Tani satelitarny internet dla całej planety – Elon Musk zaczął pierwsze testy

Strona główna Aktualności
Start rakiety Falcon 9 (źródło: SpaceX)
Start rakiety Falcon 9 (źródło: SpaceX)

O autorze

Elon Musk i jego SpaceX poczyniły milowy krok na drodze dostarczenia szerokopasmowej łączności satelitarnej całej planecie. Rakieta Falcon 9 wyniosła wreszcie na niską orbitę okołoziemską (LEO) dwa pierwsze eksperymentalne satelity z serii Starlink – Tintin A i Tintin B. Satelity osiągnęły wyznaczoną orbitę i nawiązały kontakt ze stacją kontrolną na Ziemi.

Starlink jest najbardziej śmiałym jak dotąd pomysłem na globalną komunikację internetową – Elon Musk docelowo obiecuje stworzyć konstelację ponad 12 tysięcy mikrosatelitów, które nieustannie poruszając się po bardzo niskiej orbicie okołozieskiej zapewnią szybki dostęp do Internetu wszędzie tam, gdzie pociągnięcie kabli nie ma ekonomicznego sensu.

Satelitarny Internet nie jest oczywiście żadnym nowym wynalazkiem Muska. Do tej pory robiło się to jednak inaczej: komunikację satelitarną zapewniały potężne satelity telekomunikacyjne, wyniesione na geostacjonarną orbitę, 35 786 km nad powierzchnią Ziemi. Sęk w tym, że to odległość na tyle duża, że lagi zaczynają robić się bardzo poważne, około pół sekundy na trasie nadajnik-satelita-odbiornik. Można zapomnieć o rozmowach telefonicznych czy graniu w czasie rzeczywistym, a komunikacja wymaga zastosowania sporych anten satelitarnych.

Do tego dochodzi problem związany z kulistością Ziemi (spory o kształt Ziemi chwilowo pomijamy): im dalej od równika ku biegunom, tym komunikacja z satelitami na orbicie geostacjonarnej staje się trudniejsza. Przeszkadzać zaczynają rozproszenia sygnałów w atmosferze, odbicia od przeszkód terenowych i emisja cieplna planety. Za kołami podbiegunowymi, od szerokości geograficznej 81°, satelity geostacjonarne po prostu przestają być widoczne, są poniżej linii horyzontu.

Rozwiązanie zaproponowane w ramach projektu Starlink w teorii wygląda bardzo ciekawie. Satelity poruszające się po niskiej orbicie okołoziemskiej znajdują się na wysokości od 200 do 2000 km nad Ziemią. Wyniesienie ich jest znacznie tańsze, a do komunikacji z satelitą wystarczą nadajniki o mniejszej mocy, a opóźnienie komunikacji spada do kilkunastu milisekund. Oczywiście jest jeden problem – poruszają się z szybkością około 8 km/s, robiąc pełny obieg w ciągu około 90 minut, a to oznacza, że nie ma szans, by stacja naziemna była w stanie dość długo komunikować się z takim satelitą.

Należy więc wynieść na orbitę LEO cały rój – jak się szacuje przynajmniej 12 tys. takich satelitów, które będą pozostawały w łączności ze sobą, tworząc orbitalną sieć kratową. Wszystkie one też muszą koordynować swój ruch, co jest chyba największym w tym wyzwaniem.

Choć wiele firm myśli o takim rozwiązaniu, m.in. Samsung i WorldVu/OneWeb, to przewagą konkurencyjną firmy Elona Muska jest posiadanie własnych rakiet – wspomniany Falcon 9 jest w stanie wynieść ładunek o łącznej masie 13 ton na orbitę LEO przy zachowaniu możliwości odzyskania pierwszego członu. Dzięki tej rakiecie Space X może zaoferować bardzo atrakcyjne ceny dla wynoszenia na orbitę ładunków komercyjnych. Zapewne w swoich wewnętrznych projektach realne koszty są jeszcze niższe, tym bardziej, że mikrosatelity Starlink można wynosić przy okazji innych projektów.

Tak się właśnie stało wczoraj – po trzykrotnie przekładanej procedurze startowej Falcon 9 wystartował z kosmodromu Vanderberg, wynosząc na pokładzie przede wszystkim ładunek dla hiszpańskiego Ministerstwa Obrony – ważącego 1,2 tony obserwacyjnego szpiegowskiego satelitę Paz. Znalazło się też jednak miejsce dla dwóch pierwszych satelitów Starlinka. Znalazły się one na orbicie 625 km nad powierzchnią Ziemi, gdzie przez najbliższe 6 do 12 miesięcy będą testowały konfiguracje sieci i łączność w mikrofalowym paśmie Ka (powyżej 24 GHz).

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, SpaceX zamierza między 2019 a 2024 rokiem wynieść na orbitę tysiące takich satelitów, stając się w ten sposób największym na świecie dostawcą satelitarnego internetu. Zyski z tego przedsięwzięcia mają posłużyć następnie finansowaniu misji na Marsa – tak przynajmniej twierdzi Elon Musk.

Oczywiście Elon Musk dużo rzeczy twierdzi i obiecuje, potrafi ludziom sprzedać zwykłą lampę lutowniczą w zmilitaryzowanej formie jako „miotacz ognia”, dlatego jak zawsze w wypadku wszystkiego co związane z Teslą, SpaceX i Boring Company, zalecamy raczej krytyczne do tych obietnic podejście.

© dobreprogramy