Ujawniono maile Jeffa Bezosa i innych z wielkiej czwórki. To kopalnia ciekawostek

Strona główna Aktualności
fot. Getty Images
fot. Getty Images

O autorze

W następstwie środowych przesłuchań tzw. wielkiej czwórki, czyli Google'a, Amazona, Facebooka i Apple'a, amerykański Kongres ujawnił służbową korespondencję ich prezesów. Dokumenty dają wgląd w metody operacyjne włodarzy największych amerykańskich spółek, ale też obrazują, jak momentami mijali się z prawdą zeznając przed urzędnikami.

Zabawnie się patrzyło na ekran z czwórką struchlałych prezesów, którzy musieli wić się przed politykami. Przesłuchiwani byli wszyscy na raz: szef Facebooka Mark Zuckerberg, szef Apple’a Tim Cook, Jeff Bezos z Amazona i Sundar Pichai kierujący Google'em – relacjonował przesłuchanie na łamach dobrychprogramów Jakub Wątor. Warto nadmienić, że e-maile odegrały tu pewną, choć raczej epizodyczną rolę.

Teraz z kolei stają w osi wydarzeń, bo Komisja ds. Sprawiedliwości opublikowała je w całości. Jako iż materiał zdjęto z witryny równie szybko co opublikowano, nie wiadomo na ile było to działaniem intencjonalnym. Fakt jest jednak taki, że dokumenty do sieci trafiły. Internautom wystarczyła krótka chwila, aby porobić kopie.

Kłamczuszek Tim Cook

Jak zauważa Business Insider, jednym z najciekawszych, a zarazem najważniejszych spośród ujawnionych wątków jest rozmowa między Amazonem i Apple'em z 2016 r., dotycząca usługi strumieniowania Amazon Prime Video. Apple wypuścił wówczas przystawkę telewizyjną Apple TV, ale nie dysponował własną platformą treści. Aby przekonać konkurencję do udostępnienia zasobów, stworzył dla niej specjalne warunki handlowe. Znacznie lepsze od tych, na które liczyć mogły przedsiębiorstwa spoza układu.

Podczas gdy od wszystkich innych firm umieszczających oprogramowanie lub usługi w ekosystemie Apple'a pobierano 30 proc. prowizji, Amazon płacił tylko 15 proc. Odwdzięczył się za to wprowadzeniem produktów Apple'a do swojej oferty sprzedażowej. Ktoś powie, że to umowa handlowa jakich wiele. I miałby rację, gdyby nie fakt, że prezes Apple'a, Tim Cook, skłamał przed Kongresem. Według jego zapewnień, żaden z partnerów miał nie być faworyzowany.

Dzisiaj wygląda to nieco inaczej, gdyż każdy może liczyć na ścięcie prowizji do 15 proc., o ile oferuje dany produkt przez okres dłuższy niż rok. Niemniej w czasie zawarcia umowy pomiędzy Jeffem Bezosem, a reprezentującym w tej sprawie Apple'a wiceprezesem Eddy'ym Cue jakikolwiek rabat stanowił zagranie bezprecedensowe.

Jak Amazon przejmował konkurencję

Tymczasem na niekorzyść samego Amazonu i Jeffa Bezosa zdecydowanie bardziej działa inny wątek. Chodzi o to, jak spółka podeszła do akwizycji firmy Quidsi. Był to lokalny operator e-sklepów, który w szczególnym stopniu dawał się gigantowi we znaki na rynku pieluch, pod marką Diapers.com.

Z korespondencji wynika, że Amazon celowo zaniżał ceny określonych towarów, aby ograniczyć przychód konkurenta, a co za tym idzie jego wartość. Tak pisał jeden z menedżerów Amazona: "Musimy dopasować ceny do tych kolesi, niezależnie od kosztów". W efekcie w 2010 r. Qudsi zostało przejęte za ok. 500 mln dol., a po siedmiu latach – zamknięte.

Zuck kontra Instagram

Kiedy w 2012 r. Facebook płacił 1 mld dol. za Instagram, wówczas niewielki startup z 13 pracownikami, wielu z niedowierzaniem patrzyło na działania Marka Zuckerberga. Jak się okazuje, prezes Facebooka dobrze przemyślał ten ruch, aczkolwiek początkowo wcale nie planował budowy fotograficznego giganta. W korespondencji z Davidem Ebersmanem, ówczesnym dyrektorem finansowym, wyznał, że za bardziej wartościowe serwisy uważa Pinterest i Foursquare, ale to Instagram właśnie jest zagrożeniem dla Facebooka.

Dzisiaj Instagram ma ponad miliard aktywnych użytkowników. I choć u genezy mariaż z Facebookiem ewidentnie był działaniem mającym na celu likwidację konkurencji, ostatecznie nie można zarzucić Zuckerbergowi nieuczciwości.

YouTube, czyli najlepszy biznes Google'a

Odwrotnie przedstawia się natomiast historia akwizycji YouTube'a przez Google'a. Początkowo menedżerowie firmy z Mountain View nieszczególnie wierzyli w ten projekt. W lutym 2005 r., gdy ujrzał światło dziennie, wyceniali go na skromne w realiach korporacyjnych 10-15 mln dol. Równo rok później wycenę zwiększono do 50 mln dol., co jednak ówczesny dyrektor generalny Eric Schmidt skwitował jako szalone.

Kiedy jednak w końcu doszło do transakcji, właściciele YouTube'a wyśmiali nawet propozycję opiewającą na 200 mln dol. Ulegli dopiero kwocie 1,65 mld dol., wyłożonej w październiku 2006 r. I jest to po dziś dzień jeden z najlepszych ruchów Google'a. Analitycy szacują, że aktualnie YouTube jako podmiot samodzielny byłby warty blisko stukrotnie więcej.

© dobreprogramy
s