r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

E-stonia, czyli jak Estonia zrobiła pierwszy krok ku dobrowolnemu państwu bez granic

Strona główna AktualnościINTERNET

Zdarzało się nie raz, że w publikowanych na naszych łamach artykułach używaliśmy neutralnego z politologicznej perspektywy terminu „reżim” na określenie władz krajów, które nie są postrzegane jako dyktatury. Nawet jeśli jest to pewnego rodzaju nadużycie (znaczenie „reżimu” w języku potocznym jest zdecydowanie pejoratywne), to ma ono głębszy sens, szczególnie dziś, gdy Internet stał się integralną częścią rzeczywistości. Internet przyzwyczaił nas bowiem do swobodnego wyboru. Niezadowoleni z Gmaila mogą przenieść skrzynkę pocztową do Outlook.com. Niezadowoleni z Outlooka mogą przenieść się do Zoho. Niezadowoleni z Zoho mogą uruchomić własny serwer poczty – bo kto im zabroni sięgnąć po qmaila na Debianie? Ta normalna dla cyberprzestrzeni wolność wyboru w rzeczywistości politycznej praktycznie nie istnieje. Obywatel niezadowolony z polityki swojego państwa wcale łatwo państwa zmienić nie może. Niemal wszyscy ludzie na Ziemi żyją pod jurysdykcją organizmów państwowych, zdecydowana większość z nich umrze w ramach tych samych struktur, w których się narodziła. Nie zawsze jednak tak było. Okres europejskiego średniowiecza był pod względem samej koncepcji państwowości znacznie bardziej elastyczny. Koniec feudalizmu to zarazem początek dominujących do dziś państw narodowych. Czy jednak na tym ma skończyć się polityczna historia ludzkości? Eksperyment prowadzony w Estonii pokazuje, że przyszłość może wyglądać w tej kwestii bardzo odmiennie od tego, do czego przywykliśmy.

Nie podoba się? Zmień sobie państwo na lepsze

Dość znany internetowy komiksiarz Zach Weinersmith (Saturday Morning Breakfast Cereal) popełnił w zeszłym roku ciekawą książeczkę pt. Polystate: a Thought Experiment in Distributed Goverment (Wielopaństwo: eksperyment myślowy w rozproszonej formie rządów). Rozważa w niej ciekawy problem: jak wyglądałby świat, gdyby władza rządów nie rozciągała się nad ziemią, lecz nad umysłami swoich obywateli? Takie wielopaństwo Weinersmitha jest geopolitycznym bytem, w którym występuje wiele antro-państw. Każde takie antropaństwo składa się z obywateli, którzy przyjęli prawa pewnego niegeograficznego państwa. Każdy z obywateli wielopaństwa może swobodnie zmieniać antropaństwa zgodnie ze swoimi poglądami, nie musząc udawać się na fizyczną emigrację.

Tak jak dziś, w ramach normalnego demokratycznego państwa katolicki integrysta zobowiązany jest przestrzegać praw stanowionych, będących efektem parlamentarnej ścieżki legislacyjnej, tak w wielopaństwie taki integrysta mógłby zdecydować się na życie w katolickim antropaństwie, którego prawa, wywiedzione np. wprost z nauk św. Tomasza dotyczyłyby tylko jego – i innych katolików, nie miałyby natomiast władzy nad żyjącymi w wielopaństwie komunistami, anarchokapitalistami, socjaldemokratami czy liberałami. Pozostaje oczywiście problem sporów pomiędzy samymi mieszkańcami wielopaństwa należącymi do różnych antropaństw, ale i tu znane są historyczne rozwiązania takich sytuacji. W imperium osmańskim funkcjonował np. system milletów, dzięki którym nieislamskie ludy o różnych religiach i kulturach mogły żyć w relatywnej harmonii. Millety ustanawiały własne prawa, zbierały własne podatki, miały pełną suwerenność w kwestiach sądowniczych nad swoimi członkami. Gdy członek jednego milletu popełnił przestępstwo przeciwko członkowi drugiego milletu, stosowano po prostu prawa strony poszkodowanej.

r   e   k   l   a   m   a

Dzisiaj w erze wszechpotężnych państw narodowych samo pomyślenie, że mogłoby być inaczej, jest trudnym wyzwaniem. Takie wyzwanie podjęli jednak politycy Estonii. Ten niewielki kraj, liczący ok. 1,3 mln mieszkańców, chce w ciągu najbliższych dziesięciu lat pozyskać około 10 mln e-rezydentów, czyli ludzi, którzy dobrowolnie zdecydowali się powiązać z Estonią swoje życiowe przedsięwzięcia, nawet jeśli nie znają ani słowa po estońsku.

ID-kaart, bo żyjemy w XXI wieku

Fundamentem całego projektu jest rozwiązanie, które w samej Estonii funkcjonuje od 2007 roku – ID-kaart, czyli estoński dowód osobisty. Od znanych nam polskich dowodów osobistych różni się przede wszystkim umieszczeniem w nim czipu, przechowującego kluczowe informacje o tożsamości posiadacza: imienia i nazwiska, krajowego numeru identyfikacyjnego, ale przede wszystkim kluczy kryptograficznych, dzięki którym można podpisywać cyfrowe dokumenty. Taki cyfrowy podpis, na mocy estońskiego prawa, jest całkowicie równoważny odręcznemu podpisowi na fizycznym dokumencie. Dzięki cyfrowemu ID-kaart możliwe stało się nie tylko korzystanie z rozmaitych usług estońskiej e-administracji, kupowanie biletów na transport publiczny czy rejestrowanie się do lekarza (ID-kaart obsługuje już łącznie ponad 4 tys. usług), ale też już dwukrotne przeprowadzenie internetowych wyborów parlamentarnych.

A co, jeśli ID-kaarty zaoferować ludziom spoza Estonii? 21 października 2014 roku parlament tego kraju jednogłośnie przyjął ustawę, na mocy której estońskie cyfrowe narzędzia tożsamości będzie można zaoferować obywatelom innych krajów. Program otrzymał oficjalną nazwę e-Residency (e-rezydentura). Otrzymanie e-obywatelstwa nie oznacza co prawda uzyskania praw obywateli Estonii, nie daje nawet prawa wjazdu na terytorium tego kraju, ale zapewnia dostęp do bezpiecznych e-usług, z których Estończycy korzystają już od lat. Władze Estonii mówią otwarcie: zmierzamy do idei państwa, które nie ma granic.

Obywatele E-stonii (bo tak nieoficjalnie zaczęto nazywać wirtualną wspólnotę tych, którzy zdecydowali się wystąpić o e-Rezydenturę Estonii) otrzymują więc swoją ID-kaart, zawierającą certyfikaty i klucze pozwalające na zalogowanie się do świadczonych przez estoński sektor prywatny i państwowy usług elektronicznych, jak również bezpieczne podpisywanie dowolnego typu cyfrowego dokumentu. Co szczególnie istotne, podpis taki jest prawnie wiążący na terenie całej Unii Europejskiej, można go także stosować w umowach cywilnych zawartych we wszystkich krajach świata.

Człowiek wyposażony w estoński dowód osobisty może więc błyskawicznie podpisać dowolny dokument, w ciągu kilku minut założyć konto w estońskim banku, przeprowadzać transakcje online niezależnie od miejsca zamieszkania, a co szczególnie ciekawe – w ciągu co najwyżej godziny założyć w Estonii działalność gospodarczą, i zdalnie rozliczać swoje podatki z estońskim urzędem skarbowym (który jest tak uprzejmy, że przyjmuje deklaracje nie tylko po estońsku, ale też w języku angielskim).

Tak dla biznesu, nie dla oszustów

Póki co uzyskanie estońskiej e-rezydentury wymaga pewnych działań pozainternetowych. Co prawda o swoją kartę wystąpić może każdy, kto skończył 18 lat, ale by było to skuteczne, musi odwiedzić posterunek estońskiej straży granicznej, wypełnić tam papiery, dać sobie zeskanować odciski palców i zrobić zdjęcie twarzy, a następnie zapłacić 50 euro i poczekać do dwóch tygodni. W tym czasie estońskie służby mają sprawdzić tożsamość zainteresowanego i stan jego karalności – tak by uniknąć wydawania kart oszustom i przestępcom. Do końca tego roku proces ten ma jednak ulec uproszczeniu, tak by nie trzeba było odwiedzać Estonii, by uzyskać jej e-Rezydenturę. Docelowo karta wydawana ma być w ambasadach tego kraju na całym świecie.

Władze Estonii wyraźnie nie chcą straszyć innych krajów tym co robią, na każdym kroku więc podkreślają, że chodzi przede wszystkim o ułatwienie prowadzenia interesów, zaoferowanie alternatywy dla obywateli krajów, które są technicznie zacofane i nie potrafiły dotąd wprowadzić uniwersalnego systemu elektronicznej tożsamości. Na początku chodzi oczywiście o przyciągnięcie przedsiębiorców, naukowców, studentów, ludzi mediów. Dziś w Estonii działa 80 tys. firm – Taavi Kotka, sekretarz generalny komisji systemów informatycznych, stwierdził, że jeśli w ciągu najbliższych lat uda się tę liczbę podwoić, to będzie to wielkie osiągnięcie. Wierzy on, że w pełni przezroczysty i przyjazny dla firm system podatkowy, wysoce rozwinięta infrastruktura internetowa i fiskalne zachęty dla inwestorów sprawią, że estońskie firmy uzyskają więcej klientów, a sam kraj – więcej kapitału. Co bowiem szczególnie istotne, wszystkie zyski e-rezydentów reinwestowane w Estonii mają być całkowicie wolne od podatku.

W tle tych wypowiedzi pobrzmiewają jednak bardziej śmiałe nuty. Siim Sikkut, doradca estońskiego rządu ds. komunikacji i technik informatycznych w udzielonym dla amerykańskiej prasy wywiadzie stwierdził: nasz rząd szuka sposobów na uczynienie Estonii, małego kraju z 1,3 mln obywateli, czymś większym na świecie, niż bylibyśmy normalnie – wspólnotą e-Estończyków.

E-stończycy: bliscy sobie, nawet jeśli dalecy

Taka wspólnota zaczęła powstawać w rzeczywistości. Pierwszym estońskim e-rezydentem został brytyjski dziennikarz Edward Lucas, który otrzymał swoją kartę bezpośrednio od prezydenta kraju, Toomasa Hendrika Ilvesa. Lucas żyje na co dzień w Londynie i zna estoński na podstawowym poziomie, i przez wiele lat pracował w stolicy kraju, Tallinie, jako dziennikarz-korespondent. W udzielonym później wywiadzie stwierdził, że dla niego największą zaletą e-rezydentury jest możliwość korzystania z cyfrowego podpisu w dowolnym kraju Unii Europejskiej – np. by kupić online bilet na pociąg w Niemczech. Już niebawem jednak zamierza zrobic coś więcej – przenieść swoją niewielką firmę, prowadzoną wspólnie z małżonką, do Estonii – i w Estonii płacić podatki.

Po Lucasie o swoją kartę wystąpić już miało kilka tysięcy osób z całego świata. To grupa, która trzyma się razem. The Guardian przytacza historię Cathy Wang, pochodzącej z Tajwanu kanadyjskiej projektantki interfejsów użytkownika, która utkwiła w Dubaju bez czytnika estońskiej karty. Wysłała na Twitterze zapytanie, czy w stolicy Emiratów znajdzie się jakiś Estończyk z czytnikiem, który pożyczyłby go na 10 minut. Chwilę później jej wpis „przećwierkał” sam prezydent Estonii – wszystko po to, by mogła bez problemu złożyć deklarację podatkową dla swojej zarejestrowanej w Estonii firmy.

Czy w ten sposób Estonia staje się pierwszym na świecie antropaństwem? Czas pokaże, jednak jedno jest pewne – rządzące tym maleńkim krajem technokratyczne elity myślą śmielej, niż rządzący krajami znacznie potężniejszymi. Rozważają nawet takie scenariusze jak przeniesienie całej infrastruktury informatycznej kraju do publicznych chmur w razie np. inwazji Rosji, tak by nawet okupowany kraj wciąż mógł świadczyć swoim obywatelom e-usługi. W tej swojej śmiałości nie są jednak jedyni. Wspomniany już Edward Lucas wspomina, że analogiczny system e-rezydentury chce zaoferować Singapur.

Jeśli jesteście sami zainteresowani estońską e-Rezydenturą, polecamy zacząć od internetowej strony Ministerstwa Spraw Wewnętrznych tego kraju – tam dokładnie opisany jest proces przystąpienia do E-stonii.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.