reklama

Amerykańskie przedmieścia walczą z aplikacjami do omijania korków

Strona główna Aktualności

O autorze

Kobieta o wielu talentach, użytkowniczka OS X kochająca fotografię, kuchnię wschodnią, ciężką muzykę i poprawną polszczyznę.

Aplikacje znajdujące mniej zakorkowaną trasę to wybawienie dla kierowców, ale są ludzie, którzy szczerze tych programów nienawidzą. Mieszkańcy niegdyś spokojnych osiedli wszczęli wojnę między innymi z Waze – społecznościową nawigacją, która na bieżąco analizuje ruch i pokazuje, jak ominąć korek.

Jeden z problematycznych przypadków znajduje się w Maryland, w miasteczku Takoma Park. Korzystający z nawigacji znajdują skrót przez spokojne osiedle i najwyraźniej nie przeszkadza im manewrowanie między dziećmi grającymi w koszykówkę na ulicy i wyprowadzającymi psy mieszkańcami pobliskich domów. Ruch na wspomnianej uliczce nagle wzrósł do kilkuset samochodów dziennie, a zdenerwowani kierowcy trąbili pod oknami idyllicznych domków na przedmieściach. W końcu to tylko osiedlowa uliczka, z autami mieszkańców zaparkowanymi po obu stronach i jednym pasem przejezdnym między nimi.

Strategię obrony próbowali opracować Kalifornijczycy – trzeba zalogować się w aplikacji i oznaczyć na swojej ulicy wypadek, blokadę, kontrolę prędkości albo inne tego typu nieprzyjemności, by zniechęcić kierowców do skręcania w daną uliczkę. W Takoma Park zajął się tym Timothy Connor i szło mu całkiem nieźle, dopóki nie dostał bana – Waze wykryło sabotażystę. Nie pomogło nawet wsparcie sąsiadów, bo aplikacja sprawdza, czy użytkownik jest w ruchu, a trasy są na bieżąco i bez przerwy poprawiane. Taki już urok społecznościowych produktów – jeśli ktoś zgłosi fałszywy wypadek, inni kierowcy oznaczą, że nic nie widzieli.

Gdy dzięki aplikacjom kierowcy odkryli trasy wcześniej znane tylko mieszkańcom, ruch wzrósł dramatycznie. Pamiętajmy, że mowa tu o Stanach Zjednoczonych – kraju, w którym w niektórych miastach w ogóle nie ma chodników, a szanujący się obywatel nie wsiada do autobusu miejskiego. Bates Mattison z rady Brookhaven (przedmieścia Atlanty) mówił nawet o 45 tysiącach samochodów przejeżdżających przez osiedle mieszkalne każdego dnia, gdy prowadzeni przez aplikacje kierowcy przebijali się do międzystanowej 85.

W Portland z kolei fala samochodów zalała ulicę oznaczoną jako „zielona trasa rowerowa”. Władze miasta musiały zainwestować w barierki, by odstraszyć kierowców. Władze niektórych dzielnic Los Angeles, gdzie nikt nie wsiada za kółko bez okularów przeciwsłonecznych i Waze na telefonie, poważnie rozważają wniosek o wykluczenie niektórych ulic z tras wytyczanych przez aplikację.

Trzeba jednak zaznaczyć, że w ogólnym rozrachunku Waze i jemu podobne aplikacje mają korzystny wpływ na ruch w amerykańskich miastach. Algorytmy dobrze rozprowadzają auta i zostały docenione przez wiele miast. Niektórzy nawet współpracują z Waze, by wykryć „wąskie gardła” i poprawić ich przepustowość. Nie zapowiada się, by aplikacja miała omijać jakieś ulice, które są dopuszczone do ruchu samochodowego, ale zostaną zaimplementowane systemy ostrzegania o szkołach i strefach, gdzie należy jeździć szczególnie ostrożnie.

Kiedyś takie objazdy można było odkryć przypadkiem albo dowiedzieć się o nich od znajomych. Dziś wiedza o nich jest rozpowszechniana z niewyobrażalną prędkością, a problemy na przedmieściach to efekt uboczny świetnego rozwiązania technicznego… i ogromnej liczby samochodów. W Polsce też nie jest różowo, ale na szczęście nie mamy aż takich problemów.

© dobreprogramy
reklama

Komentarze

reklama