Nie tylko Apollo i lądowanie. Wiele danych z Księżyca spotkał marny los

Strona główna Aktualności
Wiele danych z Księżyca spotkał marny los (Apollo 8, NASA)
Wiele danych z Księżyca spotkał marny los (Apollo 8, NASA)

O autorze

Niedawny artykuł na temat licytacji taśm z nagraniem wideo lądowania Apollo 11 na Księżycu (oraz zaginięcia oryginałów) wywołał emocjonującą dyskusję. W jaki wszak sposób możliwe jest, że tak dostojna agencja, jak NASA beztrosko utraciła materiały dotyczące jednego z najważniejszych kamieni milowych w rozwoju techniki? Przekonanie o wieczystości danych oraz zakładanie uniwersalnej kronikarskiej skrupulatności prowadzą do błędnego wyobrażenia na temat funkcjonowania wielkich organizacji, a także pomijają kwestie trudności odczytywania dawnych formatów, potęgowanych przez wykorzystanie przestarzałych, fizycznych mediów zapisu.

Jest to zatem dobry moment, by przytoczyć kilka innych przypadków utraty cennych danych i obrazów, beztroski w obchodzeniu się ze sprzętem i nośnikami oraz nierównej walki z przestarzałymi formatami. Rozważania te zaprowadzą nas do Centrum Kontroli Lotów Kosmicznych w Goddard, opuszczonej restauracji McDonald's należącej do wojska oraz domowej piwnicy nieznanego Pensylwańczyka. Na koniec zastanowimy się, na ile plaga utraty danych jest dziś zażegnana.

Zapomniane dane

Według oficjalnego raportu komisji NASA, oryginalne dane z transmisją SSTV lądowania Apollo 11 zostały wyczyszczone i użyte jako nośniki dla programu LANDSAT: satelitarnego projektu sfotografowania Ziemi (w tym pewnego chwiejnego imperium, rozciągniętego na kilkanaście stref czasowych). Dane spływające z LANDSAT wymagały ogromnych ilości taśmy, więc poza produkowaniem nowej, używano również starej.

Nie przejęto się potencjalną wartością historyczną danych Apollo, ponieważ jedynym powodem, dla którego w ogóle je nagrywano, była kopia zapasowa na wypadek awarii transmisji telewizyjnej na żywo. Ponieważ transmisja wypaliła, a świat (w tym ten komunistyczny) mógł ją obejrzeć, cel taśm – a niektórzy mogliby powiedzieć, że wręcz całej misji – został zrealizowany. Można się rozejść, czas na następny etap wyścigu kosmicznego, nie ma czasu na sentymenty, potrzebujemy taśm.

Fatalna archiwizacja

Gdy danych nie kasowano, a zamiast tego decydowano się na archiwizację, w konsekwencji często... zapominano o nich. Taki los spotkał dane telemetryczne z misji Apollo 15 i Apollo 17, wśród których znajdowały się informacje z termometrów pozostawionych na Księżycu. Miały one zostać wykorzystane do zbadania niezrozumiałego zjawiska, jakim był wzrost temperatury Księżyca na przestrzeni lat od rozpoczęcia programu Apollo.

Niestety, choć eksperyment trwał do 1977 roku, archiwizacja urywa się 2,5 roku wcześniej. Mimo, że rzekomo trwała. Z tego powodu, analiza termiczna była niemożliwa. Taśmy odnaleziono dopiero w 2010, a wyniki opublikowano aż osiem lat później! Zachodziły problemy z odczytem danych, odpowiednim priorytetem badań oraz sformułowaniem konkluzji. Widać tu, jak łatwo zawiodły wdrożone przecież procedury, o których obecność i egzekwowanie "posądza się" agencję NASA. Zresztą, NASA dostało po lapach za ignorowanie archiwów już w 1990 roku. To nie jedyna taka ich afera.

Z kosmosu do piwnicy

Ale to jeszcze nic. Kilometry taśmy z danymi oraz dwa gigantyczne komputery NASA zostały znalezione, tak po prostu, w piwnicy pewnego zmarłego mieszkańca Pensylwanii. Pod koniec 2015 dokonano surrealistycznego odkrycia w postaci 325 taśm magnetycznych (a więc nośnika, którego wiecznie brakowało) z zapisami nieidentyfikowanych danych, pochodzących z projektów Pioneer 8-11, Helios 1 oraz – z jakiegoś powodu – Intelsat IV.

Pioneer i Helios były używane do badania zjawisk solarno-magnetycznych, ujętych pod zbiorczym określeniem pogody kosmicznej (ze względu na pewne podobieństwa do ziemskiej pogody atmosferycznej). Pioneer 10 to inna historia: zawdzięczamy mu pierwsze szczegółowe zdjęcia Saturna i Jowisza. Intelsat był z kolei satelitą komunikacyjnym, który najwyraźniej był nieco mniej "cywilny", niż mówiono.

Taśm nie udałoby się odczytać, ponieważ były mocno spleśniałe. Zresztą i tak najpewniej zawierały kopie zapasowe: nie wiadomo zbyt wiele o potencjalnie brakujących danych z tamtego okresu. Prawdopodobnie jednak należałoby w celu odczytania ich użyć aparatury znalezionej razem z nimi, czyli tych komputerów. Ich obecność jest jeszcze bardziej absurdalna, niż się wydaje. Nie wiadomo nawet, od czego tu zacząć: przede wszystkim były po prostu potwornie ciężkie. Celem ich wydobycia i zezłomowania użyto dźwigu, podczas gdy najwyraźniej kiedyś zwyczajnie wniesiono do czyjegoś domu, by chillowały w piwnicy bez dokumentacji przez jakieś czterdzieści lat, rdzewiejąc.

Były to zapewne urządzenia jedyne w swoim rodzaju. Wielkie szafy stworzone przez firmę Electronic Engineering Company of California (EECO), zakontraktowane w 1962, zdecydowanie nie były komputerami ogólnego przeznaczenia. Zresztą w tamtych czasach nie można mówić o jakimś wspólnym ustroju programistycznym: każdy duży komputer był unikatem, wymagającym "oddzielnego" fachowca, którego zresztą szybko trzeba było przeszkolić na nowo. Informatyka rozwijała się bowiem tak szybko, że w zasadzie każdy minikomputer był przestarzały w momencie ukończenia prac nad nim. Ponadto, komputery noszą identyfikatory kontraktów niewskazujących na żadną udokumentowaną umowę, a te nie są już tajne. Więc tak naprawdę nie wiadomo nawet, co to w ogóle jest, bo według papierów – nie istnieje.

Wzgardzony Lunar Orbiter

Prawdopodobnie jednak najlepszym dowodem na skandaliczną jakość archiwizacji w wykonaniu NASA, a zarazem doskonałym argumentem za tym, że utrata danych Apollo to nie spisek, a bałagan, jest los danych z projektu Lunar Orbiter. Historia ich pozyskania i odczytania jest niewiarygodna, wręcz romantyczna, ale także nieziemsko (no pun intended) smutna.

Pierwsze zdjęcia Księżyca

Program Lunar Orbiter, jak sama nazwa wskazuje, to projekt zastosowania pięciu orbiterów celem bardzo dokładnego sfotografowania powierzchni Księżyca. Projekt trwał ponad dwa lata i dostarczył danych potrzebnych do wybrania miejsca lądowania modułów LM misji Apollo. Przesłał też pierwsze pełne zdjęcia Ziemi z kosmosu. W tym celu zastosowano wstrząsająco skomplikowaną aparaturę optyczną. Zdjęcia były wykonywane aparatem, którego klisze były skanowane w czasie rzeczywistym (to nie epoka cyfrowych lustrzanek!) i przesuwane na podstawie obliczonego ∆v celem kompensowania ruchu samego orbitera. Dane z owego inżynieryjnego dzieła sztuki zostały zapisane na ponad 1500 szpulach dwucalowej taśmy magnetycznej.

Zebrane dane były bardzo wysokiej jakości, ale wciąż mówimy tu o roku 1966 i czasach sprzed cyfrowej obróbki obrazu. Przesłane dane należało "zdalnie wywołać", nanieść na ręcznie składaną mozaikę, a następnie zrobić im zdjęcie. Paradoksalnie więc, największa strata danych następowała nie podczas transmisji, a podczas ziemskiej obróbki analogowej. Dziś jest odwrotnie.

Zdjęcia, choć marne, spełniły swoją rolę. Pozwoliły opracować pierwszy altas księżycowy, wraz z opisem topograficznym. Przysłużyły się do wybrania miejsca lądowań dla misji Apollo. Oraz dostarczyły publice pierwszych zdjęć Ziemi widocznej z Księżyca, co ponad pół wieku temu chwytało za serce i rozbudzało wyobraźnię niezależnie od swojej niskiej jakości. Amerykanie bowiem nie zdążyli się wtedy jeszcze znudzić podbojem kosmosu, co niewątpliwie nastąpiło dekadę później, prowadząc do umysłowego zwiotczenia, z którego ludzkość nie potrafi się otrząsnąć do dziś.

Marny(?) los oryginałów

W połowie lat siedemdziesiątych w archiwach NASA zaczęło się kończyć miejsce. Liczba danych oraz moc obliczeniowa sprzętu rosły, ale nośniki informacji wciąż nie ulegały zagęszczeniu. Dlatego do jednej z kierowniczek archiwum, Nancy Evans, pewnego dnia zgłoszono się z pytaniem, co zrobić z tysiącami taśm danych projektu Lunar Orbiter. Cel misji został wypełniony, wszystkie dane przetworzone, a następnie zastąpione nowszymi, lepszymi. Z owych powodów, NASA zniszczyła już niezliczone ilości taśm, ulegających jakościowej degradacji. Pani Evans wiedziała, że wraz ze zniszczeniem taśm, nie pozostanie żadna kopia danych zebranych przez pierwszą skuteczną inicjatywę księżycową. Zdecydowała się je zachować. Okazało się, że w ten sposób przyjęła na siebie życiową misję.

Około dziesięcioletnie wtedy taśmy już zdążyły stać się przestarzałym nośnikiem. Nagrano je za pomocą dwumetrowych, ważących tonę, napędów Ampex FR-900. Odczytanie taśm za pomocą złej głowicy, z niewłaściwą prędkością i bez odpowiednich parametrów mogło w najgorszym wypadku doprowadzić do zniszczenia danych lub całych taśm. Takich napędów Ampex wyprodukowano tylko kilkadziesiąt, z czego większość zezłomowano lub przerobiono. Alternatywą było zbudowanie nowych, na co nikt wtedy nie chciał dać pieniędzy, lub polować na "śmieci": zbierać zezłomowane napędy od wojska i instytucji państwowych.

Ciężki sprzęt

Przez kilkanaście lat, Evans znalazła cztery takie napędy. Ze względu na ich olbrzymią wagę i niechęć przełożonych, trzymała je we własnym garażu. Wszystkie okazały się być uszkodzone w rozległy i trudny do naprawienia sposób. Przez lata, chodząc od instytucji do instytucji, archiwistka próbowała zebrać finansowanie na naprawę Ampeksów. NASA wyceniła naprawę na 6 milionów dolarów, dane uznała za nieaktualne i bezwartościowe po czym zakończyła komunikację i zamknęła sprawę. Po trzydziestu latach poszukiwania sprzętu, części oraz możliwości naprawy, Evans straciła nadzieję i w 2005 wystosowała publiczną prośbę do organizatorów konferencji naukowych. W ten sposób odnalazła chętnych naukowców oraz pracowników NASA (która przecież jest olbrzymia), skorych do świadczenia nieoficjalnej pomocy.

Oddział NASA w Mountain View posiadał na własność kilka dużych pomieszczeń, w tym jedno mieszczące niegdyś restaurację McDonald's. Z pomocą przyszedł emerytowany wojskowy Ken Zin, jedyna znana wtedy osoba, która miała cokolwiek wspólnego ze starymi Ampeksami. W pewnym momencie również NASA wykazała się sumieniem i zaoferowała skromne dofinansowanie. W listopadzie 2008, a więc 42 lata po wykonaniu zdjęć, Projekt LOIRP wyprodukował najwyższej jakości zdjęcie wschodu Ziemi nad Księżycem. Zdjęcie to jest oszałamiającym widokiem dla każdego, kto wie na co tak naprawdę patrzy:

Wcale nie jest dziś lepiej

Obecność w pełni cyfrowego przetwarzania danych wcale nie oznacza, że problem traconych danych został rozwiązany. Co gorsza, obecność internetu, tanich nośników, chmur oraz digitalizacji sprawia, że wiele osób mylnie twierdzi, że nie warto się przejmować archiwizacją bo przecież ktoś to robi. Czyżby? Nie trzeba się cofać do czasów niemych filmów (90 proc. wszystkich z nich stracono w trzech wielkich pożarach wytwórni filmowych), lądowania na Księżycu (usunięte dane telemetryczne Apollo), czy nawet zabawnego przykładu Dzienników Telewizyjnych z czasów stanu wojennego (tu też zaszły ciekawe rzeczy), by natrafić na sytuację, w której dysponujemy danymi frustrująco trudnymi do odczytania.

Uparte formaty

Gdy cofniemy się o dekadę, wśród dokumentów znajdziemy poza plikami PDF także pliki w formacie DjVu, które będą wymagały sięgnięcia po rzadsze oprogramowanie. Idąc wstecz jeszcze parę lat, natrafimy na dokumenty w formatach LIT (Microsoft Reader!), Envoy oraz HLP i tutaj zaczną się już większe trudności, ponieważ wiele czytników owych formatów nie działa poprawnie na Windows 10. Przesuwając się ćwierć wieku wstecz, dotrzemy do plików stworzonych w programach, które już nie istnieją i można je uruchamiać wyłącznie w emulatorach, korzystając z cudzego wysiłku archiwistycznego.

Do takich programów należą różne regionalne cuda, jak polski edytor TAG. Chcąc cofać się jeszcze bardziej, natrafimy na problemy z błędnymi stronami kodowymi, wymagającymi ręcznego regulowania programów do odczytu, oraz nośniki o gęstościach i formatach wymagających dedykowanych napędów, jak dyskietki 5¼ cala, dyski JAZ oraz kasety. Odczytanie takich danych może się okazać (i dla wielu już jest)niezłym wyzwaniem.

Martwe oprogramowanie

A mowa tylko o danych wyjściowych! Wśród straconych bitów znajduje się wszak również całe oprogramowanie i to w niesamowitych ilościach. Chodzi nie tylko jakieś mało popularne i nieważne antyki. Biorąc na przykład pod uwagę wyłącznie firmę Microsoft, do zaginionych programów należą: pierwsze prototypy Windows (choć Windows 1.00 również był zaginiony do 2014 roku), stworzone jeszcze pod nazwą Interface Manager, wiele wstępnych wersji OS/2, znanego przez chwilę jako DOS5, pierwsza wersja programu Microsoft Word oraz cały system operacyjny "Multitasking" MS-DOS 4.0, mający przez chwilę być nowym rozdziałem w rozwoju systemu. Drugą wersję 4.0 (!) wydano dobrych kilka lat później, a z poprzednika ostało się tylko zdjęcie.

Choć każdy z tych programów to kawał historii, dziś nie możemy ich znaleźć. Jest przecież o wiele więcej lepszych i ważniejszych przykładów oprogramowania, niż Windows. Coraz częściej zatem będziemy się spotykać z sytuacją odnalezienia danych zapisanych przez zaginiony program na nośniku, którego nie da się odczytać. A nie każda dziedzina trafi na swoją Nancy Evans. I nie ma w tym za grosz nic z teorii spiskowych.

© dobreprogramy