Dom z papieru sprawił, że znienawidziłem Internet Domowy Plusa

To nie będzie kolejny wpis o tematyce retro, choć początek tej historii sięga ponad dwie dekady wstecz. To właśnie wtedy, dokładniej na samym początku 1997 roku, stałem się użytkownikiem pierwszego telefonu komórkowego w sieci Plus GSM.

Telefon kupiliśmy wraz z kolegami (Cebulą i mutersem) do naszej firmy komputerowej Abraxas, o której pisałem jakiś czas temu. Koszty takiej ekstrawagancji były wówczas nieziemskie - telefonia GSM wystartowała raptem 3 miesiące wcześniej, więc sama aktywacja kosztowała 500 zł netto, do bólu prosty telefon Dancall HP2711 3 razy tyle, a za każdą rozpoczętą minutę połączenia płaciło się 1,8 zł. O naliczaniu sekundowym jeszcze wówczas nikt nie słyszał, podobnie jak o... SMSach, które zadebiutowały dopiero w marcu 1997 r. Z dzisiejszej perspektywy kwoty może nie wydają się wielkie. Jednak wówczas, kiedy to przeciętne wynagrodzenie wynosiło ok. 700 zł netto, a my nie zarabialiśmy nawet 1/3 z tego, były dla nas tak gigantyczne, że na zakup telefonu i aktywację musieliśmy wziąć pożyczkę.

Mimo wszystko cieszyliśmy się jak dzieci, bo w końcu mieliśmy jakąś łączność ze światem. Na wrocławskim Zaciszu, gdzie mieściła się pierwsza siedziba naszej mikro firmy, szacowany przez Telekomunikację Polską czas oczekiwania na telefon stacjonarny wynosił wówczas 15-20 lat. Plus był więc naszym zbawieniem.

Historia zatoczyła koło. 20 lat później wyprowadziłem się pod Wrocław i pojawił się problem z dostępem do Internetu. W dużym mieście jesteśmy rozpieszczani propozycjami najprzeróżniejszych dostawców, prześcigających się w oferowanych prędkościach. Na wsi sytuacja jest niestety zgoła odmienna. Nie mając żadnego wyboru (bo trudno za taki uznać radiolinię 2-4 Mbps, albo Internet mobilny w trybie EDGE ;) zdecydowałem się na rozwiązanie wzbudzające dziś uśmiech politowania, czyli linię telefonii analogowej z zapiętą na niej Neostradą 10 Mbps - maksimum dostępne w tej lokalizacji. Niestety przewód pociągnięty do mojego domu jest prawdopodobnie gdzieś po drodze uszkodzony, bo neostradowy modem zsynchronizował się na poziomie zaledwie 2,7 Mbps... Wyłem z rozpaczy i bezsilności.

I w tym momencie znów pojawił się Plus, mój wybawiciel sprzed lat. Okazało się, że jest jeszcze jedna możliwość, której nie brałem pod uwagę - Internet Domowy LTE z Plusa ze specjalnym modemem-anteną montowanym na dachu. Prawdę mówiąc, podczas poszukiwań dostępnych możliwości mignęła mi oferta tej usługi, ale raz: znajdowałem się na skraju zasięgu jej działania, dwa: przy każdej opcji znajdowały się limity transferów (30-100GB), których chciałem uniknąć.

Znajomy instalator oświecił mnie jednak, że montował taki zestaw od Plusa dosłownie kilka domów dalej i wszystko chodziło znakomicie, zaś limity ponoć nie obowiązują jeżeli jest się w zasięgu LTE. Chwyciłem więc za notebooka i zacząłem czytać. Faktycznie, stało jak byk:

Limit wysyłanych i odebranych danych w jednym okresie rozliczeniowym, tylko w technologii LTE (...), po przekroczeniu "podstawowego limitu transferu danych": bez limitu GB

No dobra, limitu może nie ma, ale może za to przycinają pasmo np. do 100 kbps? ;) Naturalna w takich sprawach nieufność kazała mi szukać innych haczyków, ukrytych gdzieś pod jakimiś "gwiazdkami". Gdzież by tam! Znów stoi jak byk:

Maksymalna prędkość pobierania danych w ramach usługi "Internet LTE bez limitu danych za 0 zł" po przekroczeniu podstawowego limitu danych: maksymalna

To było zbyt piękne żeby było prawdziwe. Chwyciłem za telefon i dzwonię na infolinię. Dopytuję, sympatycznej skądinąd, konsultantki jak to jest z tymi limitami. Czy Internet mi na pewno nie przestanie działać albo nie spowolni po przekroczeniu podstawowej paczki? Nie przestanie, nie spowolni - zapewnia. To po co w ogóle ta paczka, po co te limity??? Limity dotyczą działania usługi w ramach sieci 3G, jeżeli będzie Pan w zasięgu LTE to limity Pana nie dotyczą. OK, brzmi sensownie, tak przynajmniej wówczas myślałem. Bo jak się po kilku miesiącach okazało, sprzedawany przez Plusa zestaw InterPhone ODU/IDU... nie pracuje w innej sieci niż LTE. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Przeanalizowałem jeszcze raz na spokojnie informacje na stronie Plusa i doszedłem do wniosku, że w takim razie zamówię drugi w kolejności pakiet (paczka 50GB), w ramach którego jest już Internet LTE bez limitu. Poniżej tabelka jak to wówczas wyglądało:

W dalszym ciągu jednak coś nie dawało mi spokoju, te paczki danych były bowiem po prostu debilne - skoro nie było żadnego haczyka to dlaczego operator nie zrobił po prostu jakiegoś osobnego abonamentu gdzie nie było żadnych ograniczeń transferów o ile tylko abonent jest w zasięgu LTE? Przecież aż się o to prosiło. Postanowiłem, że zamówię usługę przez telefon i w trakcie rozmowy jeszcze raz zweryfikuję czy aby na pewno nie ma żadnych haczyków. W końcu takie rozmowy są nagrywane, więc w razie czego będę miał wszystko czarno na białym.

Tak też się stało - konsultant (równie sympatyczny jak pani dzień wcześniej) zapewnił mnie, że w zasięgu LTE nie ma limitu, że usługa nie jest ograniczona, nie spowalnia, krótko mówiąc paczką mam się nie przejmować, wystarczy pierwsza po najmniejszej. Kilkanaście minut później Internet Domowy LTE od Plusa był już zamówiony, a na moim mailu znalazło się potwierdzenie. Nie posiadałem się z radości - w końcu będę miał normalny Internet!

To był 23 grudnia 2016 r., a więc dzień przed Wigilią. Nie wiem czy to przez Święta (choć te zabierały wtedy tylko jeden dzień roboczy), czy Plus po prostu tak standardowo "laguje", ale kurier ze sprzętem i dokumentami dotarł do mnie dopiero tydzień później. Ja już w tym czasie obgryzłem ze zniecierpliwienia wszystkie paznokcie ;) Najpierw trzeba było jednak podpisać tonę papierów - 3 pakiety po blisko 40 stron zapisanych maczkiem: umowa, warunki promocji, regulaminy, oświadczenia, załączniki. Czytelne podpisy! - uczulała mnie kurier. Inaczej będzie zwrot i nie aktywują Panu Internetu.

Znajomy instalator poświęcił się dla mnie i przyjechał w Sylwestra. Mimo mrozu zamontował antenę na dachu, poprzypinaliśmy wszystko do sieci i skonfigurowaliśmy, ja zaś z niecierpliwością czekałem na aktywację usługi. Ta jednak nie następowała.

Starałem się jak mogłem, ale widać dla jakiegoś sfrustrowanego korpoludka moje podpisy były jednak zbyt mało czytelne, bo po Nowym Roku zawitała do mnie znajoma pani kurier żebym jeszcze raz podpisał umowę. Zagryzłem zęby i podpisałem wszystko ponownie, dbając aby każda literka była jak najbardziej czytelna. No to teraz już lada moment będzie Internet. Jupi!

Na "jupi!" trzeba było jednak jeszcze poczekać. Minął jeden dzień, drugi, trzeci - cały czas bez aktywacji. Dzwonię na infolinię raz po raz - trzeba czekać, jeszcze nie widzą moich dokumentów. Dzień czwarty, piąty, szósty - nadal nic. Każda rozmowa poprzedzona 20-40 minutowym czekaniem na konsultanta - w końcu klient już kupił to może sobie poczekać. Później tłumaczenie wszystkiego od początku, szukanie umowy - bo jej nie widzą (choć w ich własnym sklepie było zamawiane) itd...

W końcu 9 stycznia, czyli pół miesiąca od zamówienia, będąc już na skraju zwyzywania biednych konsultantów, zadzwoniłem po raz n-ty na infolinię i zażądałem poruszenia nieba i ziemi żeby ktoś w końcu znalazł moją umowę i łaskawie włączył upragnioną usługę. Miałem szczęście - w końcu trafiłem bowiem na jakiegoś bardziej rozgarniętego jegomościa, który skojarzył skąd mógł wziąć się problem i obiecał zadziałać. Po kilku godzinach - stało się, działa!

Co więcej, działa po prostu REWELACYJNIE. Pierwsze pomiary SpeedTestem wykazały ponad 25 Mbps (download) / 36 Mbps (upload) przy pingu 35 ms. Kilka dni później osiągnąłem jeszcze lepszy wynik: blisko 37 / 35 Mbps. Tego mi było trzeba! OK, początek był koszmarny, ale warto było.

Niestety ten błogostan nie trwał długo. Już przy drugiej fakturze doliczono mi 9 zł tytułem usługi "Bezpiecznego Internetu", której nie chciałem i wyraźnie mówiłem o tym podczas zamówienia. Zadzwoniłem na infolinię, odczekałem swoje, złożyłem reklamację, po kilku dniach została uznana. Niby OK, ale niesmak pozostał - bardzo nie lubię takiego naciągania na niepotrzebne/niechciane usługi. Szczególnie, że w międzyczasie aktywowałem Polecenie zapłaty aby nie bawić się w ręczne zlecanie każdego przelewu. I to był błąd.

Na kolejnej fakturze kryła się bowiem następna przykra niespodzianka. Zamiast 64,99 zł (na które składają się abonament 49,99 zł i rata za sprzęt 15 zł) wybiło 94,95 zł. Przyznam, że w natłoku innych płatności to jeszcze przeoczyłem, ale gdy po czwartej fakturze pobrano mi z konta 163,39 zł to od razu włączył się alarm. Lektura faktur, która przyszły na maila była zatrważająca - doliczono mi w sumie 172 zł za SMSy Premium.

Zatem znów: infolinia, czekanie, reklamacja. Tym razem już nie poszło tak gładko gdyż konsultantka usiłowała wmówić mi, że skoro takie SMSy przychodziły to widać je zamówiłem. Jak niby miałbym to zrobić skoro karta SIM siedzi nie w telefonie, ale w odbiorniku na dachu budynku? Mogłem przecież podać numer na jakiejś stronie, a SMSy odczytywać w panelu routera - odparła. Ale ja nawet nie znam tego numeru! No to najwyraźniej musiał Pan gdzieś kliknąć na jakiejś podejrzanej stronie i usługa takich SMSów się Panu aktywowała - nie dawała za wygraną. Oniemiałem. To się nie mieściło w głowie. Próba wytłumaczenia Pani absurdalności tego pomysłu spełzła na niczym, uparłem się jednak aby mimo wszystko odnotowała moją reklamację, którą wraz z uzasadnieniem wyrecytowałem. Przy okazji zablokowane zostały numery Premium.

Szczęśliwie osoba, która rozpatrywała moją reklamację była trochę bardziej rozgarnięta i reklamację uznała. Nadprogramowo pobrane środki zostały zaliczone na poczet kolejnych faktur. Nie minęło jeszcze pół roku trwania umowy, a tyle wrażeń. Ufff...

Niestety na tym nie koniec, a wrażeń było jeszcze więcej. W okolicy zaczęło wprowadzać się coraz więcej osób i wiele z nich (także za moją namową) zdecydowało się na Internet Domowy LTE w Plusie. Teraz wiem, że być może sam kręciłem powróz na swoją szyję.

Okazało się bowiem, że ten nielimitowany-super-szybki-Internet zaczął coraz bardziej odczuwalnie... zwalniać. Pierwsze problemy zaczęły się w maju 2017 r. i to nie u mnie tylko u Liska, który mieszka tuż obok. Porównaliśmy prędkości internetu i okazało się, że podczas gdy u mnie prędkość nadal oscyluje wokół 20-30 Mbps to u niego spada coraz bardziej, aż do jakichś śmiesznych wartości rzędu 100-200 kbps. Czyli "lejek".

To był dla nas szok. Internet, który miał być nielimitowany okazał się jednak limitowany. Przy czym początkowo sądziłem, że problem wziął się u niego z tego, że usługę zamawiał w Polsacie Cyfrowym, która - choć bliźniacza - to może się różni od mojej? W końcu w Plusie żadnych limitów nie miało być, dwukrotnie się przecież co do tego upewniałem.

O naiwności! Ależ oczywiście problem zaczął dotykać i mnie, a najboleśniej przekonałem się o tym za sprawą Netfliksa i genialnego serialu Stranger Things. W chwili gdy następowała premiera drugiego sezonu... zostałem przycięty już do tego stopnia, że jakiekolwiek korzystanie z Internetu nie wchodziło w grę, problemem było wysłanie nawet niewielkiego maila. Złość na Plusa mieszała się we mnie z poczuciem niesprawiedliwości i wstydem jakim to jestem frajerem...

Pozostała przetrenowana ścieżka: infolinia, czekanie, zgłoszenie problemu. Tam dowiedziałem się, że Plus stosuje zasadę Fair Usage Policy, której celem jest cyt. "zapewnienie każdemu abonentowi sprawiedliwego korzystania z usługi". Tłumaczenie, że o niczym takim nie było mowy przed i w trakcie zawierania umowy na nic się nie zdało gdyż niewzruszona pani stwierdziła, że na pewno mam taki zapis w regulaminie, który podpisywałem. Starając się trzymać nerwy na wodzy z zaciśniętymi z wściekłości zębami wysapałem, że na pewno takiego zapisu tam nie ma gdyż czytałem regulamin przed podpisaniem. Następnie wycedziłem treść reklamacji.

Miałem rację... częściowo. Nie ma takiego zapisu w ogólnym regulaminie, tradycyjnym skupisku różnych haczyków i pułapek. Nie ma go też w treści umowy. Gorzej, że jednak jest - a kryje się w gąszczu zapisów... regulaminu promocji. Papierów było tak dużo, że musiałem to prześlepić. Reklamacja została oczywiście odrzucona.

Patrząc na sprawy literalnie nie powinienem mieć pretensji - w końcu podpisałem, co podpisałem. Trzeba było siedzieć z kurierem i czytać tych 40 zapisanych maczkiem stron. Jednak uważam, że nie zostałem wystarczająco dobrze poinformowany o potencjalnych ograniczeniach działania usługi - o które przecież dwukrotnie i bardzo precyzyjnie się dopytywałem. Pomijam już informacje na stronie Plusa, które na pierwszy (a nawet na drugi i trzeci) rzut oka niczego takiego nie sugerują, a przez to wprowadzają w błąd.

Miałem jednak dość, poddałem się, doszedłem do wniosku, że nie będę dalej wojował tylko spokojnie doczekam do końca umowy pilnując ilości przesyłanych danych. Jak tu jednak tego pilnować gdy córka chce oglądać w kółko bajkę Masza i Niedźwiedź? Gdy sam co chwilę oglądam jakąś produkcję na Netfliksie? Jak pilnować synchronizowania danych z iCloudem? Nieustannych aktualizacji apek na smartfonie? Jak wiele razy można wychodzić na kosmitę prosząc gości aby nie włączali Spotify, bo "oszczędzam Internet"? ;)

Internet "domowy", który jest limitowany wielkością przesłanych danych kompletnie nie odpowiada aktualnym potrzebom, nie przystaje do obecnych czasów, gdy wszystko się streamuje, synchronizuje, gdy przerzucamy terabajty (a nie gigabajty) danych każdego miesiąca. Taki Internet po prostu nie ma sensu... Szybko więc okazało się, że mimo prób trzymania "reżimu transferowego" są takie dni, blisko końca okresu miesięcznego, w których muszę pogodzić się z faktem, że wszystko chodzi jak krew z nosa.

W końcu jednak coś we mnie pękło, a stało się tak za sprawą... Domu z papieru.

Dom z papieru (La casa de papel) to obok Stranger Things i Dark, jeden z moich ulubionych seriali w ostatnim czasie. Jest to zarazem jedna z najlepszych produkcji hiszpańskiej kinematografii jaką dotąd oglądałem. Świetny scenariusz, starannie dobrana obsada, dynamiczna akcja, fantastyczna praca kamery, muzyka, ale przede wszystkim takie smaczki jak błyskotliwe przemowy Berlina, kojarzące się nieco z filmami Tarantino, sprawią, że serial ten jest naprawdę wyjątkowy. Nie mogłem więc doczekać się drugiego sezonu, szczególnie, że premiera na Netfliksie zaplanowana była na piątek, 6 kwietnia, dzień moich urodzin.

Zapewne nie muszę pisać co się stało - oczywiście tuż przed tą premierą skończył się limit i super-fantastyczny-Internet od Plusa w zasadzie przestał działać... Nie jestem w stanie opisać wystarczająco kulturalnymi słowami, co wówczas czułem. Czara goryczy się przelała, tego było już za wiele - w sobotę wsiadłem w samochód i pojechałem do najbliższego salonu T-Mobile po naprawdę Nielimitowany Internet Domowy. Wszystkie formalności załatwiłem w kilka minut, umowa jest mega czytelna, ma 5 stron, wystarczył jeden podpis, usługa działała od razu gdy wróciłem do domu. I co najważniejsze - naprawdę nie ma limitów. Można? Można.

Drogi Plusie, możecie poklepywać się po plecach, że zrobiliście iluś takich klientów jak ja w balona, że naiwni frajerzy wśród tony świstków nie doczytali jednego punktu, słowem możecie uważać, że wszystko jest OK. Nie jest OK. Parafrazując Pulp Fiction, jest k#rewsko daleko od OK. Uważam, że zostałem przez was perfidnie oszukany i już nigdy, przenigdy nie skorzystam z żadnej z waszych usług. Jesteście gorsi od najpodlejszych banków - one przynajmniej dodają gwiazdki...  

Komentarze