Przykro mi Apple, ale iPhone to już nie jest rarytas. Chińczycy was pozjadali

Strona główna Aktualności
image

O autorze

Przyznam, gorąca dyskusja pod artykułem dotyczącym popularności iPhone'a w Chinach skłoniła mnie do kilku przemyśleń. Zresztą, tak samo jak doniesienia o kiepskiej sprzedaży najnowszych modeli XR oraz XS. I wiecie, co? Zdaje mi się, że doskonale rozumiem problem Apple'a, a brzmi on: utrata wartości biżuteryjnej. Firma z Cupertino przez lata mocno pracowała na wizerunek marki luksusowej, ale dzisiaj zostały po tym tylko zgliszcza. Tłumaczę.

Osobiście znam kilku użytkowników iPhone'a, którzy są wierni marce od dłuższego czasu. Raczej nie kupują oni nowych modeli w cyklu rocznym, ale na pewno można mówić o pewnej regularności. I żadna z tych osób nie należy do grona technologicznych geeków. Wprost przeciwnie – zaryzykuję stwierdzenie, że mowa o kompletnych laikach, choć dość specyficznych pod względem wizerunku. Przeważnie są to ludzie dbający o wygląd, modnie ubrani, upatrujący w smartfonie czegoś na kształt biżuterii. Nie zrozumcie mnie żle, nie widzę nic złego w kupowaniu markowych ciuchów czy zegarków, jeśli kogoś na to stać. Stwierdzam tylko fakt, a ten jest, jaki jest. (Ależ to było elokwentne).

Czy chcąc potwierdzić obraz iPhone'a w popkulturze jako atrakcyjnej błyskotki trzeba szukać jakichś głębokich dowodów? Nie – wystarczy spojrzeć na produkowane do tego telefonu etui, z owalnym wycięciem na logo producenta. Nie jest to zupełnie praktyczne, ponieważ umożliwia dostawanie się pod osłonkę zanieczyszczeń, a tym samym porysowanie obudowy, ale meritum zostaje zachowane: użytkownik może do woli manifestować, jaki sprzęt posiada.

W świecie hashtagów i zdjęć w lustrze

Przykład obrazowy – jedna z moich koleżanek, nazwijmy ją roboczo Natalią. Jej pojęcie na temat sektora nowych technologii dobitnie wyraża fakt, że kupiła sobie w znanej sieci supermarketów za ponad 2,5 tys. zł notebook z AMD A6, bo „ma białą obudowę i tak w ogóle to jest śliczny”. Na tej samej zasadzie od czasów iPhone'a 5s Natalia kupuje co drugi model i oczywiście każdym cyka setki zdjęć w lustrze, które potem trafiają na Instagram, m.in. z hashtagiem #iphone i #classy. Jak myślicie, czy Natalia zastanawia się nad elastycznością systemu i bezpieczeństwem danych, czy może po prostu stawia na smartfon-gadżet, który jej zdaniem wpisuje się w kreowany wizerunek?

Ale nie ma się temu co dziwić. Producenci słuchawek z Androidem jakby przespali okres narodzin dzisiejszych smartfonów, kiedy najłatwiej było o przypisanie sobie danej łatki. Nawet w 2012 r., kiedy debiutował iPhone 5 – na okres ten, nawiasem mówiąc, przypada apogeum sprzedaży słuchawek Apple'a – najbardziej ikoniczny konkurent, Samsung Galaxy S III, straszył skrzypiącym plastikiem. Później przez lata Samsunga kojarzono z tandetnym wykonaniem, pomimo iż Koreańczycy zdecydowanie wzięli się w garść i stworzyli elegancką „es-szóstkę”. Tymczasem Apple konsekwentnie budowało opinię producenta dbającego o stylistykę i wykonanie.

Co kluczowe, zachowywali przy tym status quo swych projektów, gwarantując też oryginalność rozwiązań. Sprzęt spod szyldu nadgryzionego jabłka nigdy nie poszedł w masówkę. LG, Samsung, Sony i inni wypychali dziesiątki bardzo podobnych wizualnie modeli, a w takim wypadku porwanie tłumów nie jest możliwe. Taki S III kojarzy się tyleż z reprezentantem segmentu premium, co ekonomicznym S III mini i n-liczbą kolejnych produktów Samsunga, podczas gdy ówczesny im iPhone 5 wykreował formę niezwykle charakterystyczną i – co by nie mówić – ponadczasową.

Chińska ofensywa i śmierć oryginalności

I nie, nikt nie wmówi mi, że na sukcesie iPhone'a zaważyła jakaś technologiczna doskonałość, czy to sprzętu czy systemu iOS. Owszem, iOS ma swoje zalety, takie jak chociażby lepsza selekcja oprogramowania w sklepiku i większa dostępność aktualizacji (choć z tym drugim można dyskutować wobec zarzutów o postarzanie sprzętu). Ale równolegle poraża krytycznymi wadami, na czele z obligatoryjnym przywiązaniem do aplikacji iTunes, która to w edycji dla Windowsa jest jedynie namiastką oryginału z Maca. Ludzie chwalą iOS za elastyczność, ale tak naprawdę bez komputera z macOS-em iPhone traci większość swego potencjału, w tym właściwie wszystkie funkcje integracji z komputerem vide Handoff. Wiecie, ilu moich znajomych rozpływających się nad iPhone'm ma do tego Maca? Odpowiem: żaden. Nie wspominając już o tym, że dla wielu modeli iPhone'a można znaleźć alternatywy sprzętowo doskonalsze – z lepszym aparatem, wyświetlaczem czy baterią. Dla unaocznienia, polecam porównać fotografie w scenerii nocnej z „siódemki” i „es-siódemki”.

Na nieszczęście firmy kierowanej obecnie przez Tima Cooka, blask minionych lat sukcesywnie przemija. Remedium miał stanowić jubileuszowy iPhone X, jednak wraz z postępującym rozwojem chińskich marek, jak Huawei czy Xiaomi, coraz ciężej zachować unikatowy styl. Wiadomo, jak w Państwie Środka podchodzi się do etyki biznesu czy własności intelektualnej. Nagle konsument dowiedział się, że Huawei P20 Lite za czwartą część ceny flagowca, może wyglądać niemalże identycznie, oferując wcięcie w ekranie i smukły profil obudowy. Teraz – jaki to jest prestiż, skoro tak niewiele trzeba, by pomylić potencjalny obiekt kultu i zazdrości nastolatek z jakimś tam Huaweiem czy innym Pocophone'm. Tak, z tego akurat również Natalia zdaje sobie sprawę.

Co na to Apple? Ano właśnie, zarząd wybrał najgorszą z możliwych dróg. Firma z Cupertino, jakby nieświadoma przyczyn swego fenomenu, poszła na bezpośrednią wymianę ciosów z rywalami. Uznano, że kluczem do sukcesu jest zrobienie słuchawki unikatowej nie z powodu stylistyki czy ogólnie pojętego charakteru, lecz możliwości. A przypomnę, większość wybierających iPhone'a nie przejmowała się się dotąd nie najlepszym aparatem czy ekranem. Dla takiej Natalii terminy pokroju „OLED” i „7 nm” znaczą tyle co nic. No może nanometry skojarzą się nieco z centymetrami, ale zaryzykuję stwierdzenie, że w pierwszej chwili mniej wcale nie będzie równoznaczne z lepiej. Z kolei dla entuzjastów nowinek (w domyśle: osób świadomych) topowe iPhone'y z miejsca nie są atrakcyjnym wyborem. Tacy ludzie patrzą na stosunek jakości do ceny, perspektywę rychłej premiery ciekawszego sprzętu i, wreszcie, możliwości ekosystemu, z którego chętnie korzystają. Gdy ktoś używa Maca – w porządku. W innym wypadku nawet iPhone XS szybko zginie pod naporem konstrukcji z Exynosem 9820, Snapdragonem 855 lub Kirinem 980.

Bo masówkę też trzeba umieć robić

Summa summarum Apple znalazło się teraz w bardzo ciekawej, patrząc z analitycznego punktu widzenia, sytuacji. Oferuje produkty zbliżone do konkurencji, bez otoczki nietuzinkowości, ale za to znacznie droższe. Nic dziwnego, że sprzedaż spada. I tym bardziej nic dziwnego, że szczególnie kiepsko sprzedaje się quasi-ekonomiczny model XR, który nie posiada już jakichkolwiek argumentów przemawiających za jego zakupem. Pomijając procesor, nie jest ani szczególnie dobrze wyposażony, ani wyjątkowo ładny, ani – co oczywiste – najatrakcyjniej wyceniony.

Abstrahując nieco od tematu – skłamałbym jednak twierdząc, że wierzę w całkowite fiasko marki iPhone. Zespół Tima Cooka jeszcze uderzy i to z hukiem, tyle że potrzebna jest zmiana obecnej polityki. iPhone nie musi mieć najlepszej specyfikacji, musi mieć niepowtarzalną specyfikę. Śmiem twierdzić, że gdyby dzisiaj wzięto na warsztat iPhone'a SE, po czym wyposażono go w ekran typu OLED, układ A12 Bionic, 4 GB RAM i 32 GB pamięci na dane i sprzedawano to wszystko w cenie 550 dol. lub niższej, to mielibyśmy murowany hit. Tak jak kiedyś Apple wstrzeliło się w niszę smartfonów o świetnym wzornictwie, tak teraz mogłoby rozkochać w sobie wielbicieli mniejszych, ale dobrze wyposażonych konstrukcji, których bez wątpienia brakuje na sklepowych witrynach.

© dobreprogramy