Jak Microsoft chciał przejąć sieć Web – historia Internet Explorera, część I

Strona główna Aktualności
Strona pobierania Internet Explorera 8 z depositphotos
Strona pobierania Internet Explorera 8 z depositphotos

O autorze

Ostatnimi czasy coraz częściej słychać opinie, że grozi nam swego rodzaju powtórka z historii i przeglądarka Google Chrome stanie się nowym Internet Explorerem 6. Coraz więcej stron-aplikacji optymalizuje wyświetlanie wyłącznie pod kątem Chrome’a, niektóre funkcje (w większości naturalnie od Google) chce działać jedynie w Chrome, a wersje dla innych przeglądarek są ciągle „w drodze” – najwyraźniej bardzo długiej.

Chrome zawdzięcza swoją popularność nie tylko zjawisku „po prostu działa” i skromnemu, dopracowanemu interfejsowi. Popularyzacja Chrome’a przyspieszyła wraz ze wzrostem użycia smartfonów: wędrujące hasła, zakładki i historia szybko przyzwyczajają nawet najbardziej upartych przeciwników centralizacji. Pomogło też G Suite. Ktokolwiek używa narzędzi Google w pracy, zapewne już wie, jakie zalety dostarcza integracja platformy, wtyczki do komunikacji i podział na profile. Chrome staje się dzięki temu systemem w systemie i równoległą wobec Windowsa platformą. Przy takich tendencjach, wzrost popularności coraz trudniej powstrzymać.

Microsoft Internet Explorer zdobył niegdyś 90% rynku z obiektywnie odmiennych powodów, co jest podyktowane znacznie dawniejszym rokiem pochodzenia. Nie można tu mówić o rynku mobilnym, a za główną siłę pędną efektu kuli śniegowej, pchającej użytkowników w stronę IE, uchodzi rozpowszechnianie przeglądarki Internet Explorer z Windowsem od roku 1996. IE nie był jednak pierwszą na świecie przeglądarką i zanim stał się absolutnym standardem de facto, miał mocną konkurencję, którą musiał wykończyć. Zintegrowanie programu z systemem na pewno pomogło, ale konieczne było też przemigrowanie użytkowników, którzy zdążyli już zadomowić się w konkurenta, którym był wtedy Netscape. Należało zmusić ich do przeprowadzki za wszelką cenę.

Jak udało się to osiągnąć? W powszechnym przekonaniu, jest to efekt celowo błędnej implementacji standardów HTML wewnątrz IE. To niewątpliwie w pewnym stopniu prawda – ale co miałoby skłonić programistów do targetowania pod błędnie działającą przeglądarkę, której nikt nie używa? Coś wcześniej musiało rozpędzić wspomnianą „kulę śniegową”. IE według wielu internautów, zwłaszcza użytkowników Netscape’a, był marną namiastką porządnej przeglądarki, ale to być może przesadzona opinia weteranów. Czy jest więc możliwe, że Internet Explorer był po prostu… dobrym produktem? To trudne pytanie. Faktem jest jednak, że Microsoft miał mocno rozbudowany i zaskakująco ambitny pomysł na Internet. Owszem, nie był to pomysł ideologicznie słuszny, a obiektywnie patrząc był zapewne mało uczciwy. Opierał się bowiem o znaną i sprawdzoną politykę embrace-extend-extinguish. Zaskakującym może być zatem, że chyba nie było tak od samego początku…

Potoczna i coraz bardziej zapomniana historia IE zaczyna się mniej więcej tak: długo długo nic, potem skromne, nieśmiałe próby i nagle wielki Internet Explorer 4.0. Wg niej, Windows 95 nigdy nie zawierał przeglądarki internetowej, IE był możliwy do kupienia w pierwszej prymitywnej wersji jako element pakietu Plus!, a dopiero wersja 4.0 do czegokolwiek się nadawała i została dołączona do Windows 98. Tak opowiedziałoby tę historię wiele osób, oczywiście spośród grona tych, którzy cokolwiek w owej materii jeszcze pamiętają. Ale to niekompletna i błędna historia. Istotnie, 4.0 było gigantycznym zrywem i zdumiewającym swą skalą przedsięwzięciem technicznym, ale przełom miał nastąpić wcześniej. Świat miała zdobyć już wersja 3.0. To ciekawa hipoteza, zwłaszcza w świetle chronologii. Warto się jej przyjrzeć.

Misja „pokonać Netscape” rozpoczęła się na dobre w 1996 roku. Ze względu na ciągłe zmiany polityki, nie sposób nakreślić jednoznaczną chronologię projektu IE, ponieważ ulegał on gruntownym przeobrażeniom. Jednego dnia nowy Explorer miał być płatnym dodatkiem, kiedy indziej powłoką dla systemu Windows 96, a w efekcie ostał się jako zintegrowany program w odświeżonym wydaniu Chicago (OSR-2). Spinając ze sobą kilka wątków i wariantów owej historii przyjmijmy, że Microsoft pracował nad szerokim pakietem klienckiego oprogramowania internetowego, pod nazwą Athena. Projekt ten nosił znamiona odpowiedzi na dotychczasowe rozwiązania konkurencji. Był więc odtwórczy: nie stanowił żadnej nowej, atrakcyjnej propozycji rozwoju Internetu. Dzięki temu okazał się jednak całkiem przyzwoitą i „agnostyczną” przeglądarką WWW. Pakiet IE 3.0, poza porządną przeglądarką, zawierał obsługę ActiveX, Javę, program NetMeeting oraz uproszczony nowy czytnik pocztowy: Internet Mail and News. W pakiecie znajdowała się jeszcze jedna niespodzianka: obsługa mediów strumieniowych. Nie chodzi tu o Windows Media Playera, tylko o jego poprzednika – kontrolkę ActiveX do obsługi strumieniowanego formatu Windows Video. Microsoft nie słynął wtedy jednak z renomy w dziedzinie streamingu. Dlatego postawiono na zaskakujący dziś pragmatyzm i do IE3 dołączono odtwarzacz… RealPlayer. Prawdziwy. Od konkurencji (późniejszej). Było to oficjalną strategią do tego stopnia, że RealPlayer 4.0 został wkrótce potem zintegrowanym komponentem, zakopanym głęboko w czeluściach Windows 95. Tak stworzony pakiet internetowy był racjonalną, acz skromną alternatywą dla Netscape’a. Był programem zdecydowanie godnym polecenia nowym użytkownikom Internetu. Zresztą, nowicjusze byli tym bardziej zachęceni, skoro IE rozdawano za darmo, a konkurencja była (jeszcze) płatna. Posiadacze Netscape również niewiele traciliby, przechodząc na IE. Trzeci Explorer nie wytworzył jednak siły, która wywołałaby masową migrację, a konkurentów usunęła z kolektywnej świadomości. Spodziewano się, że IE 3 nie porwie tłumów i remedium na ów fakt zaczęto opracowywać jeszcze przed premierą owego pakietu.

Zanim ukończono Explorera w wersji 3.0, linia rozwojowa została już rozwidlona na potrzeby nowego projektu. Było to już dzieło innych ludzi o innej mentalności. Nie chcieli oni stworzyć rzetelnego gracza na rynku przeglądarek, co udało się z wersją trzecią. Chcieli nuklearnej opcji: gigantycznego pakietu, robiącego wszystko, co internetowe, który w dodatku wprowadza nowe API i zmienia domyślną powłokę (Pulpit) Windows. Niesławne przedsięwzięcie będące jednym z największych projektów klienckiego oprogramowania z Redmond, nazwano „Nashville”. Była to nazwa przechodnia, częściej używana w kontekście integracji z pulpitem, niż odnośnie samej przeglądarki. Pierwsze wersje próbne Nashville pochodzą jeszcze z 1996 roku, kiedy to złożono pierwszy prototyp Windowsa z nową powłoką. System zawierał bardzo wczesną wersję IE4, w praktyce niemal identyczną z betą IE3 (który również był jeszcze nieukończony!). Było to tak dawno temu, że sama baza (OS) była programistycznie starsza, niż Windows 95 OSR-2.

Z ocalonego prototypu możemy się jednak dowiedzieć kilku rzeczy – zanim wydano IE3, rozpoczęto pracę nad integracją powłoki, czyli nowym pulpitem. Może to prowadzić do mylnego przekonania, że taka integracja była początkowo planowana właśnie dla wersji trzeciej, ale drobiazgowe i zdumiewająco rozbudowane wątki na forum BetaArchive (kocham tych ludzi!) wskazują, że po prostu pierwsze wersje IE4 były trudne do odróżnienia od „trójki”. Drugą ciekawą cechą prototypu jest obecność programu typu PIM o nazwie… Athena. To również jest źródłem kontrowersji, związanych z terminem "Athena" padającym w dokumentach antytrustowych, ale wynikają one z błędnego interpretowania nazwy. Nie chodzi tu o program PIM zwany Athena, tylko o PIM dla projektu Athena – czyli dla IE3. Skoro nigdy później już o nim nie usłyszeliśmy, wniosek jest prosty: nie zdążono z programem PIM dla Internet Explorera 3.0, więc wydzielono z niego w miarę gotowe komponenty i wydano je jako Internet Mail i Internet News. Tymczasem rozwój programu PIM wcale nie zakończył się na prototypowej Athenie, trwał nadal i wkrótce później powróci on do obrazka, w zaskakującej i dziwnej formie. Nazwa „Athena” będzie się wtedy odnosić już tylko do modułu PIM. Ale o tym później.

Prototyp systemu Nashville został porzucony na poczet drugiego wydania Windows 95, skoncentrowanego na obsłudze nowoczesnego sprzętu, a nie Internetu. Nie dałoby się wydać w jeden rok trzech nowych Windowsów, więc reewaluowano priorytety. Prototyp nowego systemu zmienił się wówczas w paczkę „Nashville Plus Pack”, czyli może-płatny-a-może-nie dodatek do Windows 95, który z nowotworową gorliwością wżera się w system, podmienia jego pulpit, wdraża serię API zależnych od przeglądarki internetowej i w konsekwencji orientuje całe środowisko graficzne wokół Internet Explorera i narzędzi przybocznych. Zespół „systemowców” z Redmond uparcie pracował nad dostarczeniem obsługi nowego sprzętu, co mogłoby opóźnić premierę nowych Okien o wiele miesięcy. Dlatego Nashville, obiektywnie docelowo przeznaczony do toksycznego i nierozerwalnego związku z pulpitem Windows, musiał radzić sobie jako „samobieżna” paczka, modyfikująca system, który już istnieje na rynku. Wydano kilka jej testowych wersji. W końcu ktoś jednak zauważył, że lepiej opakować całość pod nazwą „Internet Explorer 4.0”, a nie pchać ludziom pakę internetową nieznanego przeznaczenia, w której przeglądarka jest tylko jednym z elementów. W konsekwencji tej decyzji, Plus Pack zniknął, a jego miejsce zajęły kolejne migawki „Technical Preview” pakietu IE4. Skoro mieliśmy na początku mówić o tym, że Microsoft miał ciekawy pomysł na Internet, to teraz wreszcie zaczniemy. Wewnątrz próbnych wersji czwartego Explorera kryją się bowiem cuda i niesamowitości. Najpierw omówmy te oczywiste, by zeszły nam z drogi, gdy będziemy rozprawiać o najciekawszych.

Kilkusetmegabajtowy instalator zestawu „Internet Explorer 4.0 Platform Preview” najpierw aktualizował sam system operacyjny. Na przykład Panel Sterowania wzbogacono o Harmonogram Zadań, a więc dość dziwny dodatek do przeglądarki internetowej. Wynikało to z faktu dołączenia Harmonogramu do dodatku Plus! dla Windows 95, czyli pierwszego medium dystrybucji IE. To naciągane wyjaśnienie pozwalało usprawiedliwić późniejsze władowanie w instalator szeregu programów pobocznych. A było ich sporo, wszak chodzi tu między innymi o zestaw dostawców danych ODBC, model DCOM, kontrolki automatyzacji OLE, klasy Microsoft Foundation Classes (!) i sterowniki dostępu do baz danych MDAC. To bardzo przydatne aktualizacje systemu, ale niekoniecznie związane z Internetem. Przynajmniej dopóki nie stanie się jasne, jaki jest cel wprowadzania owych narzędzi podczas instalacji IE.

Odpowiedź czai się zupełnie gdzie indziej, bo w pakiecie Visual Studio 97: IE aktualizuje pół Windowsa aby umożliwić tworzenie aplikacji wykorzystujących czysto Windowsowe technologie (jak DCOM, Access, ActiveX, ODBC, Scripting Host), ale rozprowadzanych i uruchamianych przez przeglądarkę. Tak stworzona aplikacja WWW, wykorzystując malutki łącznik ActiveX, sięgnie po technologię-klej, otwierającą jej dostęp do oprogramowania na komputerze z Windows 95. Taka sama strona internetowa, uruchomiona w Netscape nie zadziała i najwyżej wyświetli poprawnie swój dokument DOM/HTML. Będzie to sprawiało wrażenie, że Internet Explorer jest lepszą przeglądarką, pozwalającą na uruchamianie potężniejszych aplikacji, podczas gdy w praktyce dokument WWW był jedynie wymówką do zawołania kodu wykonywalnego ActiveX i sięgnięcia do tradycyjnego oprogramowania. Finalnie, wszystkie strony internetowe miały być „wzbogacane” o funkcjonalności wyprowadzane w ten sposób, w konsekwencji czego Internet Explorer zdobyłby stuprocentową dominację. Bezsprzecznie taki był plan i takie były powody hojnego aktualizowania systemu „za darmo” o szereg nowych technologii. Nie chodziło tylko o to, że na pulpicie jest niebieskie E i skoro ono tam jest, to wszyscy będą go używać. O nie – dokładnie zaplanowano politykę migracji przez zmęczenie.

Na przykład administratorzy „zaktualizowanych” systemów (niektórzy…) bardzo docenili nowe możliwości automatyzowania zadań w Windows za pomocą interpretera skryptów Windows Scripting Host. Również wprowadzonego do systemu wraz z IE i oczywiście również z wymówką, która miała pozwolić przymknąć na to oko. Bo przecież strony internetowe wykorzystują JavaScript, prawda? Zaimplementujemy go! Ale przy okazji stworzymy też konkurencyjny język, podobny do naszego innego produktu: Visual Basic. A następnie oba owe języki odrobinkę rozszerzymy, żeby mogły gadać (przez WSH) z systemem operacyjnym… Oczywiście, Visual Basic będzie umiał odrobinę więcej, niż JavaScript. Cóż za wygoda! Explorer obsługuje skrypty, zupełnie jak konkurencja, ale nasze skrypty mogą przy okazji połączyć się z bazą danych na komputerze, dostarczyć oprogramowanie, wyciągnąć coś z Windows, przesłać treści do Excela itd. Więc lepiej od razu tworzyć te „bogatsze” skrypty i projektować strony pod kątem Internet Explorera. A jak ktoś powie, że to jawne naciąganie, to powiemy, że przecież administratorzy się cieszą! Przecież silnik Skryptów Windows to doskonałe narzędzie i zwykły rozsądek podpowiada, by było dostępne przez przeglądarkę. Wszak wchodzimy w erę Internetu. Zresztą Netscape zawsze może zaimplementować swój własny model skryptów, zdalnego zarządzania, przestrzeni nazw, interfejsów programistycznych, środowiska kodowania i interoperacyjności opartej na nieudokumentowanych protokołach chronionych patentem i dołączyć za darmo do swojej przeglądarki! Kto im broni? W tydzień się wyrobią.

Wróćmy do naszego instalatora. Aby użytkownik przypadkiem nie zapomniał, że zainstalował właśnie IE i koniecznie musi zacząć natychmiast go bez przerwy używać, instalator Internet Explorera po zaktualizowaniu systemu podmieniał również pulpit. Przestrzeń pulpitu miała być traktowana jako aktywna aplikacja internetowa, jedna z wielu. Na tej samej zasadzie, jak kafelek „Pulpit” z Windows 8 (i jest to faktycznie bezpośrednia kontynuacja właśnie tego pomysłu) jest tylko jedną z „aplikacji” dostępnych w systemie. Dlatego jako tapetę można było ustawić stronę internetową, a do samego pulpitu przypiąć pływające, adaptowalnych rozmiarów gadżety stworzone z wykorzystaniem technologii internetowych Visual Studio ($499). W ten sam sposób, za aplikacje WWW uznawano np. foldery. Od teraz kolejne foldery nie uruchamiały się w nowych oknach, tylko wszystkie w jednym, przechodzenie między nimi odbywało się tak samo, jak przechodzenie na kolejne strony z wykorzystaniem hiperłączy. Widok każdego folderu można było dostosować, przypisując mu opcjonalny „styl”, wyrażony dokumentem HTML-MHT. W ten sposób folder Moje Obrazy zawierał na przykład mini-podgląd klikniętego obrazka, a katalog systemowy Windows ukrywał pliki systemowe i zasłaniał niektóre widoki planszą „te pliki są systemowe i nie ma potrzeby ich modyfikować”. W prawej krawędzi ekranu czaił się z kolei Pasek Kanałów, niedocenianego poprzednika protokołu RSS, w postaci zestawu cyklicznie aktualizowanych kafelków (to też powinno brzmieć znajomo). Okna folderów były oczywiście rysowane Internet Explorerem i było to niemożliwe do zmiany, celowo, wskutek decyzji projektowych. Dzięki temu nawet osoba nieposiadająca Internetu, na co dzień korzystała z Internet Explorera. Ponownie zastosowano wymówki: przeglądanie systemu plików i nawigacja w Internecie mają być konceptualnie zbliżone i aby to unaocznić, menedżer plików został zintegrowany z przeglądarką WWW. Strony internetowe korzystają z metodyki opisu dokumentów i funkcjonalności zależnej od treści – zupełnie tak, jak zawartości folderów u użytkowników są zależne od specyfiki danych, które w nich gromadzą. Podobnie Pomoc, ze swoimi stronami, piktogramami i odnośnikami, jest formatem doskonale podatnym na konwersję do postaci HTML. Więc wicie, rozumicie, przeglądarka WWW rysująca pół systemu to po prostu nieunikniona konieczność. Totalnie zrobilibyśmy to sami, gdyby Netscape’a nie było. Yadda-yadda. Cel powstania Active Desktop – bo tak nazywał się mechanizm integracji pulpitu – był jasny, a metody dotarcia do niego, niekoniecznie jawnie nielegalne (jeszcze) na pewno nie były uczciwe. Non omne quod licet honestum est.

Niewiele komponentów Internet Explorera, aktualizujących sam system, robiło to w akcie przyzwoitości typu „przydałoby się, żeby to jednak działało na komputerze podpiętym do sieci”. Były jednak elementy, na których obecności korzystało więcej programów, niż tylko Microsoft Internet Explorer 4.0. Należały do nich takie kwiatki, jak aktualizacja stosu TCP/IP, nowy podsystem sieciowy Windows Sockets, zaktualizowany Dial-Up Networking, obsługa ISDN, połączeń bezpośrednich przez kabel szeregowy (czemu nie!?) oraz groteskowo dziurawy i nieskuteczny VPN. Wspomniany VPN korzystał z kolei z mechanizmu Bezpiecznego Kanału Komunikacji (Secure Channel, schannel), czyli obsługi KRB, SSL i modelu certyfikatu PFX. Możliwość uniwersalnej komunikacji szyfrowanej, nie tylko przez IE, stawała się dzięki temu zwyczajną funkcją Windows. Microsoft również robił z niej użytek, tworząc na przykład Micosoft Wallet (ale nie ten, tylko tamten poprzedni), czyli gotowy mechanizm przechowywania, bezpiecznej wymiany i automatycznego uzupełniania informacji weryfikujących tożsamość. Taki menedżer haseł, „keyring”, webowe SSO i autouzupełnianie w jednym. Biorąc pod uwagę jakość zabezpieczeń w VPN oraz olbrzymie dziury w bezpieczeństwie samego IE (pierwsze wydanie 4.0 pozwalało stronom internetowym pobierać pliki z komputera użytkownika i odczytywać dane z systemu plików i rejestru. Były to celowo stworzone i głośno reklamowane funkcje, tylko ktoś zapomniał trochę je ograniczyć), stosowanie tego rozwiązania np. do trzymania danych o karcie kredytowej brzmi.. ekstrawagancko. No ale przynajmniej do Windows zawitała obsługa certyfikatów. To dobra wieść. Innymi, mniejszymi narzędziami niestworzonymi tylko dla IE były Kreator Połączeń Internetowych, rozwiązujący problem „OK, mam ten kabel i co teraz?”i Kreator Publikacji w Sieci Web, pozwalający eksportować stworzone (w czym? O tym za chwilę) strony internetowe. Ten ostatni miał szczególny dar do instalowania się w kilku wersjach, cichego nadpisywania nowszych wersji starociami i przesyłania haseł przez Internet bez szyfrowania. Jego tysięczna wersja jest obecnie częścią Visual Studio

Poza zakamuflowanym zestawem narzędzi podmieniających pół systemu bez pytania, rozszerzono też dość mocno systemową obsługę multimediów, zwłaszcza strumieniowych. Tutaj Microsoft był dość słaby i nie posiadał zbyt wielu własnych rozwiązań. Dlatego tam, gdzie nie dało się wygrać siłą, należało symulować firmę przyjazną klientowi: dodać szeroką gamę kodeków firm trzecich, by użytkownik końcowy miał jak najmniej problemów z otwieraniem różnorodnych strumieni w sieci. Oczywiście przebierano nogami, by je wszystkie wywalić i wprowadzić tylko Windows Media Playera, odtwarzającego strumienie nadawane z Windows Server, ale proces ten zachodził powoli. Dlatego tutaj IE udawał grzecznego konkurenta. Z dobrym skutkiem: dobrym dla zjawiska konkurencji, ale nie dla planów światowej dominacji.

W kategorii „multimedia i doznania graficzne”, instalacja IE dodawała więc filtry graficzne i kodeki dla formatów GIF, JPEG, TIFF, ART i kilku innych jak bliżej nieznany format wektorowy VML, rzekomo autorstwa Microsoftu. Aktualizacji poddawano również czcionki (wprowadzając paletę dodatkowych czcionek wektorowych) oraz mechanizm ich wygładzonego rysowania (Uniscribe), również w kodowaniu UTF (za co odpowiadała warstwa Unicode) i pokaźny zbiór edytorów IME dla języków wschodnioazjatyckich. Potem przychodził Odtwarzacz Multimedialny (pierwsze wersje WMP miały spolszczoną nazwę! Własną nazwę dla Odtwarzacza stosują również, do tej pory, Francuzi) i kodeki ActiveMovie/Windows Video/Windows Media. Ale nie tylko. Pojawił się też skromny podzbiór kodeków Apple QuickTime, VDO Live, Voxware MetaSound (czy ktoś kiedykolwiek o tym słyszał…?), Intel Indeo oraz program RealPlayer, ponownie w całości. Microsoft widział jednak, że ów program nieprzyjemnie puchnie i wyświetla reklamy, więc równolegle z RealPlayerem, instalator dostarczał pęk kodeków i filtrów wydobytych z owego odtwarzacza, ujętych jako dekodery dla Windows Media Playera.

W ten sposób możliwe stało się otwieranie plików RealMedia w systemowym Media Playerze. Niecały rok później, wewnątrz instalatorów IE nie było już śladu ani po jednym, ani po drugim. Format RealMedia królował jako standard de facto transmisji internetowych, a konkurencyjny Windows Media Services budował swoją markę głównie w niszowych zastosowaniach korporacyjnych. Wypłynął dopiero w okolicach zmierzchu RealPlayera, który zdążył sobą już wszystkich zdenerwować i wraz z ShoutCast był przez lata główną platformą do tworzenia radia internetowego. Do mediów nienadawanych na żywo powszechnie używano kontenera FLV. Inicjatywa Microsoftu, polegająca na dodawaniu kolejnych kodeków do WMP, by docelowo wymusić stosowanie tylko jednego – własnego (jak z Wordem) nie wypaliła. Zaniedbanie Windows Media i śmierć Silverlighta wyautowała Microsoft z wyścigu na multimedia, do którego już nie potrafi z powrotem dołączyć.

Ostało się jednak kilka innych komponentów firm trzecich: wtyczki dla Shockwave, Flasha (obie spakowane przez Lisę Gelobter!) i formatu graficznego „AOL Art”. Ponieważ internetowe multimedia nie były jeszcze dziedziną okrzepłą i skostniałą, na rynku walczyło ze sobą sporo formatów o których dziś nikt już nie pamięta. Dobrym przykładem jest tutaj VRML. Był to język opisu trójwymiarowych obiektów dla grafiki 3D. Taka wirtualna rzeczywistość dla spalinowych komputerów z kineskopowymi monitorami. Internet Explorer obsługiwał ten format, instalując kodek VRML, oczywiście cudzy. PLATINUM WorldView, czyli paczka InstallShield, opakowana z plikiem odpowiedzi w zbiór CAB instalowany przez EXE o nazwie „MSVRML” dostarczała obsługę wirtualnej rzeczywistości do systemu Windows 95. VR to coś, o czym słyszę od dzieciństwa. Od lat technologia VR ma się czaić „tuż za rogiem”. Odrażające hełmy wirtualnej rzeczywistości wywołujące padaczkę od migotania, krwawoczerwone konsole do gier błagające o iluzję 3D, rozszerzone rzeczywistości, wspomagane gogle… i jakoś ciągle nie widać tej rewolucji. „Gdzie są moje latające samochody!?”.

Microsoft również wypatrywał owej rewolucji, zresztą VRML otrzymał standaryzację ISO, ale uparcie nie nadchodziła, czemu na pewno nie pomagały ciasne wtedy łącza modemowe. Sami autorzy VRML zdecydowali się porzucić projekt i opublikować źródła. Można próbować patrzeć na tę kwestię jak na akt wyprzedzenia swoich czasów: Internet Explorer obsługiwał wirtualną rzeczywistość dwadzieścia lat przed powstaniem rzeczywistego standardu w owej materii, jakim dziś jest WebVR. Ale bliższe prawdy będzie patrzenie przez pryzmat podejścia do kodeków: gramy na czas, dorzucamy wszystko, a w międzyczasie pracujemy nad własnym. Z 3D się nie udało, ale popularyzacja 3D nie udała się dotychczas nikomu.

Tu kończy się lista niewidzialnych dodatków, związanych z Internet Explorerem. W następnej części: aplikacje!

© dobreprogramy