Podstawowym zdaniem elektronicznego tatuażu ma być zbieranie dźwięków przechwyconych prosto z naszych krtani. Pomysł nie jest nowy — zewnętrzne laryngofony były używane już przez żołnierzy Wehrmachtu podczas drugiej wojny światowej. Wadą takiego rozwiązania jest jednak to, że urządzenie musi ściśle przylegać do skóry, by dźwięk nie był zniekształcony. Dlatego pomysł wytatuowania go nie jest pozbawiony sensu, bo dzięki temu można być niemal pewnym, iż urządzenie (o ile skóra nie straci na jędrności) będzie prawidłowo przymocowane.
Na zbieraniu dźwięków możliwości tatuażu mają się nie kończyć, bo ukryta w nim elektronika ma mieć możliwość łączenia się z innymi urządzeniami za pośrednictwem NFC, Bluetooth lub innego standardu przesyłania danych na niewielką odległość. W ten sposób człowiek (czy może raczej użytkownik?) mógłby „sparować się” ze smartfonem, tabletem, okularami albo innym sprzętem, który w przyszłości znajdzie się w jego kieszeni. Tatuaż miałby czerpać energię z bliżej nieokreślonej baterii.
Poza dość oczywistą funkcją odbierania dźwięku w głośnym otoczeniu, wytatuowany mikrofon mógłby także pracować w trybie… wykrywacza kłamstw. Wszystko dzięki wbudowanemu galwanometrowi, który mierzyłby reakcje skórno-galwaniczne. W tym przypadku Motorola Mobility powołuje się na zasadę działania wariografu, który pozwala wychwycić różnice w przewodnictwie elektrycznym skóry badanego podczas wypowiadania kłamstw i mówienia prawdy.
Motorola pod wodzą Google zdaje się dość intensywnie pracować nad technologiami służącymi do „ucyfrowienia” ludzi. Kilka miesięcy temu przedstawicielka firmy przekonywała, że elektroniczny tatuaż na przedramieniu lub pigułka z elektroniką, która rozgości się w naszych żołądkach, mogą zmienić oblicze branży IT.