deepin: testujemy chińskiego Linuksa, który ma czym zachwycić Polaków

Strona główna Aktualności
image
Domyślny pulpit Deepin Linuksa. Chiny obfitują w piękne pasma górskie

O autorze

Kilka tygodni temu z jednego z wolnych komputerów w redakcji zniknęło Ubuntu. Jego miejsce zajęła chińska dystrybucja Linuksa o nazwie deepin, z jednej strony zbudowana na bazie dobrze znanych z Debiana technologii, z drugiej niepodobna do niczego co widzieliśmy wcześniej. Dystrybucja zachwyca poziomem dopracowania i wygody użytkowania, przynosi własny pulpit i świetnie zintegrowane z nim aplikacje systemowe i co dla niektórych może być kontrowersyjne, mało zważa na kwestie licencjonowania.

Przygodę z deepinem zaczynamy od pobrania obrazu ISO z systemem. Dużego wyboru nie ma, pobrać możemy mający 3,2 GB plik na 64-bitową architekturę x86. Zgrywamy go na pendrive (lub płytę DVD dla posiadających jeszcze optyczny czytnik) – poradzi sobie z tym praktycznie każdy programik do takiego zgrywania przeznaczony, np. Unetbootin czy Rufus, a potem wystarczy włożyć pendrive w port USB i rozpocząć instalację.

Od razu trzeba zastrzec, że to nie jest dystrybucja do instalowania w maszynie wirtualnej. Owszem, odpalimy ją w VirtualBoksie czy VMware Playerze, ale po uruchomieniu instalatora system rozpozna, że nie działa na metalu i wyświetli komunikat ostrzegający o spadku wydajności i kiepskim doświadczeniu użytkownika. Nie należy jednak sądzić, że deepin wymaga mocnej konfiguracji sprzętowej. Podczas testów działał płynnie na desktopie all-in-one MSI z procesorem i5-2410M, grafiką Nvidia GeForce 540M i 4 GB RAM oraz laptopie Asusa z procesorem Core i3-2365M, zintegrowaną grafiką Intela i 4 GB RAM. Środowisko graficzne z włączonymi wszystkimi efektami zabiera niespełna 400 MB RAM.

Tutaj ciekawostka: deepin okazał się pierwszą linuksową dystrybucją, która bez jakiegokolwiek konfigurowania poradziła sobie z obsługą ekranu dotykowego komputera MSI.

Instalacja

Po wybraniu w menu rozruchowym opcji instalacji, zobaczymy szybko estetyczne graficzne środowisko, z oknem dialogowym pytania o wybór języka – jest tu język polski. Kolejne kroki to podanie loginu i hasła, wybór strefy czasowej z mapy świata oraz partycjonowanie.

To chyba najsłabszy punkt instalatora – pytani jesteśmy, czy chcemy partycjonowanie proste, czy zaawansowane. To proste tworzy na dysku system plików ext4 i jedną partycję wymiany o wielkości 4 GB. Z jakiegoś powodu jednak nie chce to działać, jeśli na dysku zainstalowany był wcześniej Windows. W przeciwieństwie do instalatora Ubuntu nie potrafi zainstalować się też gdzieś obok Windowsa.

Tryb zaawansowany oferuje możliwość stworzenia własnego układu partycji (jak już zauważymy mały przycisk ich dodawania), wskazania ich miejsc montowania w drzewie systemu plików, wskazania miejsca instalacji bootloadera – i to wszystko. O jakichś wolumenach logicznych czy szyfrowaniu można zapomnieć.

Kliknięcie dalej rozpoczyna proces instalacji, po kilku minutach pliki z nośnika instalacyjnego zostają zgrane na dysk, czemu oczywiście towarzyszy pokaz slajdów, prezentujących jak wspaniały jest deepin. Gdy zobaczymy komunikat o pomyślnej instalacji, pozostaje kliknąć przycisk o szumnej etykiecie Doświadcz już teraz. No to doświadczamy.

Komputer zostaje zrestartowany, by uruchomić się w trybie graficznym. Uwaga, jeśli nie posłuchaliśmy ostrzeżenia i uruchomiliśmy deepina w maszynie wirtualnej, zobaczymy ponownie przypomnienie, że to taki sobie pomysł. Tym razem pod komunikatem zobaczymy dwa przyciski – jeden pozwalający pozostawić wszystkie efekty pulpitu (Effect Mode), drugi przełączający go w tryb bez wodotrysków (Common Mode). Między nimi jest przepaść w doświadczeniu użytkownika, te „wodotryski” wcale nie są niepotrzebne, czynią z autorskiego pulpitu Deepin Desktop Environment najprzyjemniejszy linuksowy pulpit, z jakim mieliśmy okazję pracować.

Tak czy inaczej po podaniu loginu i hasła możemy zobaczyć Deepin Desktop Environment. Na starcie niewiele na ekranie: górski pejzaż domyślnej tapety, a przy dolnej krawędzi dock z ikonami na akrylowym panelu.

Interfejs

Dock nie jest zwykłą kalką tego, co znamy z macOS-a. Pierwsza z ikon wyświetla pełnoekranowy widok siatki zainstalowanych aplikacji, można go jednak przełączyć w widok małego panelu z siatką lub bardziej typowego Menu Start. Kliknięcie na ikonach prawym przyciskiem myszy otwiera menu kontekstowe do zarządzania pozycją na docku, niekiedy z dodatkowymi funkcjami sterującym – na przykład aplikacja odtwarzacza muzyki pozwala w ten sposób pauzować czy przechodzić między utworami.

Na docku obok ikon aplikacji znajdują się też kontrolki sterowania – ustawień, kontroli głośności, zamontowanych nośników, godziny i kalendarza, wyłącznika oraz śmietnika.

Ten domyślny tryb nazwano modnym. Kliknięcie prawym przyciskiem myszy na ikonie menu pozwala zmienić tryb na wydajny. Wówczas dock zamieni się w coś na kształt znanego z Windowsa paska zadań, z przypiętymi ikonami i zasobnikiem systemowym po prawej stronie. Nie jest on jednak już taki ładny, więc wracamy do trybu modnego.

Pozostałe elementy interfejsu nie budzą większego zaskoczenia. Okna wyglądają estetycznie. Menu okien aplikacji zostało sprytnie wpuszczone w przycisk umieszczony na ich górnej belce. Okno selektora plików jest ładnie ostylowane, ale funkcjonalnie dość prymitywne – no cóż, na tyle pozwalają biblioteki Gtk.

Do dyspozycji mamy też cztery aktywne narożniki, których zachowanie możemy sobie zdefiniować – dostępny jest m.in. efekt ekspozycji wszystkich okien, pokazanie pulpitu, zrzut ekranu i wyświetlenie ustawień.

Ustawienia

Kliknięcie ustawień powoduje wysunięcie z prawej krawędzi ekranu panelu, dającego możliwość prostego skonfigurowania kont użytkowników, właściwości ekranu (w tym skalowania, rozdzielczości i obrotu), motywu wizualnego fontów i efektów pulpitu, ustawień sieci, łączności Bluetooth i dźwięku, czasu, zasilania, klawiatury i myszy. Tu też możemy wymusić aktualizację systemu i odczytać podstawowe informacje sprzętowe.

Zmiana ustawień nie wymaga żadnych potwierdzeń, co klikniemy, to się dzieje. Panel pamięta swoją ostatnią pozycję, tak więc po powrocie do niego, jeśli coś nam na pulpicie nie pasuje, szybko możemy to zmienić.

Taki pomysł na prezentację ustawień widzieliśmy tylko raz, w Unity 8, które przecież nigdy nie doczekało się oficjalnego debiutu w Ubuntu. A szkoda, jest to naprawdę wygodne i spełnia swoją funkcję. Oczywiście pod względem dostępnych przez GUI ustawień nie ma co się to równać z KDE, ale osoby o małych wymaganiach w zakresie personalizacji, przyzwyczajone do macOS-a czy GNOME będą naprawdę zadowolone.

Aplikacje

Podobnie jak wiele innych linuksowych pulpitów, tak i tutaj mamy do czynienia z rodziną specjalnie przygotowanych aplikacji systemowych, przeznaczonych do uruchamiania w tym środowisku. Niektóre z nich są preinstalowane, pozostałe trzeba sobie doinstalować.

I tak mamy prosty i przejrzysty menedżer plików (Zarządzanie plikami) z obsługą kart i łatwym udostępnianiem w sieci lokalnej, eleganckie odtwarzacze muzyki i filmów, efektowną wyświetlarkę obrazków, programik do zrzutów ekranu, wielofunkcyjną nagrywarkę pulpitu, terminal (oczywiście z przezroczystościami), programik do nagrywania dźwięku, programiki do obsługi drukowania i skanowania w chmurze oraz narzędzie do tworzenia pendrive’ów instalacyjnych z obrazów ISO. Jest tam też całkiem udany program do kopii zapasowych (Deepin Clone), który pozwala szybko zgrać dysk czy partycję do obrazu na zewnętrznym nośniku – i z tego obrazu w razie potrzeby system odtworzyć.

Przede wszystkim jest tam też sklep z aplikacjami deepina (Deepin Store), obsługujący zarówno aplikacje z repozytorium, jak i paczki Flatpak – ale to nie wszystko. Są tam też rzeczy, które oburzą pewnie niejednego fana Wolnego Oprogramowania, a ucieszą Zwykłych Użytkowników. Chińscy deweloperzy nie przejmują się bowiem specjalnie kwestiami licencyjnymi, oferując w tym sklepie co się da, w tym pozycje, których w innych dystrybucjach po prostu nie znajdziemy. Chcecie zagrać w Angry Birds? Nie ma sprawy, jednym kliknięciem gra zostanie pobrana i zainstalowana w systemie, by czekać na uruchomienie.

Zaraz, zaraz, nie ma przecież Angry Birds na Linuksa, prawda? Prawda, ale jest na Androida. Deepin pobiera plik APK i uruchamia go poprzez ARChona – rozszerzenie Chrome. Przeglądarka działa sobie w tle, gracz widzi jedynie okienko androidowej gry. Działa to całkiem sprawnie. Podobnie dobrze wypadają aplikacje webowe, opakowane w przeglądarkę – jednym kliknięciem zainstalujemy np. Pacmana czy Shadow Kings, będą działały w swoim okienku, nikt się nie domyśli, że to jakaś gra w JavaScripcie.

Wspomniane Chrome jest domyślną przeglądarką w systemie, mimo że nikomu chyba nigdy Google nie pozwalało na coś takiego. Inne dystrybucje korzystały albo z Firefoksa, albo z Chromium. W zestawie preinstalowanych aplikacji znajdziemy też inne własnościowe pozycje – podstawowym pakietem biurowym jest wcale nie LibreOffice lecz WPS Office, mamy Spotify, Skype i sklep Steam.

Co warte zauważenia, jest tam też pakiet CrossOver, czyli komercyjna wersja Wine. Najwyraźniej chińscy deweloperzy jakoś dogadali się z firmą CodeWeavers – ta wersja CrossOvera 16 jest specjalnie obrandowana, bardzo dobrze zintegrowana z pulpitem deepin, uruchamianie większości windowsowych aplikacji nie stanowi problemu. I tak 14. miejsce w rankingu najpopularniejszych aplikacji sklepu deepina zajmuje… WinRAR. Instalujemy go oczywiście jednym kliknięciem z poziomu sklepu. Na tle wysmakowanych aplikacji natywnych wygląda dość ohydnie, ale jeśli ktoś lubi aplikacje win32, to będzie zadowolony.

Kompatybilność i wydajność

Pod tym względem deepin linux nie sprawia żadnych problemów. Karty graficzne Nvidii i AMD wykrywane są od razu, dostajemy własnościowe sterowniki. Bez problemu system poradził sobie z dźwiękiem przez Bluetooth, obsługą drukarki laserowej Brothera (z którą w innych dystrybucjach było trochę problemów), podłączanymi przez USB urządzeniami mobilnymi, i gamepadem Dualshock 3. Działał, jak już wspominaliśmy, ekran dotykowy. Właściwie nie ma czego się doczepić.

Jeśli chodzi o wydajność systemu, to można powiedzieć, że jest różnie. W porównaniu do standardowego Ubuntu 17.10, Deepin 15.5 w typowych benchmarkach z pakietu Phoronix Test Suite wypada raz lepiej, raz gorzej – jak dokładnie, zobaczycie w przygotowywanym artykule o wydajności desktopowych dystrybucji Linuksa.

Jeśli jednak chodzi o subiektywnie odczuwalną wydajność systemu, to deepin wypada naprawdę świetnie. Jego pulpit wydaje się znacznie bardziej reponsywny niż wykorzystujące GNOME czy KDE pulpity innych dystrybucji, jest na poziomie tzw. lekkich dystrybucji, korzystających z jakichś OpenBoksów czy LXQt. Jest jednak znacznie bardziej oszlifowany, znacznie przyjemniejszy, to nie ta sama liga co „lekkie dystrybucje”. To Linux, którego można śmiało zainstalować swoim rodzicom. A jeśli sprzęt jest zbyt słaby, by tę oczekiwaną responsywność zapewnić, to jednym kliknięciem można wyłączyć efekty pulpitu.

Prywatność i bezpieczeństwo

Dla wielu osób na samą myśl o używaniu „chińskiego Linuksa” zapala się czerwone światełko. Czy taki system nie będzie raportował wszystkiego co robimy do niesławnego Guo’anbu, Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Chińskiej Republiki Ludowej? Są tutaj trzy możliwe odpowiedzi – paranoika, cynika i pragmatyka. Pierwszy zapewne powie, że nie sposób dowiedzieć się, co faktycznie deepin robi, w jego kernelu mogą przecież znaleźć się rootkity, których nigdy nie odkryjemy. Drugi przytomnie zauważy, że agenci 14. Biura Guo’anbu mają znacznie lepsze rzeczy do roboty, niż sprawdzanie, czy czasem Jan Kowalski nie ogląda pornografii czy nie pobiera spiraconych filmów. Trzeci po prostu przeprowadzi testy, dla spokoju sumienia.

Przeprowadziliśmy taki właśnie test: w maszynie wirtualnej uruchomiliśmy deepina 15.5 z jego kernelem 4.9, śledząc aktywność sieciową w pełni zaktualizowanego systemu podczas zwyczajnych operacji, takich jak praca z WPS Office czy przeglądanie stron w Chrome. W drugiej maszynie wirtualnej uruchomiliśmy deepina 15.5, z którego wyrzuciliśmy jego kernel, w to miejsce instalując kernel Ubuntu 4.9.76 z Mainline PPA, uruchamiając następnie te same aplikacje. Następnie za pomocą skanera Zenmap śledziliśmy różnice w otwartych portach i nawiązanych połączeniach.

Na dzisiaj możemy powiedzieć, że żadnych różnic nie zauważyliśmy. Jeśli deepin wysyła coś do chińskich służb, to robi to w sposób tak zawoalowany, że nie jesteśmy w stanie tego przeniknąć. Nie tylko zresztą my – trzeba podkreślić, że producent deepina, firma Wuhan Deepin Technology Co. Ltd. została przyjęta w poczet członków Fundacji Linuksa. Jej założyciel, Liu Wenhuan, podkreślał na każdym kroku swoje najwyższe uznanie i szacunek dla Linuksa i projektów Open Source. Czy ufacie Fundacji Linuksa?

Zamiast podsumowania

Deepin raczej nie spełni wymagań korporacyjnych użytkowników, potrzebujących wygodnych narzędzi do pracy w grupie roboczej Windows. Nie zapewnia szyfrowania dysków. Nie jest najszybszy, nie ma najmniejszych wymagań sprzętowych. Nie ma domyślnie narzędzi do zarządzania hiperwizorami ani środowisk deweloperskich do node.js czy Railsów.

Jest jednak piękny, wygodny, przez swój sklep pozwala łatwo zainstalować Minecrafta czy Angry Birds, przez CrossOver pozwoli zainstalować Microsoft Office, Photoshopa czy iTunes. To najładniejszy i najbardziej dopracowany „Linux dla początkujących”, jaki zdarzyło się nam widzieć. A jeśli chcecie te wszystkie bardziej zaawansowane narzędzia doinstalować – no cóż, w środku jest Debian.

Najważniejsze linki

© dobreprogramy