Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Dobble (by Ostatni Mohikanin)


Spójrz na pierwszą kartę, którą trzymasz w ręku oraz na tę, która leży na środku stołu. Znajdź na nich wspólny symbol, nazwij go i szybko pozbądź się swojej karty. Teraz następna!

Tymi słowami Centrum gier Rebel rozpoczyna w swoim serwisie opis karcianej gry Dobble. Gra ta przykuła moją uwagę krótko przed Gwiazdką 2013, gdy jako pomocnik Świętego Mikołaja musiałem zmierzyć się z przedświątecznym poszukiwaniem prezentu dla mojej czteroletniej (wówczas) blondyny o niebieskich oczach. Dobble, mimo samych ubóstwiających je opinii internautów, wydało mi się jednak kiepskim pomysłem na podchoinkowe znalezisko, dlatego sprawa zakończyła się na Pędzących żółwiach. Summa summarum - dobrze się stało, bo poganianie żółwia w wyścigu do sałaty okazało się niezłym relaksatorem w codziennym życiu (jeśli nie dla córki, to przynajmniej dla tatusia...).

Temat Dobble wrócił w grudniu zeszłego roku, znów przed Gwiazdką. Powiecie może: "Ale stary się uparł...", jednak jestem zdania, że gry planszowe (karciane, figurkowe) zdecydowanie lepiej wpływają na rozwój dziecka, niż karmienie Pou czy głaskanie odizolowanego taflą gorilla glass kota Toma. Po drugie - poziom pozytywnej, rodzinnej interakcji w planszówkowym klimacie jest zdecydowanie wyższy, niż w pozostawieniu samotnego dziecka w pokoju z tabletem w dłoni. Oczywiście wiem, jaki mamy rok i wiem, które reklamy przyciągają wybałuszone oczy kilkuletniego brzdąca; mimo to nieugięcie podtrzymuję tezę, że smartwatch dla smartkacza nie jest dobrym pomysłem.

Dobble, po konsultacji z żoną i wzięciem pod uwagę listu do Świętego Mikołaja, też strzałem w dziesiątkę się nie okazało. A to, co faktycznie renifery przywlokły pod choinkę, niech pozostanie rodzinną tajemnicą :)

r   e   k   l   a   m   a

Ale Dobble nie mogło ot tak sobie zniknąć z horyzontu. Coś w stronę tej karcianki ciągnęło mnie niesamowicie. No bo jak to: mamy 55 okrągłych kart, na każdej po osiem różnie usytuowanych symboli i sedno sprawy, fakt niezaprzeczalny i sprawdzony, że każda karta ma jeden (i tylko jeden!) wspólny symbol z inną kartą. Do tego pięć wariantów gry, które (niezależnie od wybranego wariantu) polegają na znalezieniu tego jednego, jedynego symbolu. Hmm... I to ma niby cieszyć? Rozbawiać do łez? Relaksować bardziej niż woda ognista?

Sprawdźmy...

Gra, patrząc na zawartość mającego zaledwie 9 cm średnicy pudełka, do tanich nie należy. A mi się w portfelu nie przelewa. Dodając do tych czynników fakt, że gdybym kupił tę grę i okazałaby się ona nudnym bublem, naruszenie budżetu domowego mogłoby w moim wigwamie wywołać małą zawieruchę... Tnę więc koszty maksymalnie - znajduję skany kart w Sieci, drukuję, naklejam na tekturę w celu usztywnienia, wycinam (wszystko to pod zdziwionym okiem reszty domowników) i na koniec pytam: "Kto chce zagrać?"

Jakoś tak bez entuzjazmu i trochę niechętnie familia zbiera się przy stole. Tłumaczenie zasad pierwszego z wariantów gry zajmuje dosłownie minutę; innych zresztą też; równie szybko łapie je pięcioletnia córka, jak i sześćdziesięcio(lub coś koło tego)-letnia teściowa. Pierwsza rozgrywka, z początkowo dość sceptycznie nastawionymi domownikami, co rusz przerywana jest biadoleniem, że "moja karta na pewno nie ma żadnego wspólnego symbolu z tą na środku stołu". A i owszem - ma. Zawsze. Gdy tę nieścisłość udaje mi się wreszcie wszystkim wokół dobitnie udowodnić, kończy się marudzenie, a Dobble (mimo że to podróba na tekturze) stopniowo uwalnia swoją magię, a ja, który z rana dla niejednej pary oczu uchodziłem za nawiedzonego, już w południe staję się bohaterem dnia :)

Fenomen Dobble przemknął po mieszkaniu jak tornado. Nie oznacza to, że w końcu wypadł przez okno. Co to, to nie! Tkwi uśpiony praktycznie w każdym pokoju i nie ma dnia, by nie wybuchł ponownie co najmniej kilka razy w ciągu doby. Nawet teść, którego jedno z ulubionych powiedzeń brzmi: "Kto gra w karty, ten ma łeb obdarty" nie śmie takich słów wypowiadać, gdy w zasięgu ramion banda dobble'owych napaleńców gapi się w okrągłe kartoniki.

Gdy podczas którejś z rozgrywek pełni się rolę widza, dziwnym trafem w mgnieniu oka znajduje się wspólny symbol dla karty w stole i kart graczy. Na usta ciśnie się nawet określenie "ślepe głupki" (na szczęście ten skrót myślowy rzadko kiedy zostaje upubliczniony). Jednak to, co z boku wydaje się oczywiste, w ferworze walki już tak oczywiste nie jest. Umieszczone na kartach symbole nie są niczym szczególnym; mamy tu biedronkę, kaktusa, świeczkę, okulary, księżyc i pozostałe pięćdziesiąt symboli równie łatwych do nazwania. I znowu: to, co z boku wydaje się oczywiste, w ferworze walki już tak oczywiste nie jest. Okazuje się, że widząc na karcie zwykłe nożyczki, nie wie się, co się widzi i - o zgrozo! - nie wie się, jak to nazwać. A zanim znajdziemy odpowiednie słowo, inny gracz rzuca swoją kartę, nazywa wspólny symbol, a my po raz kolejny zmuszeni jesteśmy szukać wspólnego elementu z nową kartą. Starszyzna jakoś sobie z tym pozytywnym stresem daje radę, ale dziecko może się nieco sfrustrować, gdy dorośli grają "na maksa", dając takiemu pięciolatkowi marne szanse na zwycięstwo.

Dzieci - sól tej ziemi i jakby nie patrzeć przyszli płatnicy naszych emerytur. Dlatego warto zrobić coś, co choćby w zwykłej grze pozwoli im wyrównać szanse w "walce" z dorosłymi. Twórcy Dobble o dzieciakach nie zapomnieli i puścili w obieg Dobble Kids. Zamiast symboli - zwierzątka; i nie po osiem, lecz po sześć sztuk na karcie. W tę wersję gry nie grałem, ale już na pierwszy rzut oka zdaje się ona być łatwiejsza i przychylniejsza, choćby przez aspekt graficzny, dla maluchów.

A może by tak zamiast zwykłych symboli i zwierzątek na kartach Dobble pojawiło się jeszcze co innego? Jako wieczny kombinator, musiałem coś wykombinować. No i wykombinowałem własne Dobble. Nazwijmy je "Dobble Kids by Ostatni Mohikanin".

55 kart, a na każdej z nich po osiem ściśle bajkowych motywów, co daje łącznie 440 obrazków. Rozmieszczenie ich w odpowiedni sposób (czyli taki, by jak w oryginale każda karta miała tylko jeden wspólny symbol z inną kartą) zajęło mi parę ładnych godzin i doprowadziło do wytrzeszczu oczu. Co się jednak nie robi dla naszych milusińskich :) Druk, klejenie i wycinanie to już był tak zwany pryszcz.

A córka zachwycona. Czyli cel osiągnięty.

W internecie można spotkać jeszcze inne samoróbki Dobble - na przykład z cyframi, z literami. Kombinatorom zalecam (choć robota to niełatwa) kombinowanie z własną wersją, a reszcie szczerze polecam ze sto partyjek w oryginał. Obiecuję - nudą nie zawieje ani razu.


 

gry hobby

Komentarze