O mp3, zakazie ściągania muzyki z
sieci, hordach policji i utajnionych agentów kontrolujących nasze
mieszkania napisano krocie. I bardzo często w tym szumie medialnym
podawano informacje wprost nieprawdziwie, albo pomijano kilka
ważnych informacji. W konsekwencji, dla większości z nas, problem
jak był niewyjaśniony, takim pozostał. Dla dobra ewentualnej
dyskusji pozwalam sobie napisać kilka słów wyjaśnień.
Zasada w prawie autorskim jest taka:
utwory (w tym muzykę) można kopiować i wymieniać się nimi w gronie
rodziny i bliskich znajomych. Można też je nagrywać - jak nadaje w
radiu trójka, możemy włączyć "rec". Jak nadają coś w tv -
uruchamiamy video, dvd czy inny recorder. Oczywiste i instynktowne,
prawda? Obecnie nie ma przepisu który inaczej
traktowałby Internet - jeśli coś jest w Internecie, możemy
teoretycznie z niego korzystać, tak jak z radia czy tv - innymi
słowy możemy ściągnąć sobie film czy mp3. Cała ta konstrukcja
nazywa się dozwolonym użytkiem prywatnym (osobistym) (art.
23 prawa autorskiego)
Gdzie jest więc hak czy też haczyk? Ano, są co najmniej dwa,
filozoficzny i bardziej praktyczny. Filozoficzny hak przejawia się
wypowiedziami niektórych prawników (oraz prawie wszystkich
producentów audio video), iż trzeba zmienić myślenie o dozwolonym
użytku osobistym. Instytucja ta, zasłużona i dość wiekowa, kiedyś
sprawdzała się wyśmienicie, ale w dobie cyfrowej musimy ją istotnie
przeformułować. Dawno, dawno temu, jak kolega pożyczał od kolegi
płytę winylową i nagrywał ją na Grundigu na kasetę magnetofonową
czy też korzystał z opcji nagrywania na poczciwym wideo, zarówno
zasięg takich działań był ograniczony, jak i nie było wątpliwości,
co jest oryginałem, a co kopią. W Internecie sytuacja wygląda
całkowicie inaczej - działania niszowe i koleżeńskie przerodziły
się w masowy ruch, a bit oryginału jest tożsamy z bitem kopii. Tak
szeroko ujmowany dozwolony użytek osobisty - twierdzą niektórzy -
godzi w uzasadnione interesy twórcy. Stąd apel i tendencja
do zmiany przepisów, a co najmniej interpretacji obowiązującego
prawa. Równie dobrze można jednak upierać się (i upór ten poparty
jest znaczącą częścią doktryny i nawet zagranicznych orzeczeń), że
do czasu takiej zmiany wolno nam ściągać pliki z Internetu w ramach
dozwolonego użytku osobistego. Byle były to utwory uprzednio
rozpowszechnione, nie ważne jak (za zezwoleniem twórcy w
jakikolwiek sposób udostępnione publicznie - warunek ten
wyłącza więc z użytku prywatnego nie opublikowane premiery i
większość bootlegów).
Inaczej wygląda kwestia udostępnienia utworów. Rozpowszechniać
pliki nam wolno, ale jak stanowi przepis - tylko w ramach rodziny i
bliskich znajomych (dokładnie przez krąg osób pozostających w
związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub
stosunku towarzyskiego). Innymi słowy: płytę z muzyką możemy
dać siostrze lub koledze, nie możemy jej jednak dać do ściągnięcia
każdemu przez Internet, albowiem ów "każdy" Internauta nie
pozostaje w związku osobistym (teoretycznie OK jest
zamknięty serwer wpuszczający tylko znajomych po weryfikacji). Ale
nam wolno ściągnąć (nie udostępnić!) od każdego, nawet jak nie
pozostaje z nami w związku osobistym.
Pozostaje hak drugi - techniczny. Korzystając z sieci peer-to-peer
(np. emule) ściągając muzykę czy film jednocześnie je
rozpowszechniamy - tak zbudowano tę sieć. Napster w dawnych dobrych
czasach umożliwiał jedynie ściągnięcie plików, obecne programy
"wymuszają" ich udostępnienie. A jak opisano powyżej, o ile
pobranie da się usprawiedliwić, to udostępnienie wykraczające poza
związek osobisty nie. Pozostaje nam więc albo zaniechanie
korzystania z takich programów, albo znalezienie usługi, która nie
wymusza jednoczesnego rozpowszechniania. Taką usługą są np. słynne
rosyjskie serwisy typu allofmp3 czy gomusic. Serwisy te są płatne,
ale zapłata to ułamek kwot które musielibyśmy płacić w itunes czy
podobnych sklepach. Cały dowcip opiera się na pewnej bezczelności -
serwisy te opłacają się w rosyjskim ZAIKS-ie (organizacja
zbiorowego zarządzania prawami, mniejsza z tym co to oznacza) i
ponoć wedle rosyjskiego prawa uprawnia to do wystawienia plików w
Internecie. A nas - tym razem zgodnie z polskim prawem autorskim -
teoretycznie uprawnia do skorzystania z dozwolonego użytku
osobistego i pobrania pliku (jak już pisałem ściągać możemy od
każdego, nawet "nieznanego").
Podsumowując jednym zdaniem - wolno nam ściągać mp3 z Internetu,
nie wolno nam rozpowszechniać (udostępniać). Sieci peer-to-peer
(jak emule) "wymuszają" rozpowszechnianie, więc korzystanie z nich
pociąga za sobą istotne ryzyka.
Uwaga - powyższe -
nie odnosi się do programów komputerowych. Programy nie mają
dozwolonego użytku prywatnego. Programów nie wolno ani
rozpowszechniać, ani ściągać, ani nawet pożyczać legalnej kopii
(!). Jeśli macie nielegalne programy, nie obronicie się.
W następnym odcinku kto może nam
zrobić krzywdę. Czyli opowieść o tym, kto i kiedy ma prawo
skontrolować nasz komputer. Uprzedzając wypowiedź - nie istnieje
coś takiego jak "cennik" za mp3. O ewentualnym obowiązku zapłaty
może zdecydować jedynie sąd (wedle uznania i przepisów, a nie
"cennika"). Nigdy policja, BSA czy inne twory.