r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Licencjonowanie Open Source nie jest proste. Czy prywatne obrazy Ubuntu naruszają własność intelektualną?

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Długo trwały debaty między społecznością Ubuntu a społecznością Wolnego Oprogramowania o tym, jak powinny wyglądać warunki licencjonowania kodu udostępnianego przez Canonical Inc. Problem dla większości użytkowników tego systemu operacyjnego niezauważalny, był cierniem w boku programistów. Wypracowane w końcu rozwiązanie też jednak ma wady, na tyle poważne, że jeden ze znanych linuksowych programistów uważa, że jedyny sposób na uporządkowanie stanu pakietów tego systemu, to wycięcie z kodu wszystkich wzmianek o Ubuntu i ich zrekompilowanie. Tak można było zrobić w wypadku jednej Mozilli, która na Debianie zwie się IceWeaselem, ale w wypadku całego systemu operacyjnego byłby to jednak koszmar.

Warunki licencjonowania programów Open Source potrafią być niekiedy nie mniej zawiłe, niż bizantyjskie zapisy Microsoftu czy Oracle'a. Dąży się jednak do standaryzacji – zamiast wymyślać własne zasady, deweloperzy przyjmują którąś z gotowych, formalnie sprawdzonych licencji, takich jak GPLv2, MIT czy Apache v2. W miarę łatwo wówczas przynajmniej ustalić, jak wygląda kwestia wykorzystania kodu o różnym licencjonowaniu w swoim projekcie. Gorzej, jeśli jakaś związana z Open Source firma wymyśli swoje warunki, wówczas ustalenie, co jest dopuszczalne, a co może skończyć się sądowym pozwem może być naprawdę trudne.

Tak właśnie było w wypadku sporu między Canonical Inc., producentem Ubuntu, a Free Software Foundation Richarda Stallmana. Do tej pory każdy, kto chciałby redystrybuować zmodyfikowane przez programistów Canonicala pakiety, musiał wystąpić o zgodę firmy lub zrekompilować pakiety ze źródeł. Problem w tym, że taki zapis jest niezgodny z licencją GPL, wykorzystywaną przez znaczną część oprogramowania wchodzącego w skład Ubuntu.

r   e   k   l   a   m   a

Po niemal dwóch latach debat społeczności otwartego oprogramowania udało się nakłonić Canonicala do zmiany warunków licencjonowania. Dołączono do nich klauzulę, która stanowi co następuje:

Ubuntu jest zbiorowym dziełem, utworzonym z wielu dzieł, z których każde objęte jest swoją własną licencją lub licencjami. W celu ustalenia, co możesz zrobić z konkretnymi częściami Ubuntu, ta polityka (licencjonowania – przyp.red.) powina być odczytywana wraz z licencją (licencjami) odpowiednich pakietów. By uniknąć wszelkich wątpliwości, tam gdzie inne licencje przyznają pewne prawa, ta polityka nie modyfikuje ani nie ogranicza praw nadanych tymi licencjami.

To na pewno krok w dobrą stronę, ale czy krok wystarczający? Znany programista Matthew Garret, m.in. członek Rady Dyrektorów Free Software Foundation, opublikował na swoim blogu dość kontrowersyjną opinię. Uważa, że wszystkie choćby minimalnie zmodyfikowane obrazy systemowe – kontenery Ubuntu, wykorzystywane np. w chmurach obliczeniowych, naruszają dziś prawa autorskie Canonicala. Nie zmienia tego nawet przyjęta niedawno nowa klauzula.

Obecnie, jeśli wygeneruje się obraz kontenera, który nie jest czystą, niezmodyfikowaną wersją Ubuntu, to aby udostępnić go publicznie, należy uzyskać zgodę Canonicala. Alternatywa jest ciężka – należałoby wszystkie binarne pakiety, wykorzystane w kontenerze zrekompilować ze źródeł, usuwając z nich wszystkie wzmianki ze znakami towarowymi firmy Marka Shuttlewortha. W świetle obecnej polityki własności intelektualnej nie wystarczy usunięcie jedynie tych znaków, których użycie naruszałoby prawo; dosłowne odczytanie licencji Canonicala wymaga usunięcia każdej instancji słowa „ubuntu” z pakietów.

Czy Garret ma rację? I tak, i nie. W polityce licencyjnej przeczytać możemy, że wszelka redystrybucja zmodyfikowanych wersji Ubuntu, jeśli są one powiązane ze znakami towarowymi musi zostać zatwierdzona, certyfikowana lub prowadzona przez firmę Canonical. Jeśli zaś tworzymy oprogramowanie do wykorzystania z Ubuntu lub na Ubuntu, można używać tych znaków, pod warunkiem, że unikamy jakiejkolwiek implikacji aprobaty ze strony Canonicala lub Ubuntu, lub też wszelkiej próby nieuczciwego lub wprowadzającego w błąd wykorzystania dobrej woli Canonicala lub Ubuntu.

Co ciekawe, problem nie dotyczy też tylko Ubuntu. Gdyby ktoś chciał robić zmodyfikowane kontenery na bazie Fedory, to ich rozpowszechnianie również byłoby kwestią co najmniej niejasną. Trzeba przy tym pamiętać, że faktycznie mamy do czynienia z naruszeniem praw autorskich. Jedynym powodem, dla którego możemy w Sieci udostępniać obrazy Ubuntu jest licencja GPL. Licencja ta jednak nie daje nam prawa do naruszenia zapisów polityki licencyjnej Canonicala, stanowiących, że użycie jego znaków towarowych poddane jest wymienionym wyżej ograniczeniom. To, że jak do tej pory nikt specjalnie się nad tą kwestią nie pochylił to wyłącznie wynik dobrej woli Canonicala. Strach jednak pomyśleć, co by się stało, gdyby np. Canonical został kiedyś przejęty przez Oracle – i nagle by się okazało, że te wszystkie linuksowe kernele w Debianie, mające w sobie wiele instancji ciągów „ubuntu”, naruszają prawa nowego właściciela?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.