Pani Krysia z księgowości – odcinek 28: trzy razy nie

Czyli moja, krótka historia o asertywności. Historia, która nie będzie o Windowsie 10, historia w której nie będę narzekał i historia, która nie pewno będzie odkrywcza. Owszem zainstalowałem Windowsa 10, ale nie będę narzekał – podoba mi się, nie będę wracał do poprzedniej wersji, nie będę miał żadnego „ale”. Dziś nie będę narzekał na fachowców-informatyków, dziś nie będę odsłaniaj niskiej świadomości klientów, ale nie powiem, że będzie coś co pojawia się po raz pierwszy… dziś będzie o klientach. Będzie, trochę tak negatywnie, nie chodzi o to aby kogoś obrażać, nie chodzi o to, żeby się żalić, nie chodzi to by robić z siebie najmądrzejszego.

Dawno, dawno temu miałem banalnie proste zlecenie – dołożyć pamięci RAM do laptopa, nie pamiętam dokładnie ile, nie pamiętam dokładnie jaki to był model i nie pamiętam w jakim celu. Coś mi świta, że nie było tam ani dobrego procesora, nie było tam nowoczesnego systemu i sugerowałem klientowi, że dołożenie ramu niewiele pomoże. Zgodnie z zasadą „klient nasz Pan” nie protestowałem gdy Pan Bogdan nie wziął moich sugestii pod uwagę, wyglądało na to, że nie ma zamiaru mnie słuchać. Ja mu mam tylko kupić pamięć, rozkręcić laptopa i ją tam włożyć, nic innego nie powinno mnie interesować, nie powinno mi to sprawić problemów, nie powinno być komplikacji.

I nie było, nie było komplikacji, nie było problemów. Wszystko poszło sprawnie, chodź dziadek xp nie bardzo wiedział co to znaczy mieć więcej ramu, laptop nigdy nie widział takiej ilości, a nawet Pan Bogdan nie wiedział w zasadzie czemu chce tego ramu dołożyć, to wszystko poszło wręcz bezbłędnie. I w sumie bym zapomniał o tym, nigdy bym nie zakwalifikował ten interwencji jako nietypowa, gdyby nie to, że po prawie dwóch latach Pan Bogdan zgłosił, że nie jest zadowolony z moich usług.

Może nie powiedział tego bezpośrednio i może nie do końca mu o to chodziło, w każdym razie nie skierował do mnie miłych słów po takim czasie… Tylko od razu… nie no, nie powiem, że „z mordą”, ani nie powiem, że „z pyskiem”, nic z tych rzeczy... Dobra, koniec z tym pisaniem 3 razy "nie" w każdym zdaniu. Myślę, że wystarczy na wprowadzanie negatywnego tonu do dzisiejszego wpisu. Pan, szanowny klient zadzwonił do mnie po prawie dwóch latach z wielkimi zażaleniami gdyż nie działa mu Internet. A że ja mu dokładałem kiedyś jakąś pamięć to może coś wtedy się zepsuło... Tak, można być, aż takim nieuświadomionym człowiekiem...

Boguś kurde nie szalej - pomyślałem sobie. Pomyślałem też, że zignoruje jego głupie gadanie i przez telefon wypytam o problem. Może rzeczywiście to ja coś zepsułem, a Pan Bogdan nie zauważył tego przez 1,5 roku? Po dosyć długim rozmawianiu ze ścianą wyszło, że ten problem występuje od tygodnia. Także widzicie jak ten czas leci, ani się człowiek nie obejrzy, a tu choroba z pamięci RAM przechodzi na kartę sieciową… Jedną bądź drugą. Bo nawet nie wiedziałem co jest do końca zepsute. Ba! Żeby tylko czas! Ta technologia jak się posunęła do przodu.

SPISEK!!! Niecałe dwa lata temu tak zaprogramowałem laptopa, żeby zepsuł się właśnie teraz. Już czym prędzej zgłoście to do Unii Europejskiej. Właśnie tak sugerował mi Pan Bogdan, więc…

Ale pomyślałem sobie, że nie można zostawić tak klienta samego, więc zaproponowałem, że przybędę, obejrzę, naprawię. I tutaj dostałem cegłą w twarz: „Ale ja za to nic nie będę musiał płacić?”…

Boże… Daj mi siły…

Wszelkie spokojnie próby wyjaśnień nie przynosiły efektu. A naprawdę starałem się mówić spokojnie, zrozumiale i jasno. Aż w końcu postanowiłem uderzyć:


  • Pierwsze „nie”: Nie, nie uważam by moja wymiana RAMU sprzed 1,5 roku miała związek z tym, że Internet nie działa od tygodnia.

  • Drugie „nie”: Nie, nie będę naprawiał tego w ramach gwarancji.

  • Trzecie „nie”: Nie, nie będę się nad królewiczem kłaniał. I chował swój honor bo jaśnie Pan wysunął teorie znikąd.

Do widzenia! Interwencja zakończona. Koszt: 30 minut męczącej rozmowy. Na szczęście to klient dzwonił.

Uderz do jednoosobowej redakcji Pani Krysi na PW: [klik]

Lub napisz oficjalnie w komentarzach.