Cyfrowy wawrzyn

Dla większości ludzi, ponoć tej normalniejszej części populacji, gry są ubogim krewnym książek i filmów. Czymś nieskomplikowanym, kojarzonym z rozrywką dla dzieci, a w każdym razie z czymś niepoważnym. Chwilową odskocznią od dnia codziennego i nowoczesną formą telewizji. Wielu by powiedziało, że tymczasową fanaberią młodszego pokolenia – żadną tam sztuką – a już na pewno marnowaniem czasu. Mało tego, jeszcze nie tak dawno, również grzybnią zła i fabryką psychopatów.

Wbrew pozorom, nie mam zamiaru ani ubolewać nad ludzką ignorancją, ani szarżować na Rosynancie. Powyższym wstępem odkryłem dopiero pierwszą warstwę, bo pod drugą kryją się znacznie ciekawsze zjawiska i znaczenie trudniejsze do zrozumienia, nawet dla rzeszy rasowych graczy.

Chomik okołogrowy

Gry od czasu Ponga i wynalazków na oscyloskopie, przebyły bardzo długą drogę. Przestały być prostym Pasjansem czy wirtualnym Cymbergajem. Dzisiaj są dosyć złożonymi historiami, z nie mniej skomplikowanymi „systemami matematycznymi”. Są pół materialnymi wytworami zbiorowej wyobraźni, które zajmują od kilkunastu do nawet kilkuset godzin! A skoro tak, to przecież nikt nie będzie tyle czasu trzymać stale włączonego sprzętu. Właśnie dlatego – odkąd taka funkcjonalność zawitała w grach na ośmiobitowe konsole i komputery – stan aktualnej gry można zapisywać.

I ja je zbieram. :) Save’y – z pozoru zwykła kupka bajtów, niby nic nieznacząca paleta zer i jedynek, ot zwyczajny zbiór punktów, podtrzymujący cierpliwość gracza by ten dotarł do końca gry. Uświadomiłem dziś sobie, że dla mnie to coś więcej. Coś co niejako odsłania jakąś część charakteru gracza, coś po czym można poznać kawałek siebie. Zapisując grę, zapisuję także przebieg „kariery” tej burzliwej i kosztownej pasji: w co konkretnie gram, ile na to czasu poświęcam, czy kończę grę, jakie gry lubię, czy odkrywam wszystkie sekrety, czy jestem konsekwentny, wytrwały, ciekawy, jakie wybory podejmuję etc. Dodatkowo, save jest trofeum, czymś w rodzaju poroża zawieszonego na ścianie myśliwego, coś co wieńczy trud włożony w wybrany tytuł i coś co często pozwala kontynuować zabawę lata później bez przykrej konieczności zaczynania od nowa. Zamykam w nich kawałek teraźniejszości. Zbiór wspomnień które później mogę przywołać na wzór pocztówek dla podróżnika, tyle że w postaci haków pamięci. Przyznam szczerze, że save’y uważam dla siebie za bardziej wartościowe od samych gier na półce… Czy jest to „save natywny”, zrzut z RAM, dump kości lub innego nośnika – wszystkie zawsze znaczą dla mnie tyle samo. Mój prywatny, ekskluzywny wehikuł czasu.

Odkąd premierę miał Xbox 360, pojawiły się Achievments, czyli po naszemu Osiągnięcia, a wkrótce potem równolegle do nich Trophies, czyli Trofea. Jedni je kochają, inni nienawidzą, a są nawet tacy, którzy płacą za ich odblokowywanie… Obiekt kultu wielu. Kolorowe duperele w menu, które odblokowują się w momencie wykonania jakiejś akcji, którą przewidzieli twórcy, a która (przynajmniej w teorii) jest trudna do odtworzenia. Zarówno osiągnięcia jak i trofea, reprezentują dokładnie ten sam system punktowy (w trofeach niewidoczny, ale deweloper posługuje się w aplikacji dokładnie taką samą pulą punktów do przydzielenia jak w buildzie dla konsoli Microsoftu). A skoro zdobywa się jakieś punkty tudzież „metale”, to pojawia się element rywalizacji online z innymi graczami.

I choć mnie żadne społecznościowe bzdury nie interesują, to znalazłem w tym systemie nie tylko formę wydłużenia rozgrywki, ale także coś w rodzaju kolejnej „e-pamiątki”. Być może brzmi to dość głupio, ale trofea zawierają takie informacje jak daty wykonania danego zadania, utworzenia zestawu, właściciela, a nawet datę ostatniego włączenia gry. Kto wie, być może w przyszłości możliwe będzie na ich podstawie rysowanie ciekawych wykresów? ;)

Są ludzie, którzy kolekcjonują różne, z pozoru absurdalne rzeczy, ale czy jest w tym coś złego? Czy ktoś się dziwi filatelistom? Numizmatykom? Zbieraczom kapsli? Lamborghini w garażu? Czemu więc dziwić się graczom zbierającym konsole, komputery, gry czy nawet dane? Oczywiście zbieractwo może przybrać również chorobliwe formy, ale daleko mi do syllogomaniaka który sukcesywnie powiększa „kolekcję” konkurując z Łubną II.

Kłody rzucane pod nogi

W przypadku gier na PC, problem archiwizacji tych danych nie istnieje (ok, za wyjątkiem Steamowych achievementów). W przypadku gier na konsole, producenci nie tylko bronią dostępu do zasobów gracza jak źrenicy oka (przypominam: jego własności!), co wręcz przypisują je pod konkretne konto online, a nawet konkretny egzemplarz konsoli… Wielowarstwowe szyfrowanie, podpisywanie, testy integralności danych, czasoznaczki, dziwy, cuda, wianki i gnój. Na szczęście „na technikę znajduje się inna technika” i prędzej czy później tama pęka. Innymi słowy, mądre głowy obmyślają jak tu przełamać bądź obejść wszystkie te zbędne i sztuczne bariery, hakując niepozorne pudełka pod telewizor.

I chwała im za to bo inaczej musiałbym się pogodzić z ulotnym „backupem” w ulotnej gdzieś tam hen hen na rubieżach sieci, serwerach-chmurach, skazany na łaskę i niełaskę producenta mini fortu Knox. A to zakładają blokady kopiowania po przesłaniu do chmury save’ów bez blokady (PS3 z wykupionym PS+ i usługą kopii), a to kasują save’y z konsoli po przesłaniu do chmury (tak ma być ponoć na Switchu), a to banują konta i konsole bo automatowi lub etatowemu SJW nie spodobał się wszystko-fobiczny pseudonim White_PWRbl4ckMFs (ewentualnie ktoś ma pecha mieć utrzymane w podobnym tonie nazwisko).

Sidła komercji

Na koniec, nie mogę nie wspomnieć o pewnym zagrożeniu dla ludzi z tendencjami do growego zbieractwa. Trofea i osiągnięcia to tak naprawdę szalenie skuteczne, świetnie przemyślane i tanie narzędzia do:

  1. Bezkosztowego wirusowego marketingu, ponieważ gracze rozmawiają o tych grach, specjalnie umawiają się na „ustawki” pod konkretną „zdobycz” i porównują między sobą listy de facto kupionych gier, tym samym promując je między sobą.
  2. Hamowania odsprzedaży gier, ponieważ zdobycie kompletu wymaga znacznie więcej czasu niż samo suche przejście gry. Ponadto są trofea, które odblokowują się dopiero po określonym przedziale czasowym (np. po pół roku w grze „Crysis 2”).
  3. Wspierania mikro-transakcji, ponieważ są gry nastawione na ciułanie śmieci grając online, za których przyspieszenie zdobycia płaci się prawdziwą walutą.
  4. Wspierania trybu sieciowego, ponieważ są trofea odblokowujące się dopiero po np. absurdalnie wysokiej ilości fragów (śmierci przeciwnika) jak np. w „The Chronicles of Riddick: Assault on Dark Athena”.
  5. I co najgorsze… ze względu na charakter samców (dla których powstaje na moje kaprawe oko z 90% gier), a więc ich rywalizację, system ten wspiera kompensację poczucia własnej wartości. I to napędza wszystkie wcześniej wymienione niuanse. Szatańskie perpetuum mobile.

Poniżej jedna z ofiar. Dumny rekordzista Guinnessa, posiadacz 1700 platynowych, ~9000 złotych, ~18000 srebrnych i ~40000 brązowych pucharków. Warto nadmienić, że tylu dobrych gier to nie naliczyłem na wszystkie znane mi konsole i komputery razem wzięte, ale jak podejrzewam to przecież Panu Hakoom wcale nie chodzi o przyjemność płynącą z gier (na kilku konsolach naraz, codziennie po kilkanaście godzin!), ani o poetycką immersję. Cyfrowy penis, nie przymierzając jak u Pinokio nos, stale rośnie wraz ze zwiększaną pulą błyskotek w menu i co widać na załączonym obrazku, na zdrowie mu to raczej nie wychodzi. Gdyby Tim Burton kręcił Żukosoczka 2, Hakoom z pewnością dostałby główną rolę i to bez charakteryzacji. Ku przestrodze!