iPhone 12 posłowie: szału może i nie ma, ale na pewno nie ma też żenady (opinia)

Strona główna Aktualności

O autorze

Czy jestem jakoś bardzo zaskoczony? Niezupełnie. Oczarowany? Tym bardziej nie. Co jednak kluczowe, nie jestem też zażenowany, a to dla mnie w przypadku premier kolejnych iPhone'ów naprawdę miłe odstępstwo od reguły.

Choć fani Apple'a po tym stwierdzeniu będą gotowi stawiać dla mnie szafot, jedno jest niepodważalne: od czasów iPhone'a X (2017 r.) firma z Cupertino nie pokazała właściwie nic szczególnie odkrywczego. Nie było to może odgrzebywanie trupa, bo forma dziesiątki cały czas zachowuje świeżość, ale na pewno dość intensywne pudrowanie. Połączone w dodatku z pewną opieszałością w dziedzinie podążania za aktualnymi trendami.

Trzy lata. Trzy razy niemalże ten sam smartfon. I niezwykle pasjonujące ogłoszenia pokroju dodania trybu nocnego do aplikacji aparatu. Po całej konkurencji.

A to przecież i tak pikuś wobec bardziej przystępnych w zamyśle iPhone'ów Xr oraz 11, które technologicznie spóźniły się nie rok–dwa, a jakoś pół dekady. Za ekrany LCD i stylistykę inspirowaną drzwiami balkonowymi w smartfonie końca drugiej dekady XXI wieku, i to wycenionym na ponad 3,5 tys. zł, ktoś powinien literalnie dostać po uszach. Młotkiem.

Ja wiem, że klienci się rzucili i summa summarum wyszły dwa najlepiej sprzedające się smartfony lat 2018-19, ale ci sami klienci w znacznej części wzięliby każdy smartfon z nadgryzionym jabłkiem na pleckach. Nawet gdyby w roli ekranu miał wyświetlacz lampowy przywieszony na kablu, to znalazłaby się grupa wykrzykująca, że przecież retro jest w modzie, a zastosowanie właśnie takiej konstrukcji zmniejsza o 0,3 proc. ślad węglowy na Wyspach Zielonego Przylądka, więc jeszcze bardziej spoko. I nawet młotkiem byśmy im tego nie wybili.

Niemniej jednak z iPhone'em 12 jest inaczej. Ze wszystkimi iPhone'ami serii 12 jest inaczej. Apple bowiem po raz pierwszy od dłuższego czasu pokazał urządzenia, których nikt nie musi bronić. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Po prostu wszystko ma tu sens; jest do bólu racjonalne. Ot, ruch doświadczonych inżynierów, ale bez księgowych za plecami.

Narzekasz na wygląd ostatnich iPhone'ów, wspominając z łezką w oku ostre kształty czwórki lub piątki? Załatwione – lekcję odrobiono. Ekran LCD wywołuje u ciebie apopleksję? Załatwione – OLED w każdym modelu. Pragniesz bezkompromisowej szybkości? Załatwione – chip A14 i modem 5G czekają w blokach startowych. A może brakowało ci oryginalności i innowacji? Też załatwione – MagSafe to raczej nie rewolucja, ale na pewno powiew świeżości, a nagrywanie wideo 4K w Dolby Vision przez iPhone'a 12 Pro robi przeogromne wrażenie.

Powtórzmy: rewolucji nie uświadczono. Nie ukrywajmy jednak, że ciężko byłoby się takowej w ogóle spodziewać. Nie w czasach, w których wysokopółkowe smartfony pokazywane są częściej niż nowe kolekcje odzieży w sieciówkach. Kluczem jest, że fani Apple'a w końcu nie zostają zostawieni na lodzie. Że mają coś świeższego niż zazwyczaj.

Jeśli chcesz się do iPhone'ów 12—mówiąc nieładnie—przyczepić, to z łatwością coś znajdziesz. Choćby ekran odświeżany z częstotliwością ledwie 60 Hz, co konkurencja taka jak Google, OnePlus czy Samsung porzuciła co najmniej generację wstecz. Albo brak ładowarki w zestawie tłumaczony względami ekologicznymi. Niemniej idąc tym tropem, można znaleźć coś na każdy smartfon. Na Note20 Ultra — procesor w regionie europejskim, na OnePlusa 8 Pro — ogólną jakość zdjęć, na Huaweia P40 Pro – niedostatki ekosystemu.

Tymczasem Apple, patrząc z czysto technicznego punktu widzenia, niniejszym przestaje być czarną owcą w stadzie. Jak każdy ma swoje plusy i minusy, a nie odstaje o lata świetlne, nadrabiając głównie systemem operacyjnym. I marketingiem.

© dobreprogramy
s