Zoom królem wideokonferencji, czyli jak bardzo Microsoft zrujnował Skype'a. Część III

Strona główna Aktualności
Jak bardzo Microsoft zrujnował Skype'a
Jak bardzo Microsoft zrujnował Skype'a

O autorze

Przypomnijmy sobie, jak żenującą historią był los Skype'a w czasach początków "Dziesiątki". W ramach wydania wersji 1511 systemu Windows 10, komunikator Skype został zintegrowany z systemem jeszcze głębiej niż iMessage w systemie macOS. Rozmowy audio-wideo miały się stać "funkcją systemu", w niewidzialny sposób dostarczając swoją wartość użytkownikowi. Celem było zbudowanie opinii, że komputer z systemem Windows jest narzędziem gotowym do pracy bez żadnych przygotowań. Nie trzeba instalować dodatkowej aplikacji do czegos tak oczywistego jak komunikacja, ponieważ umie to "sam system". Skype wbudowany w dawne wersje Windows 10 nie nosił nazwy Skype, a "Wiadomości", "Telefon" i "Rozmowa wideo".

Ten teoretycznie dobry pomysł kompletnie się nie sprawdził. Jakość aplikacji komunikatora była denerwująco niska. Program nie posiadał wszystkich funkcji pulpitowego odpowiednika, miał też poważne problemy z obsługą kamery (większość kamer nie działała) i ze względu na swoja postać "nie wiadomo czy działał": Skype działał w tle bez przerwy, bez znacznika dostępności, ikony w zasobniku i listy kontaktów. Gdy się zawieszał, znikał lub psuł, również nie było tego wiadomo, bo bez otwartych konwersacji był niewidzialny.

U nich działa, u nas nie

Klęska podejścia z "rozmyciem" komunikatora świadczy o odrealnieniu decydentów. W układzie Windows-Skype, pod względem rynku rozmów wideo nie należało patrzeć na Windows jak na słabego gracza, a na Skype'a jako silnego. Wypełnienie w raporcie kwartalnym tabelki "video calls" informacją o wzroście (a wzrosło, bo przyszło z systemem!) zupełnie pominęło siłę samej marki Skype, która wizerunkowo ani trochę nie zyskała, a pośrednio wręcz straciła, spowalniając rozwój głównej aplikacji celem rozbudowania nowej.

Z planu głębokiej integracji wycofano się i wkrótce potem Skype zadebiutował w wersji UWP dostępnej w Sklepie Windows. Doprowadziło to do sytuacji, w której dla tego systemu istniała cała gromada klientów: wersja WinRT, pierwsza UWP, nowa UWP i klient klasyczny. Każda z nich miała swoje powazne wady, każdy Skype niemal u każdego wyglądał inaczej i nie było nawet do końca jasne, jak go pobrać.

Użytkownik na głównej stronie Skype'a był witany ekranem z opowieścią, która wersja jest "najlepsza" dla jego scenariusza. Tymczasem Facebook Messenger działał przez stronę internetową, a WhatsApp trzymał się kurczowo tylko telefonów, na czym wychodził bardzo korzystnie. Już nawet Google Hangouts powinien być wskazówką dla Skype'a: oferował trzy rozwiązania klienckie i był na konsumenckim marginesie.

Mnogość klientów

A mowa tu tylko o wersji konsumenckiej. W międzyczasie przecież Microsoft wypatroszył przy okazji również swój korporacyjny komunikator Lync (Office Communicator), dodając do niego mosty do sieci Skype i MSN oraz podmieniając kodek pod spodem. Nowa wersja Lync została nazwana... Skype for Business, prowadząc do jeszcze głębszego chaosu w nazewnictwie i utrudniając ludziom niesiedzącym w IT zrozumienie, co tak naprawdę kupują, np. w ramach subskrypcji Office 365. Skype for Business był jednak w wielu kwestiach lepszy od Lynca i oznaczał krok w dobrą stronę. Szkoda, że odbyło się to kosztem dalszego demolowania marki.

Stopniowo Microsoft zaczął wyłączać pokaźną galerię swoich klientów. Starsze wersje pulpitowe zostały odłączone od sieci, wersja WinRT miała działać tylko na Windows RT (po czym i ją wyłączono), a Delphi-klient miał zostać zastąpiony nową, lżejszą wersją, zawierającą dużo rozwiązań z wersji UWP, a przy okazji działać na innych systemach. Niestety, zarówno wersja UWP, jak i nowy Skype 8.0 umiały mniej, niż tradycyjny poprzednik, a to co umiały, oferowały gorzej. Problem leżał ewidentnie w kliencie: klasyczna wersja działała wyśmienicie, a jakość połączeń pozostawała wysoka, z zachowaniem dużej niezawodności.

Eksperymenty ze Skypem w wykonaniu Microsoftu doprowadziły do rozmycia marki, obniżenia jakości i utrudnienia dostępu do aplikacji (którą wersję pobrać? Czy będzie się kłócić z pozostałymi dwoma, których nie da się odinstalować?). Rozwiązania firmowe korzystały z wersji "for Business" lub konkurencyjnych rozwiązań Cisco i Google, użytkownicy domowi przenieśli się na telefony, a pecetowcy – na dosłownie cokolwiek innego. Lepiej spisywał się Facebook Messenger i Discord. Wywołało to odpływ użytkowników. A to jeszcze nie koniec.

© dobreprogramy
s