Niespodzianka. Nvidia przekonała inwestorów, że gracze wkrótce rzucą się na GeForce'y RTX

Strona główna Aktualności
Źródło: Materiały prasowe Nvidia
Źródło: Materiały prasowe Nvidia

O autorze

Choć wyniki finansowe Nvidii za ostatni kwartał fiskalny były poniżej pierwotnych założeń, a w lutowej sondzie Steam żadnemu GeForce'owi RTX 20 nie udało się dobić do choćby 0,5 proc. udziału, firma z Santa Clara nieoczekiwanie ogłosiła sukces. Na spotkaniu z inwestorami Turingi przedstawiono jako produkt odnoszący liczne sukcesy sprzedażowe, z potencjałem na przyszłość.

Jak podano, przez pierwszych osiem tygodni sprzedaży GeForce'y RTX 20 wygenerowały o 45 proc. większy zysk niż ich poprzednicy, seria GeForce GTX 10. Niemniej, aby uzyskać taki wynik, Nvidia uciekła się do małego fortelu. Producent uwzględnił w obliczeniach tylko karty kosztujące powyżej 299 dol. Z rachunków wypadł GeForce GTX 1060, który w chwili debiutu kosztował 249 dol.

Za to pojawił się jego droższy następca, wyceniony na 349 dol. GeForce RTX 2060. Nie wspominając już o tym, że Turingi są ogólnie droższe od Pascali, co oznacza wyższy zarobek na sztuce.

Wprawdzie na chwilę obecną nasycenie rynku nowościami jest bardzo skromne, ale i ten fakt firma spróbowała przekuć w sukces. Z Turingów korzysta 2 proc. wszystkich użytkowników kart zielonych, 50 proc. stanowią właściciele Pascali, a pozostałych 48 proc. – modeli starszych. Jednak w Santa Clara sądzą, że skoro 90 proc. eksploatowanych kart ma wydajność mniejszą niż GTX 1660 Ti, to ludzie chętnie przesiądą się na coś szybszego; kupią któregoś z Turingów.

Pochwalono się też tym, że 90 proc. nabywców grafiki najnowszej generacji sięgnęło po produkt droższy niż przy poprzednim zakupie. Tu jednak ponownie wracamy do kwestii cen, które są po prostu wyższe w każdej możliwej klasie wydajności. Chętni na upgrade nie mieli dużego wyboru.

Co zaskakujące, pomimo dyskusyjnej metodologii, wyniki najwyraźniej przekonały inwestorów. Po ich ujawnieniu, wartość akcji skoczyła o 5,82 proc. Widać, czysty zysk definiuje wszystko.

Laptopy dla graczy idą jak burza

Jest też ciekawostka, a mianowicie rosnące – zdaniem Nvidii – w szaleńczym tempie zainteresowanie laptopami dla graczy. Ponoć w latach 2013 - 18 rynek ten urósł dziesięciokrotnie. Zieloni uważają, że dynamikę wzrostu można zwiększyć jeszcze bardziej, oferując smukłe i lekkie konstrukcje o wysokiej mocy obliczeniowej, wyposażone w energooszczędne karty grafczne Max-Q.

Ale i tu przedstawione statystyki można łatwo zakwestionować. W roku 2013 slogan dla graczy nie był jeszcze tak popularny jak dzisiaj, przez co sprzętu dedykowanego graczom było znacznie mniej. Niech za przykład posłuży popularny niegdyś notebook Lenovo Y580 z układem GeForce GTX 660M. Nie był klasyfikowany jako sprzęt dla graczy, lecz multimedialny IdeaPad. Choć przecież mając GTX-a na pokładzie, z powodzeniem mógłby uchodzić za propozycję gamingową.

Jego sukcesor, model Y500, był oferowany nawet w konfiguracji z dwiema kartami w SLI, ale wciąż nie dorobił się sufiksu gaming. Zresztą, podobnie jak następny w kolejności Y510. Natomiast Y520 z 2017 roku stał się już oficjalnie laptopem dla graczy. Czyli jeśli ktoś wymienił wówczas starszy model to przyczynił się do wzrostu popularności laptopów dla graczy i mógł o tym nie wiedzieć. A przykład z firmą Lenovo to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej. Podobne rotacje działy się u innych producentów. Acer V3 zmienił się w Nitro, ASUS R500 w TUF Gaming itd.

Dlatego ciężko teraz określić, jaką część przedstawionych słupków stanowi bezwzględny wzrost zainteresowania graniem na laptopie, a jaką marketingowe roszady w nomenklaturze.

© dobreprogramy
s