Pada magiczne hasło nowy iPhone. Gasną światła. Po chwili następuje bum i na ekranie pojawia się gwóźdź programu. Anturaż jest godny sztuki teatralnej. Zresztą, Apple nie bez kozery nazywa swoją salę konferencyjną teatrem. Problem w tym, że dalej następuje coś, czym ekscytować mogłyby się najwyżej osoby, które trzy ostatnie lata spędziły w piwnicy bez prądu i okien.
Na zachodzie bez zmian
Smartfon fotograficzny – tak Apple anonsuje nowego iPhone'a 11, który właśnie otrzymał killer feature w postaci drugiego aparatu na tyle. Nie no, panie i panowie, ci goście odkryli aparat szerokokątny. Coś, o czym Samsung koncepcyjnie mówił w roku 2007, a LG sprzedawało w roku 2016 w modelu G5. Patrząc na to, jak pędzi postęp na rynku elektroniki użytkowej, zaczynam mieć o inżynierów Apple'a obawy, czy aby nikt ich we wspomnianej piwnicy nie przetrzymuje.
Druga supernowinka brzmi: nagrywanie wideo 4K w 60 kl./s (klatkach na sekundę). Fajnie, bo to oznacza naprawdę godziwą jakość materiału, ale ponownie mowa gdzieś tak o co najmniej dwóch generacjach wstecz. Przy czym tego rodzaju materiał może rejestrować już iPhone 8, więc to de facto żadna nowinka. No dobra, o ile mnie pamięć nie myli, nikt jeszcze nie nagrywał tak przednią kamerą. Fanki i fani Instagrama pewnie się ucieszą. Pod warunkiem, że tę opcję w ogóle dostrzegą.
Tymczasem iPhone 11, wyceniony w Polsce na 3599 zł, raczy nas jeszcze na przykład 6,1-calowym ekranem LCD z obramowaniem à la drzwi balkonowe. Tak, w czasach, gdy producenci zabijają się o to, żeby mieć jak najlepsze pokrycie obudowy przez wyświetlacz, a kontrastowe AMOLED-y z perfekcyjną czernią są w urządzeniach za około tysiaka, fani Apple'a dostają taką bylejakość.
Anno domini 2016-17
Nie przeczę, są tam rzeczy jednoznacznie pozytywne, takie jak nowy, bardzo wydajny procesor A13, pojemny akumulator czy miły dodatek w postaci nagrywania selfie-filmików w zwolnionym tempie. Tyle że na tle całej otoczki wygląda to jak rzucony z litości ogryzek, aby nikt czasem nie powiedział, że w Apple'u kompletnie brakuje pomysłów. Na tle innych współczesnych smartfonów, które można kupić w podobnej cenie, jak Galaxy S10 bądź Huawei P30 Pro, iPhone 11 wypada kompletnie blado.
Nie ma żadnej funkcji, która zdominowała rok 2019. Nie ma czytnika linii papilarnych w ekranie, ładowania zwrotnego (możliwości wykorzystania jako bezprzewodowy powerbank), sensora ToF 3D do poprawy jakości efektu bokeh. Technologicznie reprezentuje lata 2016-17.
Ale przecież jest jeszcze iPhone 11 Pro i on daje radę – powiecie. Cóż, iPhone 11 Pro rzeczywiście ma wysokiej klasy ekran AMOLED, a do tego aparat nie z dwoma, lecz trzema obiektywami, w tym teleobiektyw. Niemniej to w dalszym ciągu nie czyni go jakkolwiek świeżym. Jest najwyżej mniej niedzisiejszy od pobratymca. I taki luksus kosztuje 4999 zł, czyli już totalnie poza skalą rozsądku. Bo płacić tysiące to można za innowacje, a nie niezdarną próbę doskoczenia do liderów.