Metoda Takahashi, czyli PowerPoint uznany za szkodliwy

Strona główna Aktualności
Metoda Takahashi, czyli „PowerPoint considered harmful” ( Pixabay)
Metoda Takahashi, czyli „PowerPoint considered harmful” ( Pixabay)

O autorze

Prezentacje to zdumiewająco częsta, nierzadko błędna, metoda komunikacji na płaszczyźnie zawodowej. Treść wielu pokazów i zebrań jest celowo kondensowana i dostosowywana do formuły slajdowej, prezentacje nierzadko zastępują inne dokumenty, czasem nawet specyfikacje i schematy(!). Sztuka prezentowania, talent niedany każdemu, bywa przez twórców prezentacji uznawana za kwestię wtórną względem jakości lub (co gorsza) ilości treści na slajdach.

Przeklęte narzędzie do wszystkiego

Możemy więc nieco zaczepnie skonstatować, że w pewnych kręgach panuje Terror PowerPointa, wymuszający tworzenie prezentacji opartych o... „prezentacje” (pokazy slajdów). Prowadzi to nieuchronnie do błędnego koła spadku jakości: wadliwa formuła negatywnie wpływa na treść, przez co demoralizuje autorów, obniżających loty jeszcze bardziej. Szczególnie złośliwe przypadki Terroru PowerPointa to sytuacje, w których prezenterom przedstawia się absurdalne, przeciwskuteczne i kompletnie szalone wymagania dot. liczby slajdów, na nawet liczby slajdów na minutę, co jest doskonałym przykładem traktowania narzędzia jako celu samego w sobie.

A nie jest to jeszcze nawet najgorsze, co może nas spotkać. Możemy bowiem mieć nieszczęście natknąć się na prezentację stworzoną w jeszcze bardziej agresywnym wizualnie narzędziu, niż PowerPoint. Doskonałym przykładem jest tu Prezi, aplikacja skupiona wyłącznie na formie, niedostosowana do niemal żadnej treści. Jest ona za to doskonała dla audytorium, którego tak naprawdę nie chce się wprowadzić w temat oraz dla słuchaczy o zakresie koncentracji na poziomie rozwielitki.

Duża część prezentacji, do których wysłuchania zmusza nas los, jest poprawna, a przynajmniej akceptowalna. Gdy jednak trafi nam się slideshow przeładowany informacjami lub zwyczajnie nieskuteczny, jest to niezapomniane przeżycie. Ze spotkań takich nie wynosi się nic poza poczuciem straty czasu oraz niskiej estymy względem prezentera, nierzadko wykazującego szereg kolejnych „grzechów” (jak np. monotonia lub chaos). Dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim, trudno jest trafić na ścieżkę kształcenia, w której tak naprawdę uczy się tworzenia i prowadzenia prezentacji. Umiejętności miękkie są niemal całkowicie ignorowane w polskim szkolnictwie i czasem wręcz niewykazywane przez kadrę nauczycielską. Z kolei nauka obsługi narzędzi, jeżeli w ogóle nie jest np. pamięciowa, sprowadza się do poznania największej ilości funkcji. Kto wykorzysta ich najwięcej, „wygrywa”, bo przecież tak dobrze radzi sobie z PowerPointem.

Popularne błędy prezentacji

Tymczasem ten niesławny program do tworzenia zestawów slajdów jest w pewnych kręgach znany z przyuczania do złych praktyk. W połączeniu z brakiem umiejętności miękkich oraz powszechnie panującym bezguściem, to przepis na katastrofę. Któż z nas nie spotkał się z następującymi cechami prezentacji:

  • Przeładowanie tekstem
  • Obrzydliwa lub nieczytelna czcionka
  • Czytanie tekstu, czy wręcz samych slajdów(!), monotonnym głosem
  • Nadmiar animacji
  • Brak wyraźnego celu prezentacji
  • Niewłaściwe lub nieregularne tempo

Naturalnie, nad każdą z powyższych kwestii da się popracować i prowadzenie prezentacji jest zdecydowanie umiejętnością której można się nauczyć. Władając odpowiednim zbiorem umiejętności, można rozważyć wybranie jakiejś konkretnej metodyki, wedle której będziemy układać prezentacje. Rzecz, o której warto zawsze pamiętać, to maksyma less is more. Zapewne 95 proc. funkcji PowerPointa ma sens wykorzystania w mniej więcej 5 proc. przypadków. We wszystkich pozostałych przeszkadza. To dlatego Google Slides wydaje się tak ubogim narzędziem: nie zawiera całego fikuśnego przybornika do interaktywnej zawartości, która często po prostu rozprasza.

Spróbujmy drastycznej odmiany

Tworzenie prostych prezentacji z wykorzystaniem PowerPointa, w znaczeniu walki z pokusami wykorzystania pstrokatych animacji, jest łatwe. Szczególnie, gdy zapamiętamy, do czego ten program powstał początkowo: miał wspomagać przygotowanie przezroczy. Folie, z natury statyczne, są dobrą metaforą dla slajdów PowerPointa: czy na pewno potrzebujemy na slajdzie „pomocy naukowej”, z animacją i interaktywnymi przyciskami? Czy może tylko to nam zaszkodzi? Sprawa, należy zaznaczyć, nie jest czarno-biała. Wbrew opiniom niektórych purystów, i na takie atrakcje jest miejsce i odpowiednie audytorium.

Jeżeli jednak chcemy poeksperymentować z ekstremalnym podejściem do zagadnienia, interesująca może się okazać tzw. metoda Takahashi. Bierze ona swoją nazwę od nazwiska japońskiego programisty imieniem Masayoshi Takahashi. Został on swego czasu (na początku wieku) poproszony o wygłoszenie prezentacji, ale jego laptop nie zawierał żadnego pakietu biurowego. Postanowił więc przygotować „slajdy” poprzez... bardzo mocne powiększenie tekstu kilku haseł przygotowanych naprędce. Dlaczego to partyzanckie rozwiązanie wyskrobane na kolanie uchodzi za całą „metodykę” przygotowywania prezentacji? Jest tak z kilku powodów, w grę wchodzą też kwestie kulturowe.

Nie każdy język jest taki sam

Zacznijmy od percepcyjnej zalety, jaką jest unikanie przeładowania sensorycznego. Usunięcie kolorów, animacji i grafik pozwala odpocząć zmysłom, bezustannie szukającym bodźców kradnących uwagę. Nasze mózgi mimo niesamowitego skomplikowania wiele rzeczy obsługują bardzo prosto, dzięki czemu wciąż ekscytujemy się żywymi barwami i błyskotkami. Zakładamy bowiem, że taki kolorowy slajd jest świeży, pożywny, jadalny i rzadki/drogi. To nieprzydatne założenia podczas oglądania prezentacji, sensownym jest więc wyciąć ich aktywatory.

Przypomnijmy sobie też czasy szkolne. Nawet wśród młodszych, cyfrowych pokoleń, nie wszystkie lekcje były prowadzone z wykorzystaniem projektorów multimedialnych. Przynajmniej część z nich wykorzystywała kredową tablicę. Notatki tworzone na tablicy kredowej, jakkolwiek mniej ekscytujące od animowanych prezentacji, są monochromatyczne i nie kradną uwagi. Często nie ma sensu zamieniać tablicy na projektor. Wiedzą o tym na studiach. Czasami.

Dlatego prezentacje w stylu Takahashi są monochromatyczne. Rozwijają walkę o uwagę do ekstremum: slajdom nie wolno konkurować z treścią wygłaszaną przez prezentera. Przejawem tego podejścia jest zarówno rezygnacja z pływających obrazów (są dopuszczalne jako oddzielny slajd), ale także olbrzymią czcionkę. Użycie całego ekranu do napisania tylko kilku słów zdecydowanie nie jest klasyczną „tablicową” metodyką. Czy to przypadkiem nie regres? Skorzystaliśmy z zalet prostego przekazu, ale tak duże powiększenie wydaje się marnować wypracowany w ten sposób zysk. Skąd więc taka decyzja?

Tutaj swoją rolę odegra specyfika japońskiego języka i kultury. Tamtejszy alfabet, czy raczej „system zapisu”, złożony z bardzo rozległych zbiorów symboli (kanji i kana), działa w zupełnie inny sposób, niż nasz alfabet. Zamiast liter składanych w wyrazy, japoński system stosuje logogramy (symbole wyrażające całe słowo) oraz kompleksowy sylabariusz (symbole opisujące sylaby, a nie głoski). Dzięki temu pozwala zapisywać treści w sposób znacznie bardziej skondensowany, niż pismo zachodnie. Jest przy tym szalenie skomplikowany i przeciwintuicyjny, będąc zarazem nie lada wyzwaniem podczas implementowania w interfejsach komputerowych.

Niniejsza cecha japońskiego pisma sprawia, że slajdy zawierające tylko kilka symboli mogą przekazywać więcej treści, niż się wydaje. Jest to właściwość zupełnie niemapująca się na specyfikę naszego języka, stąd też tworzenie polskich, a nawet angielskich slajdów metodą Takahashi jest utrudnione. Niemniej, jest ona interesującą manifestacją podejścia „less is more” i dobrym ćwiczeniem referencyjnym. Pozwala spojrzeć na treść przygotowywanej przez nas prezentacji przez pryzmat pytania „czy na pewno nie przeładowuję swoich slajdów”.

Kultura pracy

Prezentacja przygotowana niniejszą metodą ma też parę innych, nieco mniej oczywistych zalet. Jedną z nich jest dostępność. Wysoki kontrast slajdów oraz duża czcionka to ulga dla oczu i ukłon w stronę osób o słabym wzroku. Bardzo często wszak prezentacje są przeładowane do granic czytelności nawet w odbiorze osób niepotrzebujących okularów. Wynika to po części z tego, że slajdy prezentacji bywają używane jako najmniej ograniczająca paleta do tworzenia materiałów. Nawet procesor tekstów, jak Word, wymusza pewną formułę i reżim organizacyjny. PowerPoint, dla odmiany, może być traktowany jako nieograniczony niczym „Paint z efektami przejścia”. Mając zbyt mało czasu na przygotowanie materiałów, wlewa się na slajdy całą posiadaną wiedzę, tworząc groteskowe połączenie dokumentacji, prezentacji i notatek.

Ten sposób potwierdza hipotezę o tym, że wykorzystanie PowerPointa i pochodnych aplikacji jest szkodliwe dla przekazu. Dokonuje również erozji kultury pracy. Oryginalny workflow, przedstawiany nawet w podręcznikach do nauki pakietu Office 2000, zakłada, że słuchacze zostaną zaopatrzeni w tzw. materiały informacyjne: wydrukowane slajdy (cztery na stronę), obok których znajdują się albo notatki dołączone do slajdów (widoczne dla prelegenta, a nie na samych slajdach!) albo puste linie do zapisywania własnych notatek. Tak przygotowana prezentacja miała powstawać na bazie dokumentu/pracy przygotowanego w programie Word i złożonego z uwzględnieniem zasad składu (w ramach dyskusyjnych możliwości oferowanych na tym polu przez Worda...). Do tego opcjonalnie możliwe było przygotowanie ulotki w programie Publisher.

Uniksowe myślenie w praktyce

Praktyka pokazuje jednak, że PowerPoint niemal nigdy nie jest używany w taki sposób. Co więcej, korporacyjny pośpiech i rozciągnięcie metodyki agile na management i planowanie czasu (a więc pogłębienie chaosu maskowanego naukową terminologią) wręcz uniemożliwiają opracowywanie wszelkich materiałów w taki sposób. Efektem jest estetyczna zgroza o rozszerzeniu PPTX.

Aby przygotować prezentację z wykorzystaniem założeń Takahashi nie jest naturalnie potrzebny żaden dodatkowy program (jego brak w zasadzie wręcz sprzyja jej poprawnemu stworzeniu). Istnieją jednak pewne narzędzia wspomagające. Jednym z nich jest narzędzie sent należące do niezwykle interesującego zestawu programów suckless. Sent wymusza tworzenie slajdów w formule jeden-akapit-na-slajd, nie obsługuje kolorów ani zmiennych krojów pisma, grafikę umieszcza wyłącznie na dedykowanych slajdach i nie oferuje żadnych animacji ani przejść. „Prezentacja” w programie Sent to zwykły plik tekstowy, wyświetlany podczas projekcji tak, by najbardziej zbliżyć się do metody Takahashi, uwzględniając przy okazji gęstość tekstu narzucaną przez formułę języków zachodnich.

Nie potrzebujemy ciężkich narzędzi

Warto również wspomnieć, że pozostałe aplikacje z projektu Suckless są nie mniej interesujące i możliwe, że znajdą grono oddanych odbiorców. zgodnie z manifestem projektu, programy powinny, nawiązując do filozofii uniksowej, robić niewiele rzeczy i dzięki temu skupiać się na tym, by robić je dobrze. Dopiero pewne większe, specyficzne zastosowania powinny wymuszać sięganie po większe narzędzia lub wykorzystywać większą ich liczbę. Projekt Suckless jest domem lubianego (przez niektórych) menedżera okien DWM, alternatywnych implementacji programów coreutils oraz terminala st, funkcjonalnego, acz zarazem znacząco odchudzonego względem programu xterm, który okazuje się być zaskakująco spuchnięty.

Poza tym, na stronach Suckless można przeczytać artykuły opisujące wady rozwiązań takich, jak systemd (co jest dyskusyjne) oraz samej sieci WWW (co jest zdecydowanie słuszne!). Programy suckless budują się na systemach uniksowych, celują w standard C99 i domyślnie wymagają bardzo mało bibliotek zależnych. Dla przykładu, klient IRC kompiluje się do programu o wadze 18 kilobajtów. Podobnie, jak slajdy w stylu Takahashi, niniejsze narzędzia mogą być ciekawym i godnym polecenia eksperymentem myślowym.

© dobreprogramy