Patapony to nadal bogobojne stworzonka – zatańczą tak, jak zagra im stwórca. Dosłownie. Gracz wciela się w rolę wszechmogącego, który odpowiednimi uderzeniami w bębny prowadzi wyznawców ku zwycięstwu i chwale. Przykładowo: wystukane kolejno „pata, pata, pata, pon” (kwadrat, kwadrat, kwadrat, kółko), armia odbierze jako „marsz” i raźno powędruje do przodu. Na komendę „pon, pon, pata, pon” (kółko, kółko, kwadrat, kółko) – przypuści atak, i tak dalej. Banał? Nic podobnego. Sekwencje muszą być odpowiednio wpasowane w rytm, zatem byle jakie walenie po przyciskach na nic się nie zda. Dodatkowo, umiejętne wybicie na bębnach kilku rozkazów pod rząd jest nagradzane tak zwanym „Fever”, czyli czymś w rodzaju szału bitewnego, w który wpadają Patapony. Są wtedy dużo bardziej agresywne, wytrzymałe i ogólnie – stają się lepszymi wojownikami. Nawet w sposób zdecydowanie bardziej żywiołowy wyśpiewują swoje wojenne hymny.
Zdobycie „Fever” to jednak najmniejszy problem. Prawdziwym wyzwaniem jest wydawanie poleceń z idealnym wyczuciem czasu. Mówiąc „idealnym” mam na myśli IDEALNYM – co niejednemu przysporzy dużych trudności. Otóż widzicie, poprawne wybębnianie pon, pata oraz chaka, to jedna sprawa. Jeśli zaś chcemy uzyskać możliwie najczystszy dźwięk – a w praktyce aktywowanie specjalnej zdolności bohatera – trzeba się nieźle postarać. Zgubienie perfekcyjnego rytmu w ferworze walki to kwestia dosłownie minimalnej pomyłki, a ta może doprowadzić do rychłej klęski. Zwłaszcza w dalszych etapach zabawy. Jeśli komuś sprawiał trudności wydany rok temu Patapon, niech do „dwójki” nawet nie podchodzi. Jest wyraźnie trudniejsza i wymaga włożenia sporej ilości czasu w ulepszanie oddziałów, by jakoś przebrnąć przez kolejne misje. Owszem, niby dodano opcję wyboru niskiego poziomu trudności, niemniej „normal” dla wielu może okazać się nie do okiełznania.
Rzekłbym nawet, że w tej materii producenci lekko przegięli. Już nawet nie chodzi o to, że perfekcyjne wpasowanie się w rytm wymaga nie lada umiejętności i wyczucia, bo to można wypracować. Rzecz rozbija się o konieczność ciągłego podbijania poziomu Pataponów, co jest dość czasochłonne i nieraz irytujące. Podejście do nowo odblokowanego zadania zazwyczaj wiąże się z ponownym wypełnieniem któregoś z poprzednich – po to, by zdobyć mocniejszy ekwipunek oraz materiały do ulepszenia armii. Wrogowie z misji na misję robią się coraz twardsi, więc i my nie możemy zaniedbywać pakowania. Normalnie jak w rasowym japońskim RPG - a to akurat nie każdemu może pasować. Za to samo windowanie doświadczenia kolejnych jednostek i tworzenie nowych oddziałów zostało bardzo dobrze przedstawione, mianowicie za pomocą tzw. drzewa ewolucyjnego, które jest nowością w serii.
[break/]Bardzo prosty, intuicyjny patent – wybieramy klasę wojska (na przykład oddziały konne, posługujące się łukami, grubasy z maczugami...) i sami modelujemy, w którym kierunku ma ewoluować: na co ma być odporna, czy silna, czy raczej szybka i tak dalej. Każda klasa ma swoje, nazwijmy to, „podgatunki” charakteryzujące się określonymi cechami. Można albo pchać je dalej w rozwoju, w efekcie uzyskując zupełnie nowe Patapony, albo skupić się na żyłowaniu statystyk obecnie posiadanych – jak kto woli. Możliwości jest od groma, wszyscy entuzjaści "kustomizacji" swoich podkomendnych będą w niebie. Z drugiej strony niedzielny gracz może mieć małe trudności z dokładnym ogarnięciem pataponowej ewolucji, gdyż niektóre jej meandry nie są odpowiednio wytłumaczone w grze. Przydałoby się więcej instrukcji.
Jak wspomniałem, drzewo pozwala również odkrywać nowe rodzaje stworków. Oprócz gwardii znanej z „jedynki” (Tatepony, Yaripony, Kibapony...) pojawiają się też nowe jednostki, wraz z latającymi. Jednak największym powiewem świeżości jest wprowadzenie do gry bohatera stojącego na czele całej armii jednookich stworków. W zależności od profesji, jaką mu przydzielimy, będzie mógł na przykład cisnąć w przeciwników zatrutą włócznią, zapewnić postaciom chwilową nietykalność, czy też rozpocząć szarżę maczugą, niszcząc wszystko na drodze. Aby aktywować taką dodatkową zdolność, należy z idealnym wyczuciem wybić na bębnach jedną z komend – co, jak już wiecie, nie jest łatwe. Na nieszczęście, w późniejszych misjach bez tego ani rusz. Bo pisałęm, że gra jest trudna, prawda? No tak, pisałem. Często nie wystarczy nawet doskonałe wpasowanie się w rytm wojennych brzmień – oprócz tego trzeba też ruszyć głową. Wziąć pod uwagę warunki pogodowe (łucznicy, mając wiatr w oczy, nie na wiele się zdadzą), znaleźć słaby punkt bossa, w odpowiednim momencie wywołać deszcz, żeby ugasić płonącą pod nogami trawę... Taktyka walki odgrywa tu chyba nawet większą rolę niż w pierwszym Pataponie. Ale to akurat dobrze.
Skoro walka potrafi nabrać tak strategicznego zacięcia, aż chciałoby się zmierzyć z żywym przeciwnikiem. Niestety, takiej opcji nie ma, choć w grze zaimplementowano tryb wieloosobowy. Maksymalnie czterech graczy może wcielić się w pojedynczych bohaterów i wspólnymi siłami dotargać jajo bossa (takie zniesione) na koniec poziomu. Oczywiście po drodze pokonując jednego z dużych przeciwników. Zabawa jest całkiem niezła, szczególnie że Patapon 2 obsługuje Game Sharing, niemniej brak możliwości starcia się z armią innego gracza trochę boli. No nic, jest zatem czego oczekiwać od „trójki”. Życzyłbym sobie również jakichś zmian w szacie graficznej - tutaj jest ona taka sama jak w pierwszej części serii. Nie stanowi to wady samej w sobie. Spójrzcie chociażby na obrazki - ślicznie się to prezentuje, a w ruchu nawet śliczniej. Ale żeby część wizualiów została żywcem przeniesiona z pierwowzoru? Żeby czasem trzeba było przebijać się przez dobrze znane poziomy i pokonywać starych przeciwników? To już lekkie lenistwo producentów.
Narzekanie, narzekaniem, ale nie ma co gadać - Patapon 2 to i tak pełna rewelacja. Gracze zaznajomieni z pierwszą odsłoną serii docenią kilka nowych patentów oraz masę świeżych misji, które starczą na dobre dwadzieścia godzin szarpania. Będą też mieli łatwiejszy start, gdyż gra obsługuje zapis stanu z „jedynki” - co oznacza, że pozwala korzystać z uprzednio zdobytego ekwipunku. Miło. Jednak jeśli ktoś nie miał wcześniej styczności z sympatycznymi Pataponami, niech bierze pod uwagę mocno wyśrubowany poziom trudności gry. No, ale też beczki miodu, jakie w sobie skrywa.