Koniec negocjacji UE w sprawie praw autorskich i „ACTA 2.0”. Efekty rozczarowują

Strona główna Aktualności
Koniec negocjacji UE w sprawie praw autorskich i „ACTA 2.0” (depositphotos)
Koniec negocjacji UE w sprawie praw autorskich i „ACTA 2.0” (depositphotos)

O autorze

Przedłużająca się batalia prawna o Artykuł 13 Dyrektywy o Prawach Autorskich, zwany potocznie „ACTA2” lub przesadnie „podatkiem od linków” jest już niemal zakończona. Zamknięto dziś negocjacje trójstronne na ten temat, czego efektem jest sformułowanie finalnej wersji tekstu dyrektywy. Składa się na nią w obecnym kształcie propozycja opracowana przez Francuzów, z uwzględnieniem niemieckich zastrzeżeń, wniesionych na późniejszym etapie procedowania. W opinii komentatorów, ustalona postać Dyrektywy sprzyja interpretacjom istotnie ograniczającym przepływ treści w internecie, wymuszając na gospodarzach serwisów wprowadzenie filtrów publikacji, celem zabezpieczenia się przed pozwami o naruszenie praw autorskich.

Jednolity Rynek Cyfrowy

Przypomnijmy – opracowywany dokument jest częścią szerszej inicjatywy legislacyjnej, znanej pod nazwą Jednolitego Rynku Cyfrowego (Digital Single Market, DSM). Dotyczy on uregulowania form egzekwowania roszczeń w kwestii praw autorskich, co jest nierzadko trudne w sieci, zwłaszcza w porównaniu z szeregiem mechanizmów Copyright z obszarów bardziej klasycznych, niż internet (np. prasa). Ze względu na naturę treści publikowanych w internecie, ich cytowanie, przerabianie i wprowadzanie we wtórny obieg jest niezwykle proste. Propagacja materiałów bardzo często odbywa się w sposób zupełnie pozbawiony kontroli twórcy, co wedle wielu twórców, np. internetowych wydań gazet, znacząco nadużywa definicję cytatu, podważając stabilność źródeł dochodu. Całkowita swoboda wymiany materiałów powinna zatem zostać poddana regulacji, umożliwiającej odzyskać „stratę” wygenerowaną wskutek nieobjętego monetyzacją przepływu contentu. Przez regulację jest tutaj rozumiane uniemożliwienie publikowania materiałów naruszających prawa autorskie lub sprawne zapewnienie, że platforma hostująca zdobędzie wymagane licencje. Niniejszy mechanizm musiałby zostać wprowadzony przez wszystkich usługodawców oferujących możliwość publikowania swoich treści (blogów, ilustracji, skanów itd.). Sęk w tym, że wprowadzenie takich regulacji, o czym marzy tradycyjna prasa i podejrzanie wielu polityków, jest niezwykle trudne w technicznej realizacji.

Filtrowanie treści

Co ciekawe, twórcy legislacji wydają się mieć, chociaż częściową, świadomość tego faktu. W ten sposób w propozycji dyrektywy znalazły się wyjątki, redukujące kontrolę nad publikowanymi treściami. Ze względu na ogrom wysiłku (technicznego lub organizacyjnego), z obowiązku analizowania treści dostarczanych przez użytkowników zwolnionoby tzw. „mniejsze portale”. Mniejsze w ujęciu dużej skali: czyli takie bez pięciu milionów użytkowników miesięcznie, z rocznymi obrotami niższymi niż €10 mln i stażem krótszym niż 3 lata. Można ulec złudzeniu, że sprawa nie jest rzeczywistym problemem, ponieważ usługodawcy większych rozmiarów, ze względu na zasoby finansowe i zaplecze ludzkie, nie będą miały problemów z wdrożeniem tak bezwzględnej dyrektywy. Jest to jednak mylne założenie, ponieważ największe portale właśnie ze względu na efekt skali, będą dotyczyć największej liczby użytkowników. Ze względu na potwierdzoną, ograniczoną skuteczność procesu filtrowania, regulowane publikacje w wielu przypadkach doprowadzą do błędnych diagnoz, skutkując nadużyciami w stosowaniu blokad. Filtry treści musiałyby bowiem być zautomatyzowane: w serwisie YouTube co minutę pojawia się trzysta godzin nowych filmów.

Za i przeciw

Przeciwko takiej postaci dyrektywy protestują razem duzi i mali gospodarze serwisów publikowania treści. Google, właściciel YouTube'a wyraża stanowczą dezaprobatę, bojąc się zapewne jeszcze silniejszego sprzeciwu wobec swojej polityki filtrowania demonetyzowania filmów. Nie bez znaczenia jest również ryzyko upośledzającego wpływu na usługę Google News. Działa ona bowiem w całości w oparciu o coś, co prawa DSM uznałyby na rozszerzone cytowanie, skutkiem czego możliwe byłoby dochodzenie swoich praw o opłaty za treści, czyniąc usługę nieopłacalną. Słychać też głosy przeciwne: europejskie Stowarzyszenie Autorów Audio-Wideo (Société des Auteurs Audiovisuels, SAA), czyli „europejski ZAiKS”, głosem niemal trzydziestu sygnatariuszy, głośno apeluje o przyjęcie dyrektywy. Ma ona „zakończyć niejasność prawną w kwestii dochodzenia swojego należnego wynagrodzenia” przez twórców, w tym tych online.

Dyrektywa nie jest jest jeszcze uchwalona. Zakończono jednie negocjacje trójstronne, czyli tzw. „trilog” między delegatami Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej oraz Rady Unii Europejskiej (obie izby legislacyjne oraz władza wykonawcza). Presja ze strony negocjatorów PE jest opisywana jako wstrząsająco silna i niemal umykająca racjonalnym wytłumaczeniom. Parlamentarny negocjator Axel Voss z Europejskiej Partii Ludowej (EPP, do której należy jego macierzysta niemiecka CDU) nie ułatwiał dyskusji, oceniając argumenty protestujących jako kłamliwe. Co więcej, jego aprobata dla wariantu optującego za filtrowaniem treści okazała się silniejsza od krajowych zobowiązań koalicyjnych wobec CSU oraz opinii niemieckiego ministra cyfryzacji.

Polskie stanowisko

Mimo rozbudowania instytucji Unii Europejskiej, powszechna debata na temat wspólnej legislacji jest znikoma, co widać również w Polsce. Temat był praktycznie nieobecny w mediach i nieznany opinii publicznej, zajętej innymi kwestiami. Nie pomagały też słowa polityków, jak podejrzenia Dariusza Rosati, że cała kampania jest operowana przez boty. Nie istnieje też wyraźna deklaracja polityczna w kwestii opinii o filtrach u naszych rodzimych europarlamentarzystów. Do Europejskiej Partii Ludowej należy na przykład Platforma Obywatelska, ale w ramach EPP wyniki głosowań są niezrozumiałe i niejednorodne. Za filtrami opowiada się na przykład Jerzy Buzek i Danuta Hübner, ale Michał Boni i Róża Thun opowiedzieli się przeciwko. Boni, będący niegdyś polskim ministrem cyfryzacji, skonfrontowany z przeciągającym się impasem, słusznie zasugerował nawet usunięcie Artykułu 13 z tekstu Dyrektywy. Mimo, że partie polityczne nie są jednolicie myślącymi blokami ludzi o identycznych poglądach, rozrzut opinii na temat Dyrektywy w polskiej frakcji EPP jest nietypowy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę deklaracje PO dotyczące woli walki o wolność publikacji w internecie.

Wynika to między innymi z olbrzymiej rozległości przepisów Jednolitego Rynku Cyfrowego (nie jest tak, że głosowano wiele razy to samo, w międzyczasie z tekstu wypadło wiele dziwnych zapisów). Niestety, ze względu na zawiłość tematu, łatwo tu o przypięcie łatki stronnictwa niekonsekwentnego. Medialna chłonność na Artykuł 13 w Polsce jest jednak obecnie zbyt niska, by zabierać się za prostowanie tej kwestii. Pomijając kwestie doraźne, w postaci przyjęcia szkodliwej postaci legislacji, tak niemrawa debata publiczna to złe rokowanie na przyszłość, zwłaszcza w świetle australijskich eksperymentów z szyfrowaniem, które wkrótce zacznie przybywać i do nas.

Co dalej?

Prawdopodobnie 18 lutego ostateczny tekst dyrektywy zostanie zatwierdzony przez Biuro Prawne PE. Następnie tekst będzie głosowany przez Radę Unii Europejskiej. Jest to organ legislacyjny, ale składa się z wysłanników rządowych każdego kraju członkowskiego. Zanim Dyrektywa stanie się prawem egzekwowanym przez Komisję Europejską (organ wykonawczy, brał udział w negocjacjach), musi jeszcze przejść przez Parlament. Głosowanie odbędzie się na przełomie marca i kwietnia. Jeżeli uda się zamrozić Dyrektywę na tym etapie, temat powróci dopiero po wyborach do PE.

© dobreprogramy