Pixel Heaven 2019 – relacja. Niebo jest tam gdzie piksele

Strona główna Aktualności

O autorze

Nie znalazłem żadnego stanowiska z "Fortnite'm" ani "CS-em" i nie stratowała mnie grupa dzieci pędzących za idolem z YouTube'a. Za to pograłem m.in. w "Dooma" na PowerBooku G4 i klasycznego "Ponga" wbudowanego w stolik kawowy. Zobaczyłem całą masę sprzętu do gier, od Atari 2600 aż po dziwacznego Arduboy'a; 8-bitowy handheld wielkości karty kredytowej, kompatybilny z platformą Arduino. Spotkałem dziesiątki twórców niezależnych, którzy na pojedynczych komputerach, uzbrojeni tylko w garść ulotek, starali się zachęcić do sprawdzenia swojej produkcji. Wreszcie, ścigałem się z Anią na elektronicznych kucykach. Oto kwintesencja gamingu, oto Pixel Heaven 2019.

Za wyjadacza imprez związanych z grami się nie uważam, ale kilka z nich w swoim życiu odwiedziłem. Było Intel Extreme Masters, Warsaw Games Week, Poznań Game Arena czy mniejsze Let's Play Częstochowa. I wiecie, co? Pomimo występujących niekiedy zgrzytów, nigdy nie miałem istotnych powodów, by zarzucić organizatorom niedobór atrakcji czy niezrozumienie tematu gier. Bolała mnie natomiast komercjalizacja tych wydarzeń. Wiadomo, więcej wystawców to większy zysk i więcej potencjalnych gości, a co za tym idzie jeszcze większe pieniądze. W rezultacie nietrudno o absurdy. PR mówi: większość graczy kocha "Fortnite'a". I oto na targi gier trafia kilkanaście identycznych stoisk, wszystkie ze stanowiskami do gry w jeden i ten sam tytuł, różniących się eksponowanym logo. Dość powiedzieć, że coraz częściej są to loga zupełnie niezwiązane z grami czy sprzętem komputerowym, a sama impreza pełni rolę wybiegu dla każdego chętnego.

Walhalla w zajezdni autobusowej

Pixel Heaven 2019 to inna bajka; dosłownie – bajka, bo wszystko jest tu jakby wyrwane ze snu. Wchodzę nie do nowoczesnej hali targowej, lecz na teren post PRL-owskiej zajezdni autobusowej MZA. Wita mnie nie wpół roznegliżowana hostessa, ale facet w bluzie "Space Invaders", prowadzący rejestrację w podstawionym autobusie. Na podstawie kupionego w internecie biletu wręcza mi badge holder'a i papierową bransoletkę. Zaklejam ją sam, bez pomocy osiłka pozbawionego przednich zębów w uniformie ochroniarza. No dobra, chciałem zakleić sam – ale uprzejma szatynka stojąca w kolejce za mną stwierdza, że lepiej wyjdzie, gdy nawzajem sobie pomożemy. Później jeszcze dodaje nieco o swej miłości do planszówek. Na tyle intrygująco, że bramkę mijam bezwiednie.

Z miejsca uderzają mnie kłębiący się dookoła ludzie. Cała masa ludzi i to raczej w wieku jakoś dwukrotnie przekraczającym średnią na IEM-ie czy PGA. Co ich tak zainteresowało? Oczywiście, że namiot z piwem ;) Są też foodtrucki. W jedynym wypiekają na miejscu pizzę. Atmosfera sobotniego pikniku w rodzinnej atmosferze. W takiej rodzinie bez małych dzieci, gdzie nie słychać pisków i wrzasków. Tak – jak na imprezę masową, zaskakują przede wszystkim cisza i spokój. Słychać oczywiście gwar rozmowy, ale to rzeczywiście rozmowa. Podążam za moją nową koleżanką do części zasadniczej – poszarzałego budynku a la hala serwisowa. Chwila suspensu, stawiam nogę przez próg i przestaję dowierzać własnym oczom. Moja Walhalla mieści się w warszawskiej zajezdni MZA.

Wpadam wprost na arkadowy automat z "Pac-Manem", za nim – stolik kawowy z mechanicznie przedstawioną wersją "Ponga". Prawą ścianę ciasno zasłaniają flipery, a każdy krok wgłąb to wyrastający przed nosem las retro sprzętu. Amigi 500 i 600, Atari z linii ST, stareńkie Macintoshe pokroju Performy 6214CD, pecety sprzed ery 3dfx'a, prawdopodobnie cały line-up konsol Segi i Nintendo, a nawet muzealne perełki jak Binatone TV Master MK6 z roku 1977. Sprawne, podłączone do ekranów CRT i często z całym szeregiem oryginalnych akcesoriów. Konsolę Amstrad GX4000 na żywo oglądam po raz pierwszy. Pierwszy raz gram również w "Dooma" na PowerBooku G4. Klatki latają wte i wewte, ale kto by się tym przejmował. Nie w momencie, gdy paręnaście metrów dalej na podłodze znajduje się ogromna kałuża, bo sufit budynku MZA przecieka, a rano w stolicy lało jak z cebra. Na początku lat 90. wygenerowanie poprawnego efektu deszczu w grach graniczyło z cudem. Natura najwyraźniej postanowiła nadrobić za ówczesnych deweloperów.

Bazar tylko dla geeków

Scenę konferencyjną jakoś mimowolnie pomijam. Przyznam, wiem tylko tyle, że rozdawano tam nagrody dla twórców gier. Równie obojętnie nie umiem przejść obok stoisk handlowych. Matko bosko, czego oni tutaj nie mają. Pal licho te koszulki, kubeczki i podkładki. Mówię o sprzęcie i grach. Za 180 zł można stać się posiadaczem oryginalnego NES-a z kontrolerem, po przeglądzie technicznym, w naprawdę dobrym stanie wizualnym. A gdyby ktoś miał potrzebę posiadania w tej konsoli HDMI, jest RetroN 1 HD – współczesny klon z wyjściem cyfrowym, odpalający oryginalne kartridże. Jest też Arduboy. Sprzęt, który zdobył moje serce. Przenośna konsolka o wymiarach karty kredytowej, wyposażona w monochromatyczny ekranik OLED i 8-bitowy czip ATmega 32u4. Za gry na ten handheld w całości odpowiada społeczność, tworząc w C++ w środowisku Arduino.

Rozmaitych planszówek, słodyczy i innych produktów żywnościowych z Azji, akcesoriów i gier, również do konsol retro, nawet nie zliczę. Gdybym tylko na chwilę stracił rozum, to zapewne wyszedłbym z połową tych rzeczy. Potem błagalnie wydzwaniał do koleżanek i kolegów z redakcji, prosząc o pożyczkę na czynsz. Niezwykłe okazuje się zarazem podejście sprzedawców. Nikt nie nawołuje przez megafon, nie wystawia buńczucznych bilbordów. Przedmioty leżą na blacie, z cenówkami, i o każdym z nich można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Przemiły człowiek oferujący planszówki streszcza mi fabułę i podstawowe zasady każdej gry, którą biorę w ręce. – Jest produkowany w partiach po 1000 szt., nieregularnie i dość rzadko – dowiaduję się od sprzedawcy retro konsol na temat wspomnianego powyżej Arduboy'a. Od pasjonatów dla pasjonatów, od hobbystów dla hobbystów, od geeków dla geeków. Klimat, który uwodzi.

Halo! Gdzie się podziali marketingowcy?

Myślicie, że na stoiskach twórców gier jest inaczej? Bynajmniej – i nie, to nie kwestia plakietki dla mediów, gdyż wszedłem na zwyczajnym bilecie. – Podejdź, zobacz – zagaduje twórca ciekawie zapowiadającej się przygodówki point-and-click pt. "Brassheart". Przy czym twórca to słowo-klucz. Rozmawiam z faktycznym programistą, a nie przedstawicielem PR-u. Zachwyca się elastycznością silnika Unity. Nie chce jednak, co zrozumiałe, wyjawiać fabuły swojej produkcji. Stylistycznie przypomina trochę kultowe "Broken Sword". Ledwie zdążam życzyć mu powodzenia, a już pojawia się przedstawiciel The Farm 51 – studia odpowiedzialnego za "Get Even" i "World War 3", które teraz pracuje nad postapokaliptycznym survival horrorem, "Chernobylite".

Gra zdobywa najbardziej prestiżową nagrodę Pixel Heaven. Zostaje okrzyknięta mianem "grubej ryby". I fakt, są ku temu powody. – Inspirujemy się klimatem "S.T.A.L.K.E.R.-a" i pierwszych części "Metro", ale celujemy bardziej w survival niż action shooter – mówi mi, ponownie, programista wprost odpowiedzialny za grę. – System budowy baz przypomina "Fallouta 4" – dodaje. I wyjaśnia: – Nie chcemy być innowacyjni na siłę, bo to nie ma sensu. Chcemy stworzyć najlepsze postapo od dłuższego czasu. Po zapoznaniu się z kilkunastoma minutami wczesnej wersji deweloperskiej, już wiem, że nie rzuca słów na wiatr. Sama gra światłem i udźwiękowienie robi obłędne wrażenie. Niecierpliwie czekam na dalszy postęp prac. No i już rozumiem wodę na podłodze. Wraz z wirtualną wycieczką po kanałach jest niczym kino 4D. Tak krążę pomiędzy stanowiskami: "We. The Revolution" Klabatera, strategiczne "Weedcraft Inc", genialnie udźwiękowiony platformer "Tsioque". Rzeczone tytuły polecam zapisać w kajecie. Każdy ma w sobie coś przyciągającego.

To trzeba zobaczyć na własne oczy

Mijają prawie cztery godziny. Z podróżniczego amoku wypędza mnie dopiero głód. Wrócę tam jednak, namawiany przez Barnabę z "WP Tech" na partyjkę w "Contrę", w której SI stłucze nas niemiłosiernie. Wrócę ścigać się z "Xyrcon" na kucykach w grze "SprężyPony", gdzie prędkość wierzchowca zależy od siły bujania na sprężynowym modelu. Wrócę, by naparzać w bongosy do GameCube'a, obejrzeć wnętrze flipera, raz jeszcze przejść ze smakiem obok Arduboy'a i z każdej strony obejrzeć oryginalnego Famicoma. Na pewno też wrócę za rok, o ile tylko pojawi się taka możliwość i Pixel Heaven przetrwa w niezmienionej formie. A o tym, czy można się na tej imprezie dobrze bawić, niech świadczy poniższy filmik. Jesteś fanem gier? Musisz zobaczyć Pixel Heaven na własne oczy.

Takie tam w pracy ?? Innymi słowy: Pixel Heaven 2019 i Ania vs Piotrek na kucykach ??

Opublikowany przez dobreprogramy Sobota, 18 maja 2019

Bardziej obszerną galerię zdjęć znajdziesz na następnej podstronie publikacji.

1
© dobreprogramy