Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Walka tysiąclecia - czyli Maxiowy Kącik Recenzji

Dzisiejszego wieczoru czeka nas nie lada widowisko. Naprzeciw siebie staną dwa urządzenia z całkiem różnej półki, z całkiem innego świata – niczym dwaj bokserzy z innej wagi, albo nawet nie bokserzy, a dwaj przedstawiciele różnych stylów walki. Ale żeby nudno nie było – to rozpocznijmy tę walkę!

W lewym narożniku wraży, acz niewielki karzełek. Netbook Asus Eee PC 1225B. Ważący liche kilkaset gramów jest przedstawicielem najnowszych serii netbukowych. To znaczy, że mocne są skubańce, a wciąż malutkie. Powera „to to” ma tyle, co 3 letni laptop, więc jest co podziwiać.

W drugim narożniku prawdziwa gwiazda ostatnich miesięcy – Ultraboooooook od Toshiby: Portégé R930-10P. Ponownie jednak nie byle co, bo 14 calowy potwór z napędem DVD. Rzadkość w klasie ultra.

r   e   k   l   a   m   a

Porównanie Ultrabook vs Netbook.

W gruncie rzeczy nie ma ono sensu. To tak jakby porównywać Golfa do Maserati. Różne kategorie cenowe, różne kategorie odbiorców, ale…

Niestety ostatnio często słyszę pytania skonfundowanych znajomych: Co kupić? Ultrabooka czy netbooka? Ja przeważnie robię wtedy: WTF! A potem spokojnie tłumaczę, co jest czym i jaki chleb należy wybrać do tego smalcu.

Krótka dygresja: Gdy dwa lata temu kupowałem laptopa, sieć buki jeszcze raczkowały. Atomy wciąż były w powijakach i choć wielu mówiło, że można zrobić na nich wszystko, to każdy maluch miał poważne problemy z otworzeniem większej strony. Z tego właśnie powodu wybierając mobilny sprzęt musiałem poprzestać na 13-calowym HP z serii ProBook.

Ostatnio ofensywa Intela oraz Microsoftu w związku w W8 pokazała jednak ludziom pospolitym – czyli nie takim co to rozróżniają Giga Ramu od Giga Dysków – że istnieje jakiś nowy rodzaj laptopa, który nazywa się ultrabook i najwyraźniej jest on trendy. Zniknęły więc praktycznie z oferty 13-14 calowe machiny (nie do końca prawda), a ich miejsce zastąpiły urocze, ultra mobilne i uch jak wspaniałe produkty pod znakiem „U”.
U jak Marketing.

Tak więc mamy tanie netbooki, które kuszą swoją ceną i mamy ultrabooki, które kuszą nas reklamami i wspaniałymi informacjami o ich wspaniałym czasie działania, wspaniałym rozmiarze i wspaniałym nowym systemie. Nie dziwię się, naprawdę, że ludzie mają mętlik w głowach. Chcą mały komputer, który będzie lekki i świetnie posłuży im do czatowania na facebooku i nie wiedzą, o co chodzi z całym tym nazewnictwem, kombinowaniem i procesorami. Bo kto by to zrozumiał.

Dlatego dzisiejszego wieczoru pretendentów - do tytułu najlepszy mobilny laptop - mamy dwóch.

Niech więc walka się… rozpocznie!

Runda pierwsza – rozmiar

Tutaj bez wątpienia pierwszy cios zadaje Asus oraz jego netbook. Przepiękny prawy sierpowy, czyli waga zamykająca się w 1440 gramach, niczym nieskontrowany. Toshiba, mimo iż ultra mobilna to jest przedstawicielem klasy dosyć sporej, bo aż 14 calowej i waży… aj, to była zmyłka i Portégé wyprowadza rewelacyjny cios - zatrważające 1,5 KG!

Biorąc oba sprzęty do ręki trudno powiedzieć, który jest cięższy. Wizualnie wygrywa Ultrabook – jego naprawdę cienka konstrukcja wydaje się ważyć mniej. Eee PC jest mniejszy o dwa cale, przez co bardziej „zbity” i sprawia wrażenie cięższego, bardziej masywnego, choć waga pokazuje coś całkiem odwrotnego.

Runda druga – wygląd

Walka wydaje się być wyrównana do tej pory, ale jak to będzie dalej. Tym razem atakuje Toshiba. Jej smukłe kształty są porywające. Publika szaleje na widok cięć i chromowanych elementów zdobniczych. Do tego poza touchpadem nic nie łapie odcisków palców. Rewelacja. Pod takim gradem ciosów ASUSowi będzie trudno się obronić. Faktycznie, widzimy pierwsze luki w twardej, jakby się wydawało, obronie netbooka. Obły kształt, niezmieniony od blisko 3 lat może i robił wrażenie, ale na przedpotopowych gadach! Na szczęście dla miłośników mniejszych rozmiarów mam dobrą wiadomość, 12-calowy maluszek ustał na nogach dzięki uniwersalności i matowej obudowie. Tu również ani jednego odcisku palca. Czyżby wreszcie firmy robiące laptopy poszły po rozum do głowy?

Oj nie do końca – tuż przed gongiem kończącym rundę Portégé zachwiał się i pozwolił rywalowi na mocniejsze przywalanie.

Ku memu zaskoczeniu „chromowane” przyciski gładzika zbierają odciski palców jak odkurzacz okruszki, przez co zamontowany między nimi czytnik linii papilarnych wydaje się być lekko ironicznym dodatkiem.

Nie mniej ostateczne zwycięstwo jest po stronie Toshiby z racji średniego wykonania ASUSA... Boczne panele się gną i strzelając pod naciskiem palców. U rywala, takich zachowań nie uświadczycie.

Runda trzecia – klawiatura

Tym razem pretendenci jakby trochę spokojniej podeszli do sprawy. ASUS w swoim netku zamontował klasyczną już klawiaturę – kto pracował na niej ten wie, iż jest ona naprawdę przyjemna mimo niewielkich rozmiarów. Z drugiej strony bardzo ostrożne ruchy Toshiby – spore odległości między klawiszami, dobry układ, nie mniej coś cały czas wydaje się być z naszego komentatorskiego stanowiska nie tak. Wysokość klawiszy… to znaczy nie wysokość od podstawy ale wysokość w osi y. Jest za mała. Czyli są zbyt niskie, przez co przestawienie się zajmuje dużo czasu i generuje dużo błędów.

Takiej sytuacji Eee PC nie przepuści i szybkim atakiem zdobywa przewagę.

Przerwa

Pozwolę sobie w tym momencie na krótką przerwę i dygresję. Chciałem się zastanowić nad tym, po co ludziom są potrzebne małe laptopy.

Pierwsze co przychodzi mi na myśl to podróż – i jest to całkiem logiczne. Pociąg, samochód, wyjazd służbowy. Branie ze sobą 15 calowego ważącego 2,5 kg bydlaka z osobną torbą, zasilaczem, myszką i ściereczką do ekranu nie jest ani wygodne, ani w żaden sposób mobilne.
To właśnie ludzie przemieszczający się nagminnie doprowadzili do miniaturyzacji laptopów – co wydaje się być naturalną ewolucją tego sprzętu. W końcu w gruncie swej konstrukcji ma funkcje przenoszenia. Ustalenie jednak pewnej standardowej granicy na 15 calach i wprowadzenie większych rozmiarów doprowadziło do nowego postrzegania notebooków. Jako wygodnych komputerków zajmujących mało miejsca. Stąd wspomniana przed chwilą miniaturyzacja wymuszona przez biznesmenów była na pewno potrzebna.

Ale… już od lat pojawiały się 13-, a nawet 12-calowe niewielkie laptopy (na przykład rewelacyjne i wciąż chwalone ThinkPady z serii X). Ani Apple, ani ASUS z ich pierwszymi maluszkami nie byli pierwsi… jako pierwsi dali to zwykłym ludziom. Trochę jak legendarny Ford i model T. Studenci oraz pięknisie z małymi torebeczkami mogli zabierać ze sobą komputery, których moc obliczeniowa była niewiele większa od porządnego kalkulatora, ale zawsze dało się Sapera uruchomić.

Niestety – gdzieś po drodze pojawiła się „moda” – głównym winowajca jest bez wątpienia Apple oraz ich Air, który stały się synonimem małego, ale i wydajnego sprzętu. Eee PC trochę na tej fali pojechał, ale bez mocy pod pokrywka było ciężko. Netbooki, gdyż tak nazwano nową klasę, zyskały miano kiepskich i słabych… i jak sama nazwa wskazuje służyły jedynie do przeglądania Internetu.

W dzisiejszych czasach dużo lepiej robią to tablety i smartfony. Siedmiocalowy Nexus, którego koszt wynosi około 900 polskich złotych jest bez wątpienia lepszym w oglądaniu treści sieciowych niż dowolny laptop. Nie mówiąc o produktach z wyższych półek cenowych.

A praca? To pytanie powraca niczym bumerang – a ja odpowiadam jak zawsze: a jak wygląda Twoja praca na komputerze? Piszesz programy? Generujesz rendery? Obliczasz skomplikowane układy pierwiastków? Czy może sam nie zauważyłeś, że przez 95% czasu używasz komputera do przeglądania Internetu lub obsługi prostych programów. Chcesz popisać? Dokup klawiaturę do tabletu…

Więc po co dzisiaj ludziom małe laptopy? Bo nie widzą czego chcą, bo marketing im je wciska, bo reklamy robią swoje – a skoro każdy może mieć komputer stacjonarny, normalnego laptopa, tablet i smartfona, to czemu nie wcisnąć im jeszcze mały laptop… taki do podróży.

Runda czwarta – ekran

Po przerwie obaj pretendenci do tytułu najlepszego małego laptopa weszli pewni siebie na ring, lecz w mgnieniu oka ta runda została rozstrzygnięta. Toshiba natychmiast uderzyła niesamowitymi kolorami na jej ekranie. Cudeńko… Nieodblaskowe, podświetlane LEDami, cieniutkie i niesamowite. Ok, może nie aż tak niesamowite, ale stawiając R930-10P przy ASUSie ma się wrażenie, że te ekrany dzielą nie tyle lata świetlne, co lata ultra świetlne (i tak, wiem, że lata świetlne to miara odległości).

Netbook mimo wszelkich starań po prostu nie umywa się. Jest niby ok, ale w porównaniu bezpośrednim blednie.

Runda piąta – czas pracy na baterii

Tutaj możemy zerknąć na specyfikację obu produktów i po prostu ją przepisać, ale nie, to było by za łatwe. Nie mniej czasu na gruntowny test nie mamy – więc zrobimy krótkie podsumowanie rundy.

Wow.

Zarówno ASUS jak i Toshiba radzą sobie wyśmienicie nawet bez wyłączania dodatkowych elementów. Mówimy tu o 5-6 godzinach pracy tekstowo-internetowej przy przyciemnionym ekranie. Filmiki na Youtube zmniejszają znacząco liczby, ale wymiana ciosów według mnie jest równa z nieznaczną korzyścią dla Ultrabooka. W trybie oszczędzania energii jest bardziej żwawy – co odbija się nie tyle na czasie pracy urządzenia, a na naszej psychice. Nic tak nie wkurza jak czekanie pięciu sekund aż Facebook przewinie się w dół.

Runda szósta – touchpad

Gładzik – jak kto woli. Tutaj od samego początku Toshiba ruszyła z ogromną gamą ciosów wymierzonych w rywala.

Ładny, czuły, z wyraźnym oporem pod palcem – przez to nie ma obecnego w niektórych laptopach dziwnego poślizgu. Taki właśnie jest Portégé. Co prawda metaliczne przyciski świeca się jak psu… i czytnik linii papilarnych pośrodku przycisków, a do tego same linie papilarne widoczne gołym okiem na chromowych, świecących jak psu… metalicznych przyciskach.

ASUS niestety nie ma tutaj czym się pochwalić tylko solidną obroną. Powierzchnia jest śliska, ale dokładna. Przyciski chodzą ciężko, ale przyjemnie. Wszystko jest takie normalne, ale solidne i porządne. Mimo gradu ciosów od przeciwnika, mały netbook jakoś się utrzymał. Nie mniej słania się już na nogach.

Kolejna przerwa – tym razem na reklamę.

Runda siódma – crap-programy

Mobilne laptopy już ledwo trzymają pion, ale wciąż walczą. Crapware - to bez wątpienia będzie decydująca runda!

… i faktycznie od samego gongu Toshibowy zestaw wydaje się być trochę przerośnięty. Chrome, Skype, trial antywirusa i programy do obsługi kamery, dysku i WiFi można zrozumieć. Przydają się zwykłemu śmiertelnikowi a i system nie startuje znacząco dłużej. Kobyła Nero przechyla szalę zwycięstwa w stronę Asusa. Ten z kolei ma się wcale nie lepiej. Dwie zbędne i głupkowate gry, reszta to na szczęście programy obsługujące urządzenia zamontowane i inne bajery. W praktyce 20% softu mogło wylecieć. Ku memu zaskoczeniu – jako komentatora – czas uruchamiania się obu komputerów był akceptowalny. Czyżby problemy z crapem były obecne tylko w zwykłych 15-calowcach?

Ale cóż to! Tuż przed gongiem potężny cios zadał Portégé. Coś niesamowitego. Naprawdę wspaniałe oprogramowanie obsługujące klawisze funkcyjne sprawi,a że ich obsługa to czysta przyjemność i można naprawdę dużo z nimi zrobić. Eee PC leży na deskach.

Runda ósma – praca i zabawa

Przed nokautem w poprzednim starciu ASUSa uratował dźwięk gongu, ale czy tym razem ujdzie mu na sucho fakt, że jest netbookiem?

Przeglądanie Internetu obu pretendentom do zwycięstwa szło wyjątkowo dobrze. Choć moc Toshiby dawało się okazjonalnie odczuć, to wrażenia nie odbiegały od siebie. Oba laptopy są żwawe i starczają do aktualizowania statusów na Facebooku, czy też czytania wiadomości na Onecie.

Pierwsze schody pojawią się przy YouTube – Portégé wygrywa dzięki rewelacyjnemu ekranowi oraz płynności odtwarzania filmów w jakości HD. Tutaj ASUS, choć jakoś specjalnie nie kuśtyka, potrafi wystawić naszą cierpliwość na próbę. Zwłaszcza, gdy odpalimy pięć zakładek, w których coś zacznie się buforować. In plus trzeba przyznać, że brak mocy odczułem dopiero, jak wróciłem do Eee PC po testowaniu Toshiby. Wcześniej jakoś nie przeszkadzało mi to.

Obróbka dokumentów i arkuszy kalkulacyjnych nie odbiega niczym od siebie – jest równie niemrawa i nieprzyjemna z racji rozmiaru matrycy. Jeśli jednak komuś to nie przeszkadza to sobie poradzi.

Ostatni cios w tej rundzie należy jednak, co oczywiste, do ultrabooka, który jest w stanie odpalić większą liczbę gier. Oczywiście nie mówimy tutaj o nowym Assassin Creed, czy NAWET XCOMie, ale ASUSowa gama gier jest znacząco mniejsza.

Podsumowując, Intel 4000 + i5 w Portégé tę rundę wygrywa, ale netbook przyjął ciosy po męsku i nie upadł.

Runda dziewiąta – wrażenia ogólne

Trochę pracy, przekładania, pisania i aktualizowania Windowsa 7

Ultrabook zrobił na mnie piorunujące wrażenie. O tak. Liczne silne ciosy w postaci wagi, ekranu i czasu pracy na baterii mocno zachwiały pozycję ASUSa. Nie mniej, tym co mnie mocno zaskoczyło było to, że aktualne netbooki wcale nie są takie netowe jak dwa-trzy lata temu i w zupełności mogą służyć jako normalny sprzęt – ot, tylko tyci mniejszy.

Toshiba jest więc lekka, ładna, zwinna i energooszczędna. Cena jednak zbija z nóg nie tylko bokserów, ale nawet mnie – cztery tysiące złotych.

W tym samym czasie Eee PC cichutko zakrada się z boku i… waży tyle samo, jest trochę mniejszy, nie ma co prawda napędu DVD, wielkością bije wszystko na głowę i spokojnie radzi sobie w codziennym użytkowaniu unikając zgrabnie silnych argumentów rywala. A koszt? 1300 złotych brzmi prawie jakby dawali go za darmo.

Koniec

Minęło ledwie kilka tygodni od momentu, w którym dostałem w swe łapki obie machiny, ale mogę już z ręką na sercu podsumować tę walkę.

Wygrał – nikt

Och tak, to co było do przewidzenia - stało się. Choć przyznaje bez bicia, iż to właśnie Toshibę chciałbym mieć na swoim biurku na stałe, to jednak ten smukły kształt nie jest wart dodatkowych 3000 zł. Z drugiej strony… jeśli było by mnie stać...

Więc radę mam dla Ciebie drogi czytelniku prostą.

Jeśli chcesz mobilnego laptopa weź netbooka. Jeśli chcesz mobilnego potwora, któremu przyciski świecą się jak psu… i potrzebny ci jest i5, choć sam nie wiesz po co, bo granie na tym sprzęcie jest pomysłem poronionym, weź ultrabooka.

Pamiętaj tylko, że choć podobnie jak Golf i Maserati to w gruncie rzeczy pojazdy z czterema kołami, to jednak różnica jest ogromna.

A jeśli chcesz przeglądać wyglądnie internet, czasem w coś pograć i okazjonalnie w pociągu oglądnąć film... kup sobie tablet.
 

urządzenia mobilne

Komentarze