo jeśli ten sam Radeon RX Vega 56 ma odpowiadać za renderowanie gier w obiecywanej rozdzielczości 4K i 60 kl./s, a później jeszcze w 8K, to na Stadii zagramy chyba tylko we Flappy Birds albo inne hiciory z Androida. A zdaje się nie taki jest cel Google. Stop. Celem miał nie być także sprzęt. W końcu pudło nie jest przyszłością. No dobra, rozumiem, Google ma na myśli tylko takie pudło, które gracz musi ustawić w domu, obok telewizora czy monitora. Pokrętna logika.

Niestety, w całym tym quasi-sprzętowym wywodzie zabrakło kropki nad i, a mianowicie wymagań wobec łącza i cen. Dowiedzieliśmy się za to, że Stadia pozwoli nakładać rozmaite filtry na obraz, czy w prosty sposób podłączyć się do sesji gry transmitowanej przez inną osobę, na YouTubie.

Wprawdzie jestem ogromnym zwolennikiem idei strumieniowego przesyłania rozgrywki, ale niech nikt mi nie wmawia, że coś, co Nvidia testuje od roku 2013 jest przyszłością. I to tylko z powodu bardziej buńczucznej otoczki. O prezentacji Stadii i samej usłudze zapomniałbym pewnie równie szybko co Google o Lively. (Ktoś w ogóle pamięta, co to było?). Gdyby nie pewien szczegół.

Powered by Linux and Vulkan

Jak zadeklarował Phil Harrison, patrząc od strony programowej, Stadia jest w całości oparta na systemie Linux i wieloplatformowym środowisku programistycznym Vulkan. Tymczasem Google, jakkolwiek nieudolnie wypadałoby na prezentacjach, na pewno zainwestuje w projekt masę środków. Zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju musi odpowiednio przekonać deweloperów do współpracy. Jak? Ano choćby gwarantując swoje wsparcie, czy to finansowe czy twórcze. Na tej samej zasadzie producenci kart graficznych załatwiają sobie implementację autorskich rozwiązań.

Hipotetycznie, mając na uwadze szeroką kompatybilność, API Vulkan stoi przed szansą przynajmniej częściowego wypchnięcia z rynku DirectX 12. Skoro środowisko opracowane przez Khronos Group bez zarzutów działa pod wiodącym Windowsem, a Google załatwi czynnik motywujący, to dla wielu twórców Vulkan może stać się rozwiązaniem preferowanym. Upieką dwie pieczenie na jednym ogniu, zapewniając jednym zamachem obsługę zarówno Stadii, jak i dominujących Windows PC.

Przy okazji skorzystają linuksiarze. Im chyba nie trzeba uświadamiać, jak dobrze radzi sobie Doom na Steam Play, pomimo braku dedykowanej kompilacji dla Linuksa. Zgodność na poziomie API oznacza marginalizację warstwy translacji. Czy się rozmarzyłem? Nie zaprzeczę. Niemniej, przyznajcie, wizja wejścia pingwinka szturmem na rynek gier jest tym razem bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.

© dobreprogramy